Reklama

Miłość jest ślepa

Linda miała dwadzieścia lat, kiedy poznała Burta Pugacha. To miał być wymarzony romans: majętny prawnik, kolacje w drogich restauracjach, perspektywy na przyszłość. Słodki sen zamienił się jednak w pewnej chwili w koszmar...

Druga połowa lat 50., Nowy Jork, lato. Linda Riss siedzi na ławce w parku, przekomarza się z koleżankami, wesoło chichocze. Pogoda jest cudowna, życie, które na dobrą sprawę dopiero się rozpoczyna, wydaje się piękne.

Reklama

Linda dostrzega spojrzenia przechodzących mężczyzn. Niektórzy z nich, spłoszeni, odwracają wzrok, inni uśmiechają się uwodzicielsko, uchylając kapelusza. Dwudziestoletnia dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich walorów: zgrabnej sylwetki, długich, lśniących włosów, pięknych oczu. Lubi się podobać, ale nigdy nie przekracza granicy wyznaczonej przez prostą dewizę: patrzcie do woli, dotykać możecie tylko po ślubie. Linda jest na tyle atrakcyjna, że może sobie pozwolić na luksus bycia staromodną.

Od pierwszego wejrzenia...

W pewnym momencie jej uwagę zwraca stojący po drugiej stronie ulicy mężczyzna. Rozmawia z kimś, ale zamiast na towarzyszu wydaje się być skupiony wyłącznie na niej. Nie jest przystojny. Raczej elegancki. Wątłe ramiona i tors okrywa garnitur, po którym już na pierwszy rzut oka widać klasę majętnego właściciela. Może nie wygląda jak aktor filmowy, ale ma w sobie coś interesującego, bije od niego charyzma.

Linda patrzy nieznajomemu prosto w oczy, a on odwzajemnia jej zainteresowanie i uśmiecha się. Nagle żegna swojego rozmówcę i zdecydowanym krokiem przechodzi przez ulicę, mijając przejeżdżające samochody. W miarę kiedy zbliża się coraz bardziej do dziewczyny, ta stopniowo traci pewność siebie. Przestaje żartować z koleżankami i milknie.

- Burt Pugach, bardzo mi miło - dobrze ubrany chudzielec kłania się szarmancko.

- Linda. Linda Riss - odpowiada nieśmiało dwudziestolatka, wyciągając jednocześnie rękę w stronę nowo poznanego mężczyzny.

- Linda... piękne imię. Jest taka piosenka... - Burt Pugach zaczyna nucić popularną melodię. Koleżanki dwudziestoletniej piękności parskają śmiechem.

- Lindo, czy zgodziłabyś się pójść ze mną na kolację? - pyta znienacka Burt.

Dziewczyna uśmiecha się niepewnie, ale przyjmuje zaproszenie. Patrząc w oczy Pugacha, nie widzi jeszcze niczego złego.

Pożądaniu towarzyszyła rodząca się miłość

To było piękne lato, rok 1957. Linda i Burt - niemal nierozłączni. Spotykali się w każdej wolnej chwili: chodzili do restauracji, spacerowali po Nowym Jorku, jeździli na wycieczki za miasto.

Burt imponował Lindzie pod wieloma względami. Trzydziestoletni prawnik, znany w środowisku, zdążył już zapracować na nazwisko (choć wielu uważało, że jedyną wartością w jego życiu są pieniądze) i iście imponujący majątek: mógł się pochwalić m.in. własnym klubem nocnym i prywatnym samolotem. Obracał się w wyższych sferach, miał do czynienia ze światem filmu - był dla Lindy, dziewczyny z rozbitej rodziny, kimś z zupełnie innej, lepszej warstwy społecznej. Burt natomiast pragnął pięknej młodej kobiety bardziej niż jakiejkolwiek innej. Pożądaniu towarzyszyła rodząca się miłość, coraz mocniejsza i bardziej zaborcza. Ta mieszanka w przyszłości okazała się wybuchowa.

Żonaty, z dzieckiem...

Znajomi Lindy byli pewni, że ten niekiedy specyficzny, ale w gruncie rzeczy czarujący i dobrze ustawiony mężczyzna wkrótce zaskoczy wybrankę pierścionkiem zaręczynowym. Dziewczyna też miała taką nadzieję, bo w towarzystwie Burta czuła się jak prawdziwa dama, zasługująca na wszystkie luksusy, którymi ją otaczał. Ale niedługo czar prysł.

- Żonaty? Jak to żonaty? - Linda nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała od pewnego życzliwego. Widziała jednak w życiu niejedno i zdawała sobie sprawę z tego, że mężczyznom ufać na słowo po prostu nie wolno.

Przyparty do muru Burt przyznał się do kłamstwa. Od sześciu lat był mężem niejakiej Francine Rifkin i ojcem trzyletniej upośledzonej córki Caryn. Zarzekał się, że nie kocha żony, męczy się w domu, a to Linda jest jego prawdziwą i jedyną miłością.

Ale Linda nie chciała pełnić roli tej drugiej. Wiedziała, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Postawiła więc sprawę jasno: albo ja, albo ona. Burt obiecał, że weźmie rozwód.

Dowiedz się więcej na temat: romans | zdrowie | lato | dziewczyny | żona | Nowy Jork | przyszłość | dziewczyna | oczy | miłość | burta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje