Reklama

Morderca w sutannie

Roman Maryś był wikarym we wsi położonej niedaleko Poznania. Młody, przystojny ksiądz wzbudzał ogromne zaciekawienie parafianek... Bliższa znajomość z jedną z kobiet stała się przyczyną zbrodni.

Roman Maryś przyszedł na świat w 1963 roku. Mieszkał wraz z rodzicami, trójką rodzeństwa oraz babcią ze strony matki w małej podpoznańskiej wiosce D. Chłopiec zawsze uchodził za wzór do naśladowania w oczach swojego rodzeństwa oraz kolegów i koleżanek ze szkoły. Kiedy Romek skończył 9 lat, został ministrantem. Wiele lat później wspominał: - Z dumą stałem obok ołtarza i marzyłem, aby kiedyś być księdzem - przypominał sobie swoje dzieciństwo dorosły już mężczyzna.

Każdy liczy się ze zdaniem proboszcza

- Co niedzielę wraz z babką, rodzicami i rodzeństwem uczestniczyłem we mszy świętej i z niekrytym podziwem obserwowałem proboszcza wygłaszającego z ambony kazania. Wiedziałem, że w naszej wsi proboszcz ma duży posłuch i że w parafii każdy się liczy z jego zdaniem. Młody czy stary, biedny czy bogaty, urzędnik, kobieta z warzywniaka czy pijący piwo pod sklepem, wszyscy bez wyjątku szanowali i podziwiali duchownego.

Romek marzył, że za parę lat także on stanie przy kazalnicy i pełen wiary będzie głosić słowo boże.

Reklama

Marysiowie byli bardzo religijni, więc nikogo w domu raczej nie zaskoczyło postanowienie syna, gdy oświadczył, że zamierza swoje życie poświęcić Bogu. Zachwyceni tą decyzją rodzice z dumą rozpowiadali później wśród sąsiadów, że ich Romek pewnie będzie kiedyś świętym. Po cichu liczyli, że może za jakiś czas cała Polska przeczyta w prasie o ich pociesze. A syn dzięki swej wierze i inteligencji szybko zrobi kościelną karierę. Rzeczywiście pod koniec lat 80. o postępkach Romana Marysia dowiedział się cały kraj, a on sam stał się bohaterem... kronik kryminalnych.

Nowy wikary

Maryś miał 28 lat, kiedy został wyznaczony przez ordynariusza do pomocy proboszczowi w jednej z poznańskich parafii. Młody wikariusz, pełen szlachetnych idei, działalność w parafii rozpoczął od założenia chóru kościelnego dla dzieci i młodzieży w wieku 6-15 lat. Później ksiądz w salce katechetycznej przy kościele zorganizował specjalnie dla młodych katechezę i grupę oazową. W krótkim czasie udało mu się zapracować na szacunek parafian, podziw i ich poparcie. Niektórzy wróżyli nowemu wikaremu szybkie przejęcie parafii po starzejącym się proboszczu. Powodem popularności księdza Romana były jednak nie tylko jego udane pomysły. Ksiądz czy nie ksiądz - parafianki szybko zwróciły uwagę również na urodę wikarego.

- Młody, przystojny, opiekuńczy i taki natchniony Bogiem... - szeptały po kątach niewiasty.

Starsze panie jeszcze częściej chodziły na msze - oczywiście po to, aby spotkać się z Bogiem, pomodlić się, ale i przy okazji przyjrzeć się duchownemu i być może pomyśleć o nim nie tylko jako o księdzu, który musi przestrzegać celibatu. Zaś młode dziewczyny wzdychały po cichu z ławeczek, słuchając mądrych kazań wikarego Romana.

Mężczyzna w sutannie bardzo szybko zorientował się, jakie uczucia budzi wśród swoich parafianek, jednak do głowy mu nie przyszło, by to wykorzystywać. Całkowicie poświęcił się Bogu i pracy kościelnej.

Znudzona żona

Małgorzata Pakulska od urodzenia mieszkała w Poznaniu. Była matką dwójki dzieci, prowadziła nudne życie kury domowej, dopóki w jej parafii nie pojawił się nowy wikary. Została wychowana na przykładną żonę, kochającą i troskliwą matkę oraz wzorową gospodynię. Kiedy skończyła 21 lat, wyszła za mąż, za tzw. dobrą partię. Jedenaście miesięcy po ślubie na świat przyszło pierwsze dziecko młodego małżeństwa, syn Arek, zaś 10 miesięcy po nim córka Marysia.

Z czasem w życie młodej mamy zaczęła się wkradać monotonia codziennych zajęć: sprzątanie, gotowanie i opieka nad dziećmi. Natomiast jej mąż Krzysztof robił karierę i pracował na utrzymanie rodziny. Był jednym z bardziej znanych i szanowanych biznesmenów w Poznaniu. Dzięki niemu małżonkowie mogli się pochwalić pięknym domem jednorodzinnym czy drogimi samochodami.

Małgorzata była dumna ze swoich dzieci, dbała o nie i starała się, by jej pociechy były we wszystkim najlepsze. Kiedy zaczęły się uczyć, rodzice zapisali je na dodatkowe zajęcia - gry na fortepianie, naukę języka, pływanie, jazdę konną - atrakcje, o jakich większość uczniów w podstawówce w końcu lat 80. mogła tylko pomarzyć. Potem Arek poszedł do drugiej klasy, więc jego mama rozpoczęła przygotowania do jego I komunii. Wraz z nim miała ją przyjąć również Marysia.

Zakazana miłość

Dzieci regularnie brały udział w nabożeństwach i w niedzielnych mszach świętych, zwłaszcza tych odprawianych specjalnie dla nich. Małgorzata kontrolowała postępy Arka i Marysi w nauce religii, przygotowujących się do pierwszej w życiu spowiedzi. Swoje pociechy zapisała również na dodatkowe zajęcia organizowane przez młodego wikarego, Romana Marysia. Sama zaś, za namową matki jednej z klasowych koleżanek jej synka, zaczęła uczęszczać na katechezę formacyjną, w trakcie której przystojny ksiądz tłumaczył, jaka jest rola rodziców dzieci w tej ważnej dla wszystkich członków rodziny uroczystości. Atrakcyjny mężczyzna w sutannie szybko zdobył zaufanie, a wkrótce i serce zaniedbywanej przez męża parafianki.

Małgorzata zawsze miała do wikarego wiele pytań. Zdarzało się, że przesiadywali w salce katechetycznej jeszcze długo po tym, gdy pozostali rodzice już dawno wyszli. Początkowo dyskutowali o prowadzonych przez Romana wykładach. Z czasem ich rozmowy stawały się coraz bardziej osobiste, a między obojgiem powstała nić porozumienia, a potem i przyjaźń.

Nie afiszowali się ze swoją przyjaźnią

- Wraz z Romkiem powierzyliśmy sobie największe tajemnice naszego życia - wspominała Małgorzata w trakcie późniejszego śledztwa ten okres ich znajomości. - Okazało się, że zupełnie przypadkowo spotkałam fantastycznego przyjaciela, któremu bez obaw mogłam zaufać. Romek, tak jak ja, lubił długie rozmowy na tematy, które dla większości moich znajomych były nużące, uwielbiał sztukę. To w nim odkryłam swoją bratnią duszę.

Małgorzata wyjaśniała, że Romanowi mogła się zwierzyć ze wszystkich swoich smutków i radości. Potrafił jej słuchać i doradzać, czuła, że jest dla niego naprawdę ważna. Tak bardzo brakowało jej kogoś życzliwego, kogoś, kto byłby dla niej oparciem. Jej mąż ciągle tylko pracował, rzadko wychodzili gdzieś razem. Nawet dzieci za bardzo go nie interesowały.

Roman i Małgorzata spędzali z sobą coraz więcej czasu. Chodzili razem do teatru i opery. Z wiadomych powodów starali się nie afiszować ze swoją przyjaźnią. Zdawali sobie sprawę z tego, że ludzie lubią gadać, a na pewno przyjaźń młodej, atrakcyjnej kobiety, której mąż ciągle wyjeżdża, i przystojnego księdza stałaby się tematem plotek, co mogłoby przysporzyć im nie lada problemów.

"Myślałam o nim nie jak o księdzu, lecz jak o mężczyźnie"

- Żałowałam, że wyszłam za Krzysztofa - mówiła kobieta. - Bardzo źle czułam się w tym związku. Byłam taka samotna, Roman dał mi nadzieję na lepsze życie. Potrafił mnie pocieszyć jak nikt inny. Kiedy opowiadałam mu o swojej samotności, on z uśmiechem na ustach, spokojnym głosem mówił: "Nie jesteś sama, masz przecież wspaniałe dzieci, które cię potrzebują i które będą cię kochać bez względu na wszystko". Podziwiałam go. Czasem nawet łapałam się na tym, że myślę o nim nie jak o księdzu, lecz jak o mężczyźnie. Tak bardzo pragnęłam być jak najbliżej niego. Wiedziałam, że ta miłość jest zakazana, ale to pociągało mnie w tym związku jeszcze bardziej.

Młodym wikarym targały podobne uczucia. Zanim poszedł na studia teologiczne, nigdy wcześniej nie spotykał się z żadną dziewczyną - nie dlatego, że nie chciał, on po prostu to tej pory nie poznał nikogo, kto wywarłby na nim takie wrażenie, jak Małgorzata. Teraz zrozumiał, że znalazł "tę właściwą". Roman był gotów zrobić dla Małgorzaty wszystko i zapłacić za to każdą cenę. Coraz poważniej rozważał "zrzucenie sutanny". Musiał tylko upewnić się, że jego przyjaciółka pragnie tego samego.

Upojna noc z wikarym

Pewnego wieczoru, gdy po kolejnym przedstawieniu w teatrze wracali do domu, Małgorzata zapytała go, dlaczego właściwie został księdzem. To jedno pytanie sprowokowało kilkugodzinną rozmowę. Spotkanie zakończyło się w hotelowym pokoju. Zostali kochankami. Wtedy wszelkie wątpliwości Romana rozwiały się.

Małgorzata była pierwszą kobietą w życiu wikarego. Po upojnej nocy ogarnęły ją chwilowe wyrzuty sumienia, ale wkrótce zdała sobie sprawę, że naprawdę kocha Romana. Wcześniej nigdy nie czuła czegoś takiego. Chciała być tylko z nim, z nikim innym...

Również ksiądz uświadomił sobie, że to, co kiedyś było dla niego tak ważne, kapłaństwo, teraz nagle przestało mieć znaczenie. Był gotowy walczyć o tę trudną miłość.

"Ucieknijmy!"

Romans Małgorzaty i przystojnego wikarego trwał ponad pół roku. Kobieta łatwo potrafiła to ukryć przed wiecznie nieobecnym mężem. Dzieci mogła spokojnie pozostawić na jakiś czas bez opieki w domu - świetnie dawały sobie radę same. Zresztą zawsze zajmowała się nimi babcia (mama Małgorzaty), która z nimi mieszkała. Kochankowie spotykali się w hotelach na obrzeżach miasta. Na jednej z randek Roman wyznał Małgorzacie, że zdecydował o wystąpieniu z Kościoła.

- Jesteś dla mnie najważniejsza. Chcę spędzić z tobą resztę życia. Myślę, że skoro Bóg mi ciebie zesłał, to sam chce, abym poświęcił życie właśnie tobie. On wie, że nawet kiedy przestanę być księdzem, nie odwrócę się od niego - mówił.

Małgorzata chciała tego, jednak bardzo obawiała się reakcji otoczenia, a przede wszystkim rodziny.

- Potępią nas - odpowiedziała. - Nie zaznamy spokoju, ludzie będą wytykać palcami nas i moje dzieci.

- Nie martw się, przeniesiemy się w inną część Polski, tam zaczniemy nowe życie. Uciekniemy stąd - zaproponował Roman.

"Ty dziwko!"

Kobieta nie do końca podzielała optymizm kochanka, jednak pragnienie bycia z nim okazało się silniejsze niż obawy. Małgorzata wiedziała, że za miesiąc jej mąż wyjeżdża na dwa tygodnie do Warszawy. Kochankowie postanowili wykorzystać ten moment na ucieczkę.

Roman prosił ją, aby nie mówiła nikomu o ich wspólnych planach. Jednak kobieta nie wyobrażała sobie, że odejdzie nagle, niemal bez słowa. Postanowiła zdradzić swoją tajemnicę matce. Myślała, że jak już ułoży sobie życie z Romanem i dziećmi, ściągną ją do siebie. Wiedziała, że przyznając się do romansu z wikarym i wtajemniczając konserwatywną i religijną starszą panią w plan ucieczki, może zostać potępiona. Jednak miała nadzieję, że mama to zrozumie. Bardzo się pomyliła. Kiedy Małgorzata wyznała jej o swojej wielkiej miłości, kobieta uderzyła ją w twarz i przez zęby wycedziła: - Ty dziwko!

"Zachowujesz się jak szmata!"

Pół godziny później w domu Pakulskich rozegrało się prawdziwe piekło. Matka Małgorzaty powiedziała Krzysztofowi o planach jego żony. Zdradzony mąż, choć nigdy nie należał do osób porywczych, tego dnia nie wytrzymał:

- To ja haruję, żyły sobie wypruwam, a ty się z księdzem puszczasz! - krzyczał. - Wstydu nie masz, nie dość, że mnie zdradzasz, to jeszcze z księdzem! Zachowujesz się jak szmata!

Krzysztof pobił ją. Zagroził, że albo zakończy swój romans z księdzem, albo zostanie z niczym.

- Nie dostaniesz ani grosza ode mnie, o rozwodzie też nie masz co marzyć i zapomnij, że pozwolę ci odejść z dziećmi! Nawet nie próbuj nigdzie uciekać, mam znajomości i pieniądze, znajdę cię i zniszczę! Zapamiętaj to sobie, dzieci też już nie zobaczysz! - krzyczał.

Małgorzata stanęła przed trudnym wyborem. Bardzo chciała być z Romanem, w myślach wyobrażała już sobie ich wspólne życie. Jednak kiedy miała wybrać między mężczyzną a dziećmi, nie wahała się ani chwili. Postanowiła jak najszybciej spotkać się z kochankiem i zerwać z nim. W końcu Arek i Marysia byli dla niej najważniejsi.

"To Koniec!"

Jeszcze tego samego wieczoru Małgorzata poszła na spotkanie z Romanem. Kiedy ją zobaczył, domyślił się, że coś się stało. Zamiast uśmiechniętej, energicznej, atrakcyjnej blondynki, miał przed sobą zgarbioną, roztrzęsioną kobietę, kryjącą twarz za wielkimi okularami przeciwsłonecznymi. Zbliżyła się, chciał ją pocałować, jednak Małgorzata uchyliła się. Wtedy zauważył dużego siniaka na jej twarzy.

- Co się stało? - zapytał zaskoczony.

- To koniec - odpowiedziała. - Koniec - powtórzyła. - Krzysztof o nas wie, zagroził, że jeśli z tobą nie zerwę, odbierze mi dzieci. Kocham cię, ale Aruś i Marysia są całym moim życiem. Przepraszam, wybacz mi. Najlepiej będzie, jak poprosisz o przeniesienie do innej parafii.

Ostatni raz pocałowała Romana

Roman nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, nie wyobrażał sobie życia bez Małgorzaty. Mieli przecież tyle wspólnych planów.

- To nie może się tak skończyć. Będę o ciebie walczył. Będziemy razem, obiecuję.

Małgorzata ostatni raz pocałowała Romana, po jej policzkach spływały łzy. Wikary przygarnął ją do siebie i wyszeptał jej do ucha:

- Będziemy razem, zaufaj mi.

Roman wiedział, jak ważne dla Małgorzaty były dzieci. Nie mógł jej przekonać do ucieczki, za bardzo się bała swojego męża i jego zemsty. Jednak kochanek nie zamierzał się poddać. Po długim namyśle doszedł do wniosku, że jedyną szansą na to, aby mogli uciec, było pozbycie się jej męża. Widział tylko jedno rozwiązanie - zabicie rywala.

Morderca w krzakach

Osiemnastego listopada 1989 roku Krzysztof wracał do domu po pracy. Był strasznie zmęczony. Marzył tylko o tym, aby wziąć szybko kąpiel i położyć się spać. Dochodziła godzina 22.00, gdy z daleka zauważył, że w salonie pali się światło.

Jest w domu... - pomyślał z ulgą.

Wszedł na podwórko. Od drzwi frontowych dzieliło go zaledwie 6-8 metrów, gdy niespodziewanie z krzaków tuż przy domu ktoś wybiegł. Krzysztof nie zdążył w żaden sposób zareagować. Poczuł silny i ostry ból w okolicach klatki piersiowej. Osunął się na ziemię... Wydawało mu się, że słyszy czyjś krzyk... Tak, na pewno usłyszał krzyk. To był głos Małgorzaty, która przez okno widziała zajście i wybiegła z domu, płosząc napastnika. Krzysztof stracił przytomność.

Zakrwawiony nóż

Kilka minut po 22.00 dyspozytorka pogotowia ratunkowego przyjęła zgłoszenie od przerażonej kobiety.

- Proszę szybko przyjechać na ulicę P. nr 48, ktoś zaatakował mojego męża! - mówiła zdenerwowana Małgorzata. - On jest cały we krwi, nieprzytomny, chyba nie oddycha!

Pod wskazany adres natychmiast wysłano karetkę. Lekarze rozpoczęli reanimację Krzysztofa, jednak mimo ich wysiłków mężczyzna zmarł.

Wkrótce po pogotowiu do domu Pakulskich przybyli funkcjonariusze milicji i rozpoczęli oględziny miejsca zbrodni. Znaleziono zakrwawiony nóż, którym zadano ciosy, butelkę po winie oraz kilka niedopałków papierosów. Jeden z milicjantów przesłuchał rodzinę zamordowanego.

"To ja go zabiłem"

- Mąż nic nie mówił, że ma jakieś problemy, nigdy nie wspominał o wrogach. Krzysztof był ceniony, lubiany i szanowany. Nie wiem, kto mógł mu życzyć źle... - powiedziała Małgorzata.

- Przestań gadać takie głupoty! - wtrąciła się do rozmowy matka kobiety. - Opowiedz o swoim romansie i planach ucieczki od Krzysztofa, niewdzięcznico! Może razem z tym swoim księżulkiem to wymyśliłaś. Co, nie mam racji? Przyznaj się!

Milicjant zapytał kobietę, czy to prawda. Małgorzata potwierdziła, że miała romans z księdzem Romanem i że chciała odejść od męża, jednak stanowczo zaprzeczyła, by wraz z kochankiem planowała zabójstwo. Przyznała również, że Krzysztof na wieść o jej romansie wpadł w szał, pobił ją i groził, że ją wykończy.

- Wspomniała pani o tym księdzu Romanowi? - spytał milicjant.

- Tak - przyznała kobieta.

- I co on na to?

- Powiedział, że mam mu zaufać i że na pewno będziemy razem - odparła kobieta.

Tuż po północy pod plebanię podjechał radiowóz. Funkcjonariusze nie zdążyli nawet wysiąść z samochodu, kiedy drzwi frontowe otworzyły się i wyszedł młody wikary.

- Dobry wieczór - przywitał się z milicjantami, a następnie wyciągnął ręce przed siebie. - To ja go zabiłem, krzywdził Małgosię. Możecie mnie skuć.

Chciał dobra Małgosi?

Roman Maryś został zatrzymany. Następnego dnia w Prokuraturze Rejonowej w Poznaniu przesłuchano go. Młody ksiądz opowiedział o swoim romansie z Małgorzatą oraz o ich wspólnych planach:

- Mieliśmy uciec stąd jak najdalej, po to, by żyć z dala od wścibskich spojrzeń. (...) Kiedy mąż Małgosi dowiedział się o nas, wpadł w szał, pobił ją i groził. Ona się tak bała. Postanowiłem jej pomóc, nawet kosztem własnego życia. Może i nie będę z nią, ale ona będzie przynajmniej spokojna.

Tego samego dnia wydano nakaz tymczasowego aresztowania podejrzanego i rozpoczęto śledztwo.

Przeprowadzona sekcja zwłok Krzysztofa Pakulskiego potwierdziła wstępne przypuszczenia. Raport lekarski podawał: Śmierć nastąpiła wskutek zadania szeregu ran kłutych ostrym narzędziem. Denat łącznie otrzymał 23 ciosy w klatkę piersiową, dłonie, nogi, szyję. 7 z nich okazało się być śmiertelne. (...) Do ataku doszło od przodu, o czym świadczą znajdujące się na ciele denata rany.

Motyw zbrodni poznano od razu

Przesłuchiwani świadkowie bardzo pozytywnie wyrażali się o księdzu. Miły, pomocny, bezinteresowny, opiekuńczy to najczęściej notowane przymiotniki w protokołach śledczych.

Na wyraźną prośbę wikarego przydzielono mu obrońcę z urzędu - Piotra Groszka. Adwokat wniósł o poddanie swojego klienta badaniom psychiatrycznym, argumentując to tym, że w psychice księdza musiał nastąpić silny wstrząs, skoro dopuścił się takiego czynu wobec bliźniego. Po dwutygodniowej obserwacji na Oddziale Psychiatrii Sądowej Szpitala Więziennego w Szczecinie biegli psychiatrzy wydali opinię.

W orzeczeniu sądowo-psychiatrycznym sporządzonym 15 grudnia 1989 roku czytamy: U Romana Marysia nie stwierdzono istnienia choroby psychicznej ani niedorozwoju umysłowego, stwierdzamy natomiast, że jest on osobnikiem o bardzo podatnym i wrażliwym usposobieniu, zdradzającym objawy niedojrzałości emocjonalnej. Brak danych pozwalających stwierdzić, by w chwili popełnienia inkryminowanych czynów Roman Maryś posiadał zniesioną lub ograniczoną w znacznym stopniu zdolność rozumienia znaczenia czynu i kierowania swym postępowaniem. Jednoznacznie więc stwierdzamy, że Maryś w chwili popełniania czynów był całkowicie świadomy i powinien w pełni ponieść ich konsekwencje.

Śledztwo prowadzone przeciwko Romanowi Marysiowi zostało zamknięte w styczniu 1990 roku, a akta sprawy przekazane prokuratorowi w celu sporządzenia aktu oskarżenia. Dwa miesiące później akt oskarżenia zarzucający Marysiowi zabójstwo Krzysztofa Pakulskiego został skierowany do IV wydziału karnego Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Proces

Piętnastego kwietnia 1990 roku o godzinie 10.00 w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces Romana Marysia. Proces został utajniony. Przed sądem oskarżony przyznał się do zarzucanych mu czynów:

- Przyznaję się do zabójstwa Krzysztofa. Żałuję tego, że pozbawiłem życia człowieka, ale nie żałuję tego, że Bóg zesłał mi anioła w postaci Małgosi. Jest to najpiękniejsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła. Jednak to wcale nie tłumaczy czynu, jakiego się dopuściłem. Bardzo wszystkich przepraszam. Przepraszam dzieci Krzysztofa za to, że odebrałem im ojca, jego najbliższą rodzinę, przepraszam swoich parafian, proboszcza oraz wszystkich katolików. Przepraszam również całą moją rodzinę za to, że ich zawiodłem. Gdybym mógł cofnąć czas, zachowałbym się inaczej. Małgosiu, ciebie również przepraszam, wybacz mi, bardzo cię kocham - powiedział w ostatnim słowie.

Spotkanie przed bramą więzienia

Trzy miesiące później, 16 lipca 1990 roku, zapadł wyrok. Roman Maryś został skazany na 12 lat więzienia, a na poczet zasądzonej kary zaliczono mu okres pobytu w areszcie. W uzasadnieniu sędzia Marcin Gapik wyjaśniał:

- Sąd nie ma wątpliwości co do winy oskarżonego. Jednak przy wymierzaniu kary sąd wziął pod uwagę wiele czynników, które pozwoliły wydać w miarę łagodny wyrok. Po pierwsze, sąd oparł się na nieposzlakowanej przeszłości oraz uprzedniej niekaralności Romana Marysia, po drugie, sąd uwzględnił młody wiek oraz specyficzne i szczególne okoliczności sprawy. Po trzecie, sąd wziął pod uwagę przyznanie się do winy oskarżonego oraz wyrażoną przez niego skruchę. Dodatkowo na korzyść oskarżonego wpłynęła jego postawa (...) Sąd ma nadzieję, że po odbyciu zasądzonej kary Roman Maryś nigdy nie powróci na drogę przestępstwa.

Tuż po ogłoszeniu wyroku Małgorzata sprzedała dom i przeniosła się wraz z dziećmi na południe Polski. Roman odsiadywał swój wyrok w Zakładzie Karnym w Raciborzu. W trakcie odbywania kary wystąpił ze stanu duchownego.

Na wolność wyszedł w listopadzie 1997 roku po odbyciu dwóch trzecich zasądzonej kary. Przed bramą zakładu karnego czekała na niego Małgorzata.

Kinga Przyborowska

Personalia oraz niektóre okoliczności zostały zmienione.

Śród tytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: kochankowie | zabójstwo | milicjant | W.E. | ucieczki | wyrok | proces | romans | mężczyzna | Poznań | morderca | kobieta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje