Reklama

Domowy tyran

Dlaczego z pozoru normalny mężczyzna zmienił się w tyrana, katującego własną żonę, i w efekcie doprowadził do jej śmierci?

Sąsiedzi państwa S. od dawna przeczuwali, że ta wojna domowa musi się źle skończyć. Zbyt często w ostatnich latach byli świadkami awantur, krzyków maltretowanej żony, płaczu dzieci, które, by uniknąć rodzinnego koszmaru, uciekały na podwórko. Zdarzało się, że spędzały przy trzepaku wiele godzin, bojąc się wrócić do mieszkania. Potem chodziły do babci, by przeczekać tam awantury.

Reklama

Psuć się zaczęło, gdy sięgnął po butelkę

- Początkowo między Tadeuszem a Elizą wcale tak źle się nie działo - wspominał Robert K., dozorca bloku. - Zamieszkali tutaj zaraz po ślubie, pamiętam, jak wieczorami chodzili na spacery, trzymając się za ręce. Psuć się między nimi zaczęło, gdy Tadek sięgnął po butelkę. Nie powinien pić, wódka mu nie służyła. Po niej wkurzał się o byle co, rwał się do bicia. Jego żonę to nieraz widziałem posiniaczoną, tak jej potrafił przyłożyć, że kobiecina ledwo chodziła.

Kiedy 27 listopada 2008 roku pod blok podjechała na sygnale karetka pogotowia, a po niej policja, mieszkańcy mieli przeczucie, że tym razem stało się naprawdę coś strasznego.

Toksyczny dom Tadeusza

Tadeusz S. urodził się w Lublinie, w wielodzietnej rodzinie. Jego ojciec Walerian był krawcem, ciężko harującym, aby utrzymać liczne potomstwo. Trzymał swą czeredkę żelazną ręką. Najmniejsze przewinienie karał surowo, używając rzemiennego paska do spodni. W jego domu obowiązywała wręcz wojskowa dyscyplina i pewien rodzaj kodeksu karnego. Za podbieranie cukierków Walerian wymierzał pięć uderzeń, za spóźnienie ze szkoły trzy.

Matce Tadeusza też nie było łatwo. Musiała nakarmić, ubrać i oprać męża oraz sześcioro dzieci. Agresywny małżonek nie oszczędzał jej. Zdarzało się,

że za przypaloną zupę potrafił uderzyć ją w twarz. Zastraszona kobieta znosiła pokornie jego wybuchy złości, uznając, że Walerian, żywiciel i głowa rodziny, ma do tego prawo. Sąsiedzi nie wtrącali się w ich sprawy, a poza tym wielu z nich nie widziało w tym nic złego, ot, zwykłe rodzinne sprzeczki, pokłócą się, poszarpią trochę i znów się pogodzą...

W czasach dzieciństwa Tadka, w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia, przemoc domowa nie funkcjonowała w świadomości społecznej jako przestępstwo, traktowano ją pobłażliwie, jako coś naturalnego, swoisty przejaw obyczajowości. Prawami kobiet wówczas nikt się nie zajmował. Mały Tadeusz czuł się w tej rodzinie jak niechciane dziecko. Ojciec go nie lubił i nawet nie starał się tego ukrywać. Uważał go za skończoną ofermę, mimo że chłopak starał się, jak mógł - w podstawówce uczył się nieźle, uprawiał sport i odniósł nawet parę sukcesów na szkolnych olimpiadach. Dla Waleriana to wszystko było mało, nie cenił osiągnięć syna i nigdy go nie chwalił, za to ostentacyjnie wytykał wszelkie potknięcia. Zawsze w pierwszej kolejności karał jego, nawet gdy ktoś inny z rodzeństwa coś zbroił; rzadko kiedy nagradzał.

Z ojcem się nie dyskutowało

Tadeusz wyrastał w przekonaniu, że jest w tej rodzinie czarną owcą. Nie rozumiał, czym na to zasłużył. Uważał się za człowieka skrzywdzonego, który cierpi za niepopełnione grzechy. To czyniło go we własnych oczach kimś gorszym od innych. Ukształtowany w dzieciństwie kompleks niższości w dramatyczny sposób wpłynął na jego dorosłe życie.

Po podstawówce chłopak poszedł do szkoły zawodowej - co prawda myślał o technikum, ale ojciec zdecydował, że jak najprędzej powinien zdobyć konkretny zawód. Matka jak zwykle nie miała nic do gadania. Walerian chciał, aby syn zaczął na siebie zarabiać. Tadeusz posłusznie stulił uszy po sobie. Z ojcem się nie dyskutowało, tylko wykonywało się jego polecenia. Przez trzy lata uczył się na ślusarza, potem, tuż po osiemnastce, dostał powołanie do wojska. Chłopak nawet się z tego ucieszył. Już od dłuższego czasu myślał o tym, żeby odejść z tego domu, w którym nikt go nie kochał, a spotykały go tylko same szykany. Służbę zasadniczą odbywał w jednostce zmechanizowanej w Puławach. Początkowo było ciężko, ale szybko się przystosował. W wojsku okazało się, że ma smykałkę do maszyn, mógł w nich dłubać całymi godzinami.

Potrafił zreperować niemal każdą usterkę. Dowódcy poznali się na talencie młodego żołnierza i skierowali go na kurs kierowcy-mechanika. Dzięki temu zdobył drugi zawód i bez obaw patrzył w przyszłość. Jako wzorowy żołnierz Tadeusz S. często dostawał przepustki. Nie widział potrzeby, aby jeździć do domu. Wolał zabawić się w Puławach. Bardzo mu się tam podobało, myślał nawet o tym, by po zakończeniu służby osiąść w mieście na stałe. Na dwa miesiące przed wyjściem do cywila poznał w jednej z kawiarń w Rynku Elizę R., wysoką, atrakcyjną brunetkę.

Nowe życie z Elizą

Bardzo dobrze wyglądający w mundurze, smagły, szczupły chłopak jej także się spodobał, choć początkowo jego zaloty przyjmowała z oporem, bo dopiero co zerwała zaręczyny. Jej narzeczony okazał się człowiekiem niedojrzałym, fałszywym - mimo że planowali już wesele, spotykał się z kochanką. Kiedy to odkryła, kazała mu się wynosić.

Tadeusz S. wydawał się zupełnie innym typem mężczyzny. Nie widział świata poza Elizą. Na randki zawsze przynosił jej bukiet kwiatów. Był trochę nieśmiały i sztywny. Dopiero podczas trzeciego spotkania wyznał jej, że do tej pory nie miał dziewczyny. Bardzo ją tą szczerością rozbroił. Wtedy zrozumiała tę jego niepewność. Szybko zaczęli planować wspólną przyszłość. Tadeusz po zakończeniu służby wojskowej ostatecznie został w Puławach. Nawet nie pojechał do Lublina, aby powiedzieć o tym rodzicom, ograniczył się do wysłania im listu. Zamieszkał w wynajętym pokoju i zaczął szukać pracy. Nie miał problemu z jej znalezieniem, zatrudnił się w dużym warsztacie samochodowym - były już lata dziewięćdziesiąte, komunizm upadł, otwarto granice,

ludzie zaczęli sprowadzać coraz więcej aut. Jak na początek całkiem nieźle zarabiał. Chciał też jak najszybciej wziąć ślub z Elizą, ale problemem okazał się brak mieszkania.

Z niespodziewaną propozycją przyszła do nich ciotka dziewczyny, osoba w podeszłym wieku, bardzo schorowana. Posiadała duże, trzypokojowe mieszkanie w bloku. Obiecała, że odda dwa pokoje młodym, jeśli zechcą się nią opiekować. Eliza i Tadeusz zgodzili się na ten układ i zaraz po ślubie wprowadzili się do ciotki. Dziewczyna zaczęła pracować jako sekretarka w biurze projektowym, zaczęło im się dobrze powodzić. Następnych kilka lat należało do najszczęśliwszych w życiu pary. Oboje ciężko pracowali, ale i bardzo się kochali.

Zaczyna się koszmar

Po pewnym czasie zostali sami. Starsza pani rozchorowała się - trafiła do szpitala, stamtąd do zakładu opiekuńczego, gdzie wkrótce zmarła. Kobieta zapisała Elizie i Tadeuszowi w spadku mieszkanie. W 1999 roku urodziła się córka Małgorzata, dwa lata później syn Marek.

Prawdopodobnie losy małżeństwa S. potoczyłyby się inaczej, gdyby w 2003 roku Tadeusz nie zmienił pracy. Skuszony lepszymi zarobkami, zdecydował się przejść do nowego warsztatu. Przez jakiś czas wszystko było jak dawniej, ale po paru miesiącach Eliza zauważyła, że mąż coraz częściej wraca do domu podpity. Przedtem nigdy tego nie robił, alkohol pił okazjonalnie. Okazało się, że w nowym zakładzie znalazł paru kolegów, którzy nie wylewali za kołnierz.

- No bo wiesz... - tłumaczył żonie Tadeusz - jak klient jest naprawdę zadowolony, to zostawia flaszkę, żeby sobie wypiły chłopaki po fajrancie. No to piją. Początkowo się wykręcałem, ale dali mi do zrozumienia, że dobry kolega tak nie postępuje. Jeszcze będą uważali, że się wyłamuję, albo że jestem pupilem szefa... Dlatego czasem muszę strzelić sobie z nimi kielicha.

Elizie bardzo się to nie podobało. Cóż jednak miała robić? Próbowała wyperswadować mężowi te "koleżeńskie" nasiadówki, nic jednak nie wskórała. Tadeusz najwyraźniej je polubił, bo coraz częściej przychodził do domu podpity i późną porą. Kobieta podejrzewała nawet, że nie chodzi tylko o imprezy fundowane przez zadowolonych klientów. Jej mąż po prostu uciekał z domu, by nie siedzieć z maluchami, nie pomagać jej, nie sprzątać.

Tak mu było wygodniej. Nie na żarty zaniepokojona Eliza po jakimś czasie znów podjęła próbę przemówienia mu do rozsądku.

- Tadek, to się źle skończy - tłumaczyła. - Powinieneś się wreszcie opamiętać, masz przecież dwoje małych dzieci! Pomyśl, ile tu na osiedlu takich, co przez wódkę potracili wszystko. Chcesz dla nas tego samego?

Kompani od kieliszka są ważniejsi od rodziny

Ale on nie zamierzał jej słuchać.

- Przestań wreszcie gadać! Mam nad tym kontrolę, cały dzień ciężko tyram, to mi się coś po robocie należy - denerwował się. Nie przyjmował do wiadomości żadnych argumentów. Kiedy żona zaproponowała, aby poszukał sobie pracy w innym warsztacie, wyśmiał ją. Wtedy kobieta zaczęła sobie uświadamiać, że dla Tadeusza kompani od kieliszka są ważniejsi od rodziny. A tego nie zamierzała tolerować.

W czerwcu 2004 roku, po awanturze o kolejną alkoholową imprezę, uderzył ją po raz pierwszy. Otwartą dłonią, prosto w twarz. Cios był silny i aż się zatoczyła pod ścianę. Tadeusz, zamroczony wódką, momentalnie wytrzeźwiał. Zdał sobie sprawę, że w ten sam sposób stał się taki, jak jego ojciec, który też bił matkę. Przerażony,doskoczył do żony, skulonej w kącie, jęczącej i zasłaniającej twarz dłońmi. Między jej palcami pojawiła się krew, rozbił jej nos.

- Eliza, ja naprawdę nie chciałem - wymamrotał skonsternowany, usiłując zarazem niezdarnie pocałować ją w czoło. - Ja nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Kobieta szlochała.

- Odejdź ode mnie - powiedziała głucho. - Nie chcę cię widzieć.

Z bukietem kwiatów

Nie ruszyła się z kąta, póki nie wyszedł z mieszkania. Wrócił więc do baru, zamówił kieliszek "dla uspokojenia nerwów", jak sobie tłumaczył. Ale wódka jakoś przestała mu smakować. W domu zjawił się nad ranem, kompletnie pijany. Do sypialni nie wszedł, zasnął w pokoju stołowym na kanapie. W biurze Eliza skłamała, że pośliznęła się w łazience i uderzyła o brzeg wanny. Po spojrzeniach koleżanek poznała, że nie uwierzyły. Tego dnia Tadeusz wrócił po pracy do domu punktualnie. W ręku miał bukiet kwiatów.

Przez trzy tygodnie po tym incydencie zachowywał się bez zarzutu, jak dawniej. Potem znowu dał się zaciągnąć do baru. Wypad na piwko skończył się jak poprzedni makabryczny wieczór - tym razem jednak Tadeusz podbił żonie oko. I znowu niezdarnie próbował ją przepraszać. Dla Elizy i jej dzieci rozpoczął się trwający wiele lat koszmar.

Życie rodziny S. przemieniło się w domowe piekło. Kłótnie i bicie zdarzały się z upiorną regularnością, co kilka tygodni. Do Elizy stopniowo docierało, że musi wreszcie coś z tym zrobić. Zwłaszcza że przez te awantury cierpiały dzieci. Kiedyś dochodzące z kuchni krzyki usłyszała Małgosia. Mała dostała histerii, kiedy zobaczyła płaczącą matkę i okładającego ją rozjuszonego ojca. Z ogromnym trudem udało się uspokoić małą. Później, jak się zanosiło na awanturę, Eliza mówiła im, aby poszły pobawić się na podwórko, a gdy trochę podrosły, wyprawiała je do babci.

Widok przerażonej córki najwyraźniej wstrząsnął i Tadeuszem. Przez jakiś czas zachowywał się wzorowo, ale, jak to było do przewidzenia, niedługo.

Teresa J., koleżanka z biura i zarazem najbliższa przyjaciółka Elizy, szybko się zorientowała, że w małżeństwie państwa S. nie dzieje się najlepiej. W końcu ile razy można wmawiać ludziom wypadek w łazience czy potknięcie się na schodach. Awantury w domu Elizy i Tadeusza stały się tajemnicą poliszynela. Kobieta opowiadała jedno, a sąsiedzi i tak swoje wiedzieli, ściany - jak to w bloku z wielkiej płyty - były cienkie... Teresa uznała, że musi wreszcie poważnie porozmawiać z przyjaciółką.

"On cię w końcu zatłucze"

- Nie powinnaś dłużej tego tolerować - powiedziała któregoś dnia, kiedy Eliza znów przyszła posiniaczona do pracy. - On cię w końcu zatłucze. Pomyśl o dzieciach, przecież one to widzą!

- Obiecał, że to się więcej nie powtórzy - odparła. - Zaklinał się, że to ostatni raz.

Jej przyjaciółka nie kryła zdenerwowania.

- Ile już było tych "ostatnich razy"? Zrozum wreszcie, że on nigdy sam nie przestanie. On jest alkoholikiem! Nie panuje nad sobą, gdy wypije! W końcu zakatuje cię na śmierć. Moim zdaniem najlepiej zrobisz, jeśli zgłosisz tę sprawę policji.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje