Reklama

Sędziwy gimnastyk

Nikt nie dałby wiary, że ten drobny, o prężnym chodzie, w praktycznym sportowym obuwiu mężczyzna, przemierzający, kiedy jest w Polsce, ulice Mysłowic - od Janowa do centrum miasta - i spędzający wiele czasu w siłowni, ma 95 lat!

A jednak Jan Krawczyk - bo o nim mowa - w niczym nie przypomina swoich równolatków, nierzadko zniedołężniałych starców. Pogodny, cieszący się życiem, swym sposobem bycia może zaimponować młodym oraz znudzonym i zniechęconym. Jest też bowiem żywą kartą w kronice mysłowickiego sportu.

Reklama

Chciałby wystąpić w "Szansie na sukces"

Poznałem go na jednej z imprez w Miejskim Centrum Kultury w Mysłowicach, gdzie - ku zdumieniu obecnych - gdy mowa była o kondycji starszych osób, zademonstrował swą sprawność fizyczną, podciągając się na oparciu krzeseł niczym na koźle. - To tak zwana poziomka, którą robię kilka razy dziennie - powiedział, uśmiechając się z satysfakcją. Później zaśpiewał swym donośnym głosem kilka piosenek. Pan Krawczyk, żądny życia, marzy o udziale w programie telewizyjnym "Szansa na sukces".

Postanowiłem z nim swobodnie pogawędzić, więc z ochotą przyjąłem zaproszenie do jego domu - drugiego, bo znaczną część roku spędza w u rodziny w Niemczech. Starszy pan mieszka, a ściślej: pomieszkuje w zacisznej dzielnicy Mysłowic - Janowie. Przy herbatce rozmawiamy na różne tematy z jego bogatego życiorysu. On sam przewrotnie mówi, że urodził się w zaborze austriackim, a konkretnie: w pobliskim Jaworznie, a później zamieszkał na wyzwolonym Śląsku. Rozmowa zbaczała jednak na niwę sportową, co oczywiste, gdyż jest zapalonym sportsmenem. Opowieść ilustruje zdjęciami, a ma ich sporo, skrzętnie przechowywanych w rodzinnych albumach. Niektóre jeszcze w kolorze sepii, mają już wartość tyle sentymentalna, co dokumentalną. Pan Jan podsuwa mi jednak zdjęcia "sportowe", prowokujące do pytań.

Wycieczka piesza... dookoła Polski

Jego przygoda z gimnastyką zaczęła się jeszcze w młodzieńczych latach, kiedy to rodzice, w 1921 roku, osiedlili się w Mysłowicach. Edukację szkolną zakończył w czwartej klasie w gimnazjum, uzyskując tzw. małą maturę, po czym ojciec, będący kolejarzem, oddał go na naukę do zakładu ślusarskiego na Kolei. W tym samym czasie zapisał się do Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Tu mógł realizować swoje sportowe zamiłowania; fascynowała go akrobatyka, pociągały wycieczki krajoznawcze. Toteż, kiedy po wyuczeniu się zawodu nie mógł zdobyć pracy, pewnego wiosennego dnia 1931 roku wyruszył wraz z dwoma kolegami na wycieczkę pieszą... dookoła Polski. Ruszyli z Mysłowic przez Bielsko, Wisłę, Tarnów, Przemysł, do Lwowa. A stamtąd przez Pińskie Błota, Nowogródek Grodno, dotarli do Wilna. W drodze zahaczyli o rodzinne strony jego ojca na Ziemi Łomżyńskiej i kierując się na Toruń dobrnęli do Gdyni. A później przez Poznań, Ostródę, Pudliszki, Częstochowę, Tarnowskie Góry doszli do rodzinnego miasta. Wyprawa trwała dwa miesiące. Codziennie przemierzali jakieś 40 kilometrów, jak się rzekło, piechotą. Mój rozmówca - jak wspomina - zdarł trzy pary butów. I choć mieli po 18, 20 lat, dali sobie doskonale radę z wiktem i opierunkiem. Przyjmowani byli w majątkach, koszarach, chłopskich chałupach; spali w dworskich izbach, na parafiach, niekiedy w stodole. Wszędzie spotykali życzliwych ludzi, zapewniający im dach nad głową i strawę. Pan Jan rozsmakował się w wyprawach na tyle, że ponowił ją po roku, zmieniając nieco trasę.

Sprawny do pracy i obrony

Nie przestał ich odbywać, choć na mniejszą skałę, także wtedy, kiedy znalazł pracę jako instalator w przedsiębiorstwie gazowniczym, a później jako górnik w kopalni Mysłowice. Chętnie też brał udział w krajowych spływach kajakarskich. Jednocześnie cały czas uprawiał gimnastykę.

Nie przeszkodził mu nawet przygnębiający czas ostatniej wojny. Codziennie dojeżdżał do pracy do parowozowni w Gliwicach, dokąd był oddelegowany przez władze niemieckie. I wtedy, po powrocie do Mysłowic, miał czas, by zaglądać do klubu sportowego Górnik O9.

Po wojnie odtwarzał Klub Górniczy 09 i tworzył KS Lechia Mysłowice, gdzie zorganizował sekcję gimnastyczną. Po jakimś czasie został skierowany przez związki zawodowe na kurs instruktora wychowania fizycznego. Przez 10 lat, aż do 1958 roku, z ramienia Związku Zawodowego Budowlanych szkolił młodych budowlańców w ramach powszechnej wtedy akcji: "sprawny do pracy i obrony" (SPO). Sam również nie zaprzestawał uprawiać sportu.

Sport to zdrowie

Dziś jest bodaj jednym z najstarszych członków TKKF w Polsce. Kiedy wpada do kraju na parę tygodni, spotyka się z innymi członkami TKKF, a często również ze znajomy, na sali gimnastycznej mysłowickiego Liceum nr 2. Pod jego komendą uczestnicy spotkania (a jest ich zwykle około 20), ćwiczą, przyjmując zaproponowany przez niego zestaw. A składają się na niego m.in. przysiady, skłony, pompki, szpagat, podciągania na drabinkach, "poziomki", stójki na rękach, przewrotki na materacu i inne sprawnościowe ćwiczenia, mające wpływ na dobre samopoczucie i zachowanie kondycji. -Sport to zdrowie, a zdrowie to sport - mawia mój rozmówca. Bo któż potrafi, nie tylko w jego wieku, aż 300 razy podnieść tułów z pozycji leżącej z założonymi za głowę rękami? - Czekam na takiego śmiałka i chciałbym się z nim zmierzyć - mówi gotowy podjąć takie wyzwanie.

Życiem trzeba się cieszyć

O mysłowickim nestorze mówiono już w radiu, odwiedzała go telewizja i on bywał gościem w katowickim Ośrodku TV. W listopadzie zeszłego roku Teleexpress pokazał o nim migawkę. Dziennikarze podziwiają jego fenomen, ale on sam nie poprzestaje na zachwytach. Parę lat temu w lokalnym konkursie stanął w szranki o tytuł "Mistera Dziadków", no i wygrał.

- Lubię się bawić, a nawet popisywać się towarzysko, dowodząc, że człowiek jest dopóty młody, dopóki umie cieszyć się życiem. To moja dewiza - wyznaje sędziwy sportsmen.

Na dowód, że jest pełen radości życia, pan Jan zaintonował tenorowym głosem kilka zwrotek z repertuaru swojej młodości, piosenek biesiadnych i rajdowych. Lubi nie tylko śpiewać, ale i opowiadać kawały, nie frywolne, lecz z zakamuflowaną dwuznacznością. - Życiem trzeba umieć się cieszyć, bo każdego dnia skracamy je o jeden dzień - dodaje sentencjonalnie na zakończenie rozmowy.

Krystian Prynda

MWMedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje