Reklama

Kazirodztwo po polsku

Pierwsze dziecko Ewa urodziła w 1986 roku, gdy miała 19 lat. We wsi przez jakiś czas huczało od plotek. Ludzie zastanawiali się, kto może być ojcem, bo żadnemu miejscowemu chłopakowi ani w głowie były amory z niezbyt urodziwą i mało rozgarniętą dziewuchą. Ewa nie chodziła na zabawy i w ogóle rzadko opuszczała dom. A jeśli już - to ludzie widywali ją tylko w sklepie lub w kościele. Po zakupach lub po mszy prędko biegła do chałupy. Więc skąd to dziecko?

Co dzieje się w domu

Reklama

Gdy rok później znowu zaszła w ciążę, nikt się już nad tym nie zastanawiał. Niektórzy nawet współczuli Józefowi M., że ma "puszczalską" córkę i musi jeszcze jej bachory utrzymywać, jakby mało miał swoich. Byli i tacy, którzy domyślali się, że gospodarz sypia z Ewą. W gruncie rzeczy jednak mało kogo obchodziło, co się dzieje w rodzinie M. Czasem tylko nauczycielka w szkole pytała dzieci, czy u nich w domu wszystko w porządku i czy nie trzeba im pomóc. Maluchy na ogół milczały, trudno było wydobyć od nich informacje o tym, co się dzieje w domu. Nie było więc podstaw do interwencji. Józef M. przychodził na wywiadówki, dzieciaki wyglądały na najedzone, zadbane i choć słabo się uczyły, nie sprawiały wrażenia, że w ich rodzinie rozgrywa się jakaś tragedia. Ewa też nie narzekała.

W ciągu dziesięciu kolejnych lat, do roku 1996, urodziła siedmioro dzieci. W rubryce "ojciec" aktu urodzenia każdego z nich niezmiennie wpisywano: "nieznany". Do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej Ewa zwróciła się o zapomogę dopiero po przyjściu na świat siódmego dziecka. Choć opowiadała o swojej sytuacji bardzo enigmatycznie, urzędniczki przejęły się jej losem.

- Pani należą się alimenty od ojca dzieci - pouczały. - Nie może tak być, że on nic nie płaci, a pani musi utrzymywać tyle maluchów. Proszę powiedzieć, kto to jest, pomożemy wszystko załatwić.

Przypierana do muru kobieta twierdziła, że nie wie, z kim zachodzi w kolejne ciąże. Urzędniczki dostrzegły jednak jej zmieszanie. Uznały, że koniecznie trzeba przeprowadzić wywiad środowiskowy.

Stosunki poza normą

Henryka Z. z GOPS przyszła do domu M. bez uprzedzenia. Zastała młodsze dzieci odrabiające lekcje, krzątającą się w kuchni Ewę. Józef M. leżał na tapczanie. Był wyraźnie wściekły z powodu niespodziewanego najścia.

- Czego pani tu szuka? - rzucił.

- Zanim przyznamy zasiłek, sprawdzamy sytuację w domu - wyjaśniła Henryka Z. - Taka procedura.

Urzędniczka obejrzała całe gospodarstwo. Zanotowała, że w budynku mieszkalnym na parterze są trzy pokoje, a na piętrze dwa. Stanowczo za ciasno dla kilkunastu żyjących tu osób. Nikt z domowników nie ma własnego pomieszczenia, dzieci śpią z dorosłymi, gdzie popadnie. Jednocześnie widać było, że Ewa dba o czystość i dobrze opiekuje się maluchami - tymi własnymi, a także młodszym rodzeństwem. Wszystkie traktują ją jak matkę. No, może poza dwoma dorosłymi braćmi, którzy pozostali na gospodarstwie i pomagali ojcu.

Wizyta przebiegała spokojnie do momentu, gdy Henryka Z. poruszyła temat ojcostwa dzieci Ewy.

Dyskretne rozpytywania

- A co to urząd obchodzi? - zdenerwował się Józef M. - Macie dać zasiłek, a wy ciągle tylko wypytujecie o prywatne sprawy. Chyba widać, że dziewczynie się należy, bo żadnej pracy nie znajdzie, a ja nie dam rady wszystkich wyżywić!

Urzędniczka spróbowała jeszcze kilkakrotnie ustalić, kto powinien płacić Ewie alimenty. Dyskretnie wypytała także innych mieszkańców wsi.

- Ja tam myślę, że to Józek robi jej te dzieciaki - powiedziała Anna G., jedna z najbliższych sąsiadek. - Bo niby kto? Co prawda czasem do niego przychodzą koledzy, ale żaden nawet nie tknąłby Ewki. Ona ma zbyt dużo zajęć, żeby się szlajać. Za to Józek - o, ten to obleśny był od młodości. Nieraz widziałam, jak obściskiwał swoje synowe, i to przy ludziach.

Inni sąsiedzi też zauważali te "czułości". Ludzie gadali, śmiali się ze "starucha", ale dowodów na to, że sypia z córką nikt nie miał. Mimo to pracownice ośrodka pomocy postanowiły zawiadomić prokuraturę. Podejrzewamy, że stosunki ojca z córką wykraczają poza to, co można uznać za normę - napisały w doniesieniu. - Ewa M. nie chce zdradzić, z kim ma dzieci. Jest intelektualnie niepełnosprawna, łatwo ją wykorzystać.

Winny tylko ojciec

Przesłuchiwani kolejno Józef M. i jego córka zaprzeczyli, by łączyło ich coś więcej niż zwyczajne rodzinne uczucie. Wątpliwości rozwiały dopiero testy genetyczne. Zbadano materiał DNA już nie od siedmiorga, ale od ośmiorga dzieci. W tym czasie Ewa została bowiem matką po raz ósmy. Wyniki były szokujące. Wykazały, że Józef M. jest ojcem czworga ze swoich wnucząt. Prokuratura nie zajmowała się tym, kto spłodził czworo pozostałych, a szkoda. Biegli ustalili, że także w ich przypadku mogło dojść do kazirodztwa, bo ojcem jest mężczyzna blisko spokrewniony z Józefem M.

Prokuratura oskarżyła Józefa M. i Ewę M. Oboje do końca procesu nie przyznawali się do kazirodczych stosunków. Badania DNA są jednak dowodem jednoznacznym. Wiosną 1999 roku zapadł wyrok. Sąd skazał mężczyznę na rok i dwa miesiące więzienia. Uzasadniając bezwzględną karę pozbawienia wolności, sędzia argumentował, że oskarżony popełniał swoje czyny regularnie, przez wiele lat, a to nie rokuje, by ich zaniechał. Ewa M. została uniewinniona.

Powody były dwa: po pierwsze, upośledzona kobieta mogła nie zdawać sobie sprawy z tego, że pozwalając na stosunki seksualne z ojcem, dopuszcza się przestępstwa. Po drugie - będąc osobą bez pracy i bez możliwości jej znalezienia, była całkowicie zależna materialnie od Józefa M., co poniekąd usprawiedliwiało jej zgodę na pożycie.

Otwarte potępienie

Od wyroku odwołał się zarówno Józef M., jak i prokuratura, żądająca dla niego surowszej kary. Rok później sąd okręgowy złagodził ją do roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Czym kierował się sąd, wypuszczając na wolność zwyrodnialca? Paradoksalnie - dobrem najmłodszych członków rodziny. Bo przecież Józef M. był ich jedynym żywicielem. Gdyby poszedł do więzienia, to niesamodzielna Ewa być może trafiłaby do domu opieki, a maluchy do sierocińca.

Proces wstrząsnął całą okolicą i zmienił nastawienie wsi do sąsiada żyjącego "nie po bożemu". Choć ludzie wcześniej udawali, że nie wiedzą, co się dzieje w jego domu, po wyroku zaczęli otwarcie potępiać zboczeńca. Stracił nawet wieloletnich kolegów, więc obcy już nie przekraczali progu "grzesznego" domu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje