Reklama

Kazirodztwo po polsku

Był ojcem swoich synów, córek i... wnucząt. Nie miał zasad moralnych, za to duży temperament...

Rolnikowi z Pomorza, który ma czworo dzieci z upośledzoną córką, tym razem się udało. Zakończone w listopadzie ubiegłego roku śledztwo wykazało, że nie jest ojcem swojej prawnuczki, o co go podejrzewano. Sąsiedzi ze wsi są jednak przekonani, że ta rodzina ukrywa jeszcze niejedną straszną tajemnicę. Podobnie uważa sądowa kuratorka i pracownicy pomocy społecznej.

Słabiutki i nie przeżył

Reklama

Józef M. uchodzi za dobrego gospodarza. Od wielu lat uprawia ponad 20 hektarów pola. Mimo ukończenia 72 lat wciąż ciężko pracuje. W normalnych warunkach to spore gospodarstwo pozwoliłoby na utrzymanie rodziny. Tylko że rodzina M. jest wyjątkowo liczna. A wszystko przez ogromny temperament i szokujący brak zasad Józefa M.

Ze ślubną żoną miał trzynaścioro dzieci. Przychodziły na świat regularnie co rok lub dwa. Mogłoby ich być zapewne jeszcze więcej, bo Józef M. w "tych sprawach" nie znosił sprzeciwu. Noc w noc egzekwował swoje małżeńskie prawa i raczej mało go interesowało, czy żona ma także na to ochotę i czy jest na tyle silna, by raz za razem zachodzić w ciążę.

Cicha i pokorna Maria M. posłusznie godziła się na seks, bo wychowano ją w przekonaniu, że odmawiać mężowi to grzech, a liczne potomstwo to dowód boskiej łaski. Nic więc dziwnego, że wycieńczony organizm w końcu nie wytrzymał. Maria M. zmarła podczas czternastego porodu. Noworodek również był słabiutki i nie przeżył. I tak Józef M. został na gospodarstwie sam z trzynaściorgiem dzieci, z których najstarsza córka miała 17 lat, a najmłodsza - 1,5 roku.

Dobra córka, choć głupia

Nie szukał nowej żony. Zresztą w rodzinnej wsi miał marne szanse na znalezienie odpowiedniej kandydatki. A też i kobiety nie uważały tego ponad czterdziestoletniego mężczyznę z czeredą potomstwa za atrakcyjną partię.

Trudno ustalić, kiedy zaczął dobierać się do własnych córek. Dwie najstarsze zaraz po ukończeniu osiemnastego roku życia wyjechały. Nigdy więcej nikt ich we wsi nie widział. Na pytania sąsiadów, co się z nimi stało, Józef M. tylko wzruszał ramionami.

- Poszły na swoje i tyle - odpowiadał niechętnie. - I dobrze, o dwie gęby do wykarmienia mniej.

Po ich odejściu domowe obowiązki przejęła 16-letnia Ewa. Teraz to ona była najstarsza. Z powodu lekkiego upośledzenia umysłowego ledwie udało się jej skończyć pięć klas podstawówki. Ale do prostych prac domowych i opieki nad rodzeństwem nadawała się doskonale. Prała, sprzątała, gotowała, a największą jej zaletą było bezwzględne posłuszeństwo ojcu. Każde polecenie wykonywała bez dyskusji.

- Dobrze wychował córkę - chwalili Józefa M. sąsiedzi. - Głupia, bo głupia, ale robotna i grzeczna. Ma z niej Józek pociechę.

Nasza wspólna tajemnica

Wkrótce do jej obowiązków doszło jeszcze zaspokajanie nieokiełznanej ojcowskiej chuci. Kiedy kilka miesięcy po śmierci żony po raz pierwszy przyszedł do jej łóżka, Ewa próbowała protestować.

- Zamknij się - warknął. - Obudzisz dzieciaki. Masz robić, co ci każę, bo cię wyrzucę z domu.

Po wszystkim Ewa się popłakała. Czuła, że coś nie jest w porządku, przecież "takie rzeczy" z własnym tatą nie uchodzą. Rano jednak wstała i jak zwykle zabrała się do pracy. W kuchni zastała ojca, który już czekał na śniadanie. Patrzył na nią bykiem.

- Pamiętasz, co robiliśmy wczoraj? - zapytał.

Ewa niepewnie przytaknęła.

- Żebyś tylko nikomu o tym nie opowiadała - pogroził jej pięścią. - To będzie nasza tajemnica. Jeśli ludzie się dowiedzą, co robisz, to będą cię mieli za ostatnią sukę, a chyba tego nie chcesz, prawda? I nie żartowałem - naprawdę wygonię z domu, jak będziesz się stawiać.

"Idealna para"

W rzeczywistości czuł się nieco nieswojo. Tak bardzo pragnął kobiety, że dobrałby się do każdej, która wpadłaby mu w ręce. Ale żeby z własną córką?

Byłem za bardzo pijany, wódka człowiekowi rozum odbiera - myślał. - Żeby tylko Ewka się nie wygadała.

Od tego zdarzenia zrobił się dla niej jeszcze bardziej szorstki niż dotychczas. Sądził, że im bardziej dziewczyna będzie się go bała, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że się wygada. Ale obiecał sobie, że już więcej jej nie ruszy.

To był pierwszy i ostatni raz. Muszę poszukać sobie jakiejś kobiety - postanowił.

Tymczasem Ewa nie zamierzała nikomu się zwierzać. Przywykła do tego, że jak ojciec coś powie, to jest święte. Tak było zawsze, odkąd pamiętała. Jeszcze wtedy, gdy żyła mama, w domu rządził ojciec. Jakiekolwiek próby dyskusji natychmiast ucinał. Wystarczyło, że krzyknął albo zamachnął się ręką. Ewa od dziecka wykonywała każde polecenie bez namysłu. Zdawała sobie sprawę, że jest inna niż reszta rodzeństwa, głupsza i gorsza. Wiedziała, że poza rodzinnym domem nie ma szans na normalne życie: męża, dzieci, własne gospodarstwo. Gdzie by się podziała, gdyby ją wyrzucił?

Język za zębami

Józef M. szybko zapomniał o swoim postanowieniu. Przestał się bać, że wszystko się wyda i wkrótce ponownie przyszedł do łóżka córki. Z czasem jego nocne wizyty stały się normą. Pożycie z nią układało się - według jego kryteriów - znakomicie. Robiła, co jej kazał. Ewa przyzwyczaiła się, że ojciec co wieczór żąda od niej seksu. Nie było to w końcu takie straszne. Ot, jeszcze jedna z domowych czynności. Musiała tylko trzymać język za zębami, żeby ojciec się nie złościł.

Większość mieszkańców wsi po latach twierdziła, że nie miała pojęcia o dramacie Ewy. Trudno w to uwierzyć, bo wielu miejscowych było świadkami dziwnych relacji ojca z córką. W sobotnie wieczory do domu Józefa M. często przychodzili koledzy na wódkę i karty. Ewa usługiwała im w milczeniu przy stole, starając się jak najmniej przeszkadzać. Nie reagowała, gdy ojciec klepał ją w pośladki albo przygarniał do siebie, chwaląc:

- Udała mi się córeczka, nie? Dorodna, nie taka słaba jak jej świętej pamięci matka, prawdziwy skarb!

Kumple przytakiwali, rechocząc, ale niejeden w duchu myślał, że wydać ją za mąż będzie raczej trudno. Może i dorodna, ale niegramotna, pogadać się nie da.

Kiedy zmęczona Ewa w końcu kładła się spać, zdarzało się, że podpity już ojciec przerywał grę w oko.

- Idę do mojej Ewci chwilę odpocząć - mawiał, odchodząc od stołu.

Znikał na pół godziny, po czym wracał do kart.

Koledzy podśmiewali się nawet, że traktuje córkę jak żonę. Józef także się uśmiechał, zadowolony z siebie. Kończyło się na głupich żartach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje