Reklama

Podwójna przyjemność

Po powrocie ze szpitala do domu ciągle zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że maluchy przez większość doby śpią, a my ciągle jesteśmy niewyspani? Ale taka najwyraźniej jest "uroda" bliźniąt.

Przez pierwsze tygodnie po przyjściu na świat chłopców żyliśmy jak w transie. Rewolucja, która dokonała się w życiu naszej rodziny, trochę uodporniła nas na zmęczenie. Ale taki okres ochronny szybko mija. Natura, czyli nasz zegar biologiczny, zaczyna boleśnie przypominać o sobie. Dlatego gdy wracam do pracy po miesięcznym urlopie "tacierzyńskim", pytania w rodzaju: "A ile śpisz w ciągu doby?" mogę kwitować tylko lekko histerycznym śmiechem.

Reklama

Karmienie w stereo

"Bliźniaki to sport ekstremalny" - twierdzą znajomi rodzice dwojaczków i nie sposób się z nimi nie zgodzić. Prawda jest taka, że nie byliśmy na to wszystko przygotowani. Nic dziwnego: wcześniej mieliśmy do czynienia tylko z jednym dzieckiem. Na dodatek Mikołaj w wieku niemowlęcym był raczej bezproblemowy: jadł grzecznie, nie marudził, spał spokojnie. Dzięki temu my spaliśmy, a już w szczególności ja, bo Niki wzięła bohatersko trudów nocnej opieki nad maluchem na siebie. Tym razem jednak tak już się nie da. Jeremi i Ignacy są wcześniakami, więc jedzą dłużej niż dzieci urodzone w terminie. "Dłużej" może oznaczać 45 minut. Albo godzinę. Albo nawet dwie.

Po drodze robią przerwy, podsypiają, marudzą, trzeba ich odbić, bo inaczej ulewają (albo ulewają mimo to). Wymagają więc stałego nadzoru, najlepiej ze strony dwóch osób, bo jednej może po prostu "zabraknąć rąk". Kluczowym problemem dla nas staje się zsynchronizowanie bliźniaków - tak, aby jedli o tej samej porze, bo inaczej Niki grozi kompletny brak snu. Gdy maluchy jedzą na przemian, może być tak, że gdy drugi skończy, pierwszy zdąży zgłodnieć. Na szczęście dostajemy od "towarzyszy broni" genialny wynalazek: poduszkę do karmienia bliźniąt.

Oj, bolą brzuszki!

Samo jedzenie to jeszcze pół biedy. Gorzej, że maluchy często prężą się, puszczają bąki, płaczą rozpaczliwie - wszystko to wskazuje na problemy z brzuszkami, czyli kolki. Tego też przy Mikołaju nie przerabialiśmy, a teraz mamy w podwójnej dawce. Szybko przekonujemy się, że herbatki czy lekarstwa (nawet te na receptę) dają niewiele. Ogrzewanie brzuszków suszarką też się nie sprawdza. Najlepsze okazuje się lekkie kołysanie na kolanach u mamy albo taty, ewentualnie przejażdżki wózkiem. Maluchy karmione są niemal wyłącznie mlekiem mamy i dobrze im to służy: rosną w oczach. Ale widać też, że ich organizmy jeszcze nie opanowały trudnej sztuki trawienia tego pokarmu.

Mam dziecko

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: maluchy | przyjemność

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje