Reklama

Dzieci przerażają... głupotą

Maciek, Tomek, Adam i Dawid na domowej drukarce wyprodukowali kilka sztuk banknotów po 10 i 20 złotych, a następnie bez przeszkód upłynnili je w kiosku, w kwiaciarni i na wesołym miasteczku. Wprawdzie wszystkie 10-złotówki miały ten sam numer seryjny HF 2204207, a dwudziestki FH 5922227, lecz wcześniej jakoś nikt nie zwrócił na to uwagi. Zresztą - płacili pojedynczymi banknotami. Dopiero czujna pani w szkolnym sklepiku zauważyła, że z pieniędzmi coś jest nie tak.

Reklama

Wymuszali 2, czasem 5 złotych

Trzy lata temu piętnastoletni wielbiciele wrestlingu z gimnazjum w Czarnowicach (Lubuskie) wpadli na całkiem oryginalny pomysł zarobienia paru złotych: groźbami pobicia zmuszali młodszych kolegów (13-14 lat) do walk. Mityngi organizowali po lekcjach z dala od szkoły, na łące zwanej "areną". Wyznaczeni chłopcy okładali się pięściami, widzowie szczuli jednych na drugich, a organizatorzy nagrywali pojedynki komórką. Filmiki kopiowali potem z telefonu i rozprowadzali na płytach CD. Cena - 5 zł za sztukę.

Sprawa się wydała, kiedy o walkach przypadkiem usłyszał jeden z nauczycieli. Natychmiast zawiadomił władze szkoły. Przyjechała policja, skonfiskowano płyty, sprowadzono rodziców i specjalistę od nieletnich, jednym słowem - koniec imprezy i biznesu.

Latem 2006 roku gang młodocianych terroryzował dzieciaki z nowohuckich osiedli. Napastnicy grożąc nożem lub pałką, zastraszali ofiary i zabierali im drobne kwoty - po dwa do pięciu złotych. Dla policjantów to chleb powszedni. W tym wypadku jednak najmłodszy, jak najbardziej aktywny członek bandy, miał... niecałe 4 lata. Dwaj pozostali - 12 i 13.

Synalek wydał kasę tatusia

Od jakiegoś czasu do sumienia rodziców w całej Polsce apelują plakaty typu "Kocham - nie biję, kocham - nie krzyczę". Ciekawe, jak na tę społeczną inicjatywę zapatruje się ojciec 14-latka z warszawskiej Ochoty. Z ukrytej (najwyraźniej nie dość dobrze) kasetki synalek ukradł mu 67 tysięcy złotych. Pieniądze wydał na "różne przyjemności", nie zapomniał też o swoich kolegach - każdemu kupił po motorze. Kiedy tatuś zorientował się, że schowek otwarto, a pustą kasetkę znalazł w pokoju syna, było już trochę za późno - forsa się rozeszła. Pozostało zawiadomić policję.

Pożyczony cichaczem od wujka

Urok czterech kółek okazał się nie do odparcia dla 13-latka z Nidzicy, który autem wuja (pożyczonym rzecz jasna cichaczem) postanowił pojechać do szkoły. Zaparkował koło samochodów nauczycieli, a w czasie długiej przerwy zaprosił kumpli na przejażdżkę. Wycieczka zakończyła się niekontrolowanym poślizgiem kilka przecznic dalej. Spłoszeni chłopcy uciekli, porzucając wóz. W pośpiechu zapomnieli zabrać tornistry, dzięki czemu dotarcie do winowajców było dziecinnie proste.

Wiele się mówi, że alkohol i brawura bywają przyczynami wypadków, jednak zwykle mamy na myśli dorosłych kierowców. W środku nocy w listopadzie 2007 roku na autostradzie koło Bolesławca samochód marki Opel Vectra spowodował kolizję i nie zatrzymując się, pomknął przed siebie z prędkością 180 km/h. Nieco dalej na łuku wyleciał z szosy i skończył rajd na słupie elektrycznym. Z zakleszczonego wraku straż pożarna wydobyła dwóch piętnastolatków - nietkniętych! Ten, który kierował, zeznał, że opla wziął bez wiedzy rodziców, a dla kurażu wypił pięć piw. Istotnie, w wydychanym powietrzu miał prawie 2 promile.

Dowiedz się więcej na temat: głupoty | pomysł | rodzice | Auta | ojciec | chłopcy | szkoły

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje