Reklama

Góralu, dej se luz!

Nastał czas jesiennych ognisk; bardziej lub mniej gryzące dymy snują się po łąkach i zagajnikach, na rożnie obraca się tegoroczny baranek, panowie co i raz sięgają po piersiówkę, a z gardeł same wyskakują pieśni, zwane ongi patriotycznymi, potem masowymi, a dziś biesiadnymi.

Należy do nich nieśmiertelny, ponadczasowy, ponadregionalny "Góral". "Góralu, czy ci nie żal?" to pytanie retoryczne, a równocześnie pierwsze (powstałe, wg różnych źródeł, w 1864, 1869 lub 1874 roku) słowa piosenki uznawanej do niedawna za nieoficjalny drugi hymn Polski.

Reklama

Jej słowa powstały w dawnym krakowskim więzieniu św. Michała, gdzie młody krakowski poeta i dziennikarz Michał Bałucki, oskarżony o wichrzycielstwo, siedział w jednej celi z nieznanym nam z nazwiska góralskim nędzarzem, skazanym najprawdopodobniej za włóczęgostwo bądź przemyt.

Jakiż tam z niego był przestępca: chłopisko, najprawdopodobniej z Gorców, przyciśnięte okrutną, osobliwie na Podhalu, galicyjską bidą, wzięło na plecy grabie i poszło na bosaka w niziny, by uczciwie zarobić na kawałek chleba. Jeśli, czego nie można wykluczyć, nasz góral trudnił się przemytem - musiał pochodzić z Pienin, gdzie od czasu sprowadzenia do Polski tytoniu kwitła lukratywna kontrabanda: przez Dunajec przerzucano na stronę madziarską (dziś słowacką) tytoń luzem, cygara i papierosy.

Wzruszony góralska tęsknotą za stronami rodzinnymi Bałucki, siedząc na pryczy napisał wiersz "Za chlebem". Melodię do wiersza skomponował Władysław Żeleński (wg innych źródeł - Michał Świerzyński). Niezbadaną koleją losu rozdzierająca serce pieść o nieszczęsnym wędrującym za chlebem przybyszu z gór weszła do repertuaru biwakowych pieśni legionów Piłsudskiego. Utwór szybko trafił do ścisłej czołówki polskich pieśni masowych (początkowo skautowych i harcerskich, następnie wprost przeciwnie), pozostając w niej do dziś.

W latach 50. XX wieku śpiewano: "A góral wziął gumowe buty/I poszedł do Nowej Huty". Wiersz "Góralu, czy ci nie żal"? liczy kilkanaście zwrotek. W ostatnich góral powraca w rodzinne strony, taszcząc z nizin wór z prezentami dla rodziny i księdza proboszcza (dwie wielkie woskowe świece). Ów happy end jest przy wykonywaniu pieśni konsekwentnie pomijany, zapewne przez naszą narodową skłonność do cierpiętnictwa.

Osobiście "Górala" bardzo lubię, ale nie śpiewam. Wystarczy, że go zaintonuję lub jedynie przyłączę głos do chóru, gdy moja żona oświadcza publicznie: - Nie, jemu już nie dolewajcie, on ma dość. Owa zacna niewiasta w sposób widoczny się myli, ale że kłótnia nie leży w mojej łagodnej naturze, zmieniam repertuar na budzący mniejsze podejrzenia.

Wszystkim innym jednak zalecam bronienie "Górala" do ostatniej kropli, niekoniecznie krwi: mało jest pieśni bardziej naszych, polskich.

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: luz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje