Reklama

Śmierć za bezczelny uśmiech

Podczas gdy Schumann czekał w celi śmierci na egzekucję (aż 13 miesięcy), Frey wbrew jego woli złożył dwa wnioski: o rewizję procesu i o ułaskawienie skazanego. Liczył na to, że młoda Republika Weimarska, której rząd hołdował ideałom humanizmu i skłaniał się ku zniesieniu kary śmierci, przychyli się do jego wniosków. Jednak jego prośba o ułaskawienie została przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Hugo am Zehnhoffa odrzucona.

Prośba o własną egzekucję

Reklama

Adwokat nie poinformował Schumanna o tym, że w ogóle wystosował taką prośbę. Dopiero kiedy przyjechał na kolejne widzenie, wspomniał o podjętej próbie ułaskawienia. Wtedy Schumann wściekł się. Zabronił mu składania jakichkolwiek apelacji. Poprosił Freya natomiast, aby złożył wniosek o jak najszybszą egzekucję. Mam chyba prawo umrzeć, jeśli tego chcę. Dosyć mam tej niepewności i czekania - cytuje Schumanna w swojej książce Frey.

Adwokat zastanawiał się, co kieruje skazanym, dążącym do własnej śmierci? Może ciekawość i chęć przeżycia tego, czego doświadczały jego ofiary, gdy je zabijał?

Kiedy wreszcie wyznaczono datę wykonania wyroku, Frey przerwał kurację w Bad Kissingen i przyjechał do Berlina, aby zobaczyć się po raz ostatni ze swoim klientem. Jakaś niepojęta siła ciągnęła go do tego człowieka. Poza tym uważał, że dopóki Schumann żyje, to jest jego klientem i pozostaje pod jego opieką.

W przeddzień egzekucji, wieczorem 26 sierpnia 1921 roku, adwokat zjawił się w więzieniu Ploetzensee. Strażnik zaprowadził go pod celę Schumanna. Zanim jednak obrońca tam wszedł, zajrzał przez judasza do środka. Pomyślał, że funkcjonariusz wskazał mu niewłaściwe pomieszczenie, gdyż w środku znajdowało się trzech mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie szarozielone mundury strażników, a trzeci szaroniebieski drelich z naszytym na ramionach białym paskiem, rodzajem epoletu, jakim znakowano morderców. Więzień siedział przy stoliku na wbetonowanym w podłogę stołku i beztrosko gawędził z wartownikami. Frey ledwo rozpoznał Schumanna. Kiedy go widział ostatnim razem, tamten przypominał wrak człowieka, miał zszarzałą twarz i zapadnięte z niewyspania, podkrążone oczy. Dziś jednak wyglądał niemal pogodnie. I to teraz, gdy zostało mu niewiele godzin życia.

Gdy Frey wszedł do celi, Schumann na jego widok aż podskoczył ze zdziwienia i powitał go okrzykiem: "Pan mecenas!".

Po czym jego twarz rozpromieniła się. Strażnicy zostawili ich samych. Więzień stał przed swoim obrońcą jak nieśmiały chłopiec. On, seryjny morderca i do niedawna postrach okolic jeziora Falkenhagen. On, który

w czasie procesu z pogardą patrzył prosto w oczy matkom i braciom swoich ofiar i z obojętnością wysłuchał wyroku śmierci, teraz nie wiedział, jak się ma zachować wobec swojego gościa. Najpierw wyciągnął niepewnie rękę na powitanie, po czym ją opuścił. Wskazał swoją pryczę i powiedział ściszonym głosem:

- Proszę usiąść, panie doktorze.

W jego zachowaniu można było wyczuć lęk przed tym, że adwokat zaraz opuści celę i zostawi go samego.

Po chwili rozległ się zgrzyt klucza w drzwiach i wniesiono ostatni posiłek skazańca. Dał się słyszeć brzęk naczyń i w celi rozszedł się aromat jedzenia. Frey wspomina, że odniósł wrażenie, jakby w tym niewielkim pomieszczeniu o wymiarach 3 na 4 metry zawisł nagle cień śmierci. Emanował z talerzy i misek, z zapachu warzyw, mięsa i drewnianych sztućców. Wyglądało na to, że więźniowi to nie przeszkadza. Schumann zachowywał się teraz jak mały chłopiec, który wygłodniały wpadł do matczynej kuchni. Zaglądał pod pokrywki misek i talerzy, pociągał nosem i wydawał pomruki zadowolenia. Otrzymał wszystko, czego sobie zażyczył: zupę, kotlety mielone z buraczkami, kompot z czarnych jagód, a na dodatek berliński trunek - jasne piwo z sokiem malinowym. Spytał Freya, czy chce spróbować. Adwokat odmówił. Schumann sięgnął najpierw po piwo. Kiedy po wypiciu go zaczął jeść, w przerwie między kęsami powiedział, że musi mu coś wyznać.

- No to niech pan mówi - zachęcił go Frey.

- Później, teraz nie chcę sobie psuć smaku - odpowiedział Schumann.

Adwokat przypatrywał się uczcie skazańca, dziwiąc się jego apetytowi i zastanawiając się, co też ten prawie już martwy człowiek ma mu do powiedzenia.

Makabryczne wyznanie

Schumann przystąpił do deseru. Białą kaszkę mannę polał niebieskawo czerwonym sokiem. Frey poczuł aromatyczny zapach czarnych jagód.

- Teraz rosną tam, w moim rewirze, takie jagody - zamyślił się więzień nad deserem. Po czym spytał Freya, czy kiedykolwiek był w lesie Spandau albo nad jeziorem Falkenhagen. Adwokat przytaknął.

- No to musi mnie pan rozumieć - ciągnął skazany.

- Rozumieć? Nie...

- No to muszę panu to bliżej wyjaśnić. Mamy wreszcie czas, abym powiedział panu prawdę.

- Jaką prawdę? Jaką, Schumann? - zapytał zaintrygowany adwokat, zbliżając twarz do twarzy tamtego.

Schumann spojrzał na rozmówcę z zainteresowaniem i jakby z wyższością. Mówił bardzo cicho, ale jego głos był spokojny i zdecydowany. Frey czuł niemalże jego oddech na swoim uchu.

- Sąd skazał mnie sześć razy na karę śmierci, ale ja zabiłem ich nie sześciu, tylko dwudziestu pięciu.

Dowiedz się więcej na temat: pistolet | morderca | oczy | wyrok | kara więzienia | obrońca | jeziora | kara | uśmiech | nie żyje | adwokat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje