Reklama

Galilea z Kongresówy

Choć będzie to opowieść z silnymi akcentami poznańskimi, zacząć wypada od Pragi, gdzie w dzielnicy Vinohrady żył kiedyś właściciel piwiarni, pan Rampa.

Ów Rampa, gdy ktoś u niego chciał pić na kredyt, mawiał, iż "przychodzą na człowieka takie chwile, że się robi głuchy jak pień".

Reklama

Podobną opinię reprezentował przybyły w 1895 roku ze Lwowa do Krakowa właściciel kawiarni przy ulicy Floriańskiej, zwanej dziś "Jamą Michalikową", Jan Apolinary Michalik. Przeszedł on do historii jako "pasztetnik artystów". Rzeczywiście, karmił i poił "malarię" z pobliskiej Akademii Sztuk Pięknych, często nie brał za to ładnych pieniędzy, ale - uwaga! - nigdy nie udzielał kredytu. Nie masz forsy - dawaj, bracie, obraz. I tak ano doczekał się pan Apolinary zupełnie niezłej (dziś mógłby za nią wziąć krocie) kolekcji, którą w 1919 roku, po sprzedaniu kawiarni przy Floriańskiej, zabrał ze sobą do Poznania.

W sławnej stolicy Pyrlandii przy ulicy Wały Wazów (dziś Wieniawskiego) przybysz z Krakowa otworzył pensjonat. Któż tu nie bywał! I aktorzy na czele z Marią Malicką i Ludwikiem Solskim, i Adam Grzymała-Siedlecki, i Teofil Trzciński, i cała chmara artystyczno-naukowej drobnicy. Wydawało się, że Michalik - wierny zasadzie nieudzielania kredytu - zrobi na swym pensjonacie znakomity biznes, ale cóż... Po Poznaniu zaczęły krążyć złe plotki, że "ta Galilea z Kongresówy" (pan Apolinary) jest reprezentantem Sodomy i Gomory, czyli zgnilizny moralnej rodem z pierwszego na ziemiach polskich kabaretu, który hołubił w swej krakowskiej kawiarni. Że uczciwe matki nie powinny nigdy swym córkom pozwolić na spacer Wałami Wazów. Że - hańba! Po trzykroć hańba! - córka Jana Apolinarego Michalika, panna Helena Kazimiera, przebywająca w internacie gimnazjum Sacre-Coeur w Polskiej Wsi pod Poznaniem zamiast przyzwoitego, skromnego trykotu zwanego milanezem ubiera "pod spód" jedwabie!

Oto namacalny dowód zepsucia obyczajów, które chce przeflancować na grunt poznański przybłęda z Krakowa!... Choć określenie "namacalny" zasługiwało na proces sądowy, Jan Apolinary nie czekał: 28 maja 1926 roku oddał Bogu galicyjskiego ducha i - już w pozycji horyzontalnej - wrócił znad Warty nad Wisłę. Jego kości spoczęły w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Rakowickim.

Można je było oglądać, gdyż w XX wieku grobowiec reprezentował typowy obraz nędzy i rozpaczy... Na szczęście znalazł się w tym roku darczyńca, aktualny Król Kurkowy, inż. Piotr Skalski, który - w imię najlepiej rozumianej opieki nad ludzką pamięcią - odrestaurował własnym sumptem grób "pasztetnika artystów" i - mimowolnego, ale zawsze - mecenasa sztuki.

Świadkami tego wydarzenia były setki krakowian, którzy podobnie jak ja mogą przysiąc, że z pięknie odnowionego grobowca słychać było głos Jana Apolinarego: - Dziękuję! Dziękuję. Ale nic na kredyt u mnie nie dostaniecie! To byłoby nie po poznańsku!

Leszek Mazan

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Galileo | właściciel | kredyt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje