Reklama

Dlaczego Beria pocałował się w dupę?

Od Wawelu gęsto wieje śniegiem, trwoga potrząsa człowiekiem, osobliwie gdy sobie zda sprawę z poziomu polskiej ligi piłkarskiej oraz z rządzących tą ligą praw.

I tak, kuląc się z zimna i przerażenia na trybunach na jednym z ostatnich spotkań naszej ekstraklasy, przypomniałem sobie książkę "Dwór czerwonego cara", a w niej opis stosunków panujących w piłkarstwie Kraju Rad. I zaraz zrobiło mi się cieplej.

Reklama

Tuż po wojnie syn Stalina, Wasilij, dowódca sił powietrznych Moskiewskiego Okręgu Wojskowego, gorąco zapragnął, by piłkarska reprezentacja tego okręgu grała w pierwszej lidze. Wyniuchał, w którym łagrze siedzi aresztowany przez Berię słynny piłkarz Starostin, wysłał na Syberię samolot i w najbliższą niedzielę Starostin w barwach lotników już strzelał bramki Dynamu Moskwa, któremu patronował Beria.

Czemu trudno się dziwić, Beria, wszechwładny minister spraw wewnętrznych, wpadł w szał. Starostina aresztowano jeszcze w szatni i natychmiast odtransportowano z powrotem na Syberię. Młody Stalin przy pomocy wywiadu sił powietrznych namierzył więźnia w dwa dni, odbił, przywiózł do Moskwy i znów kazał kopać nie tundrę, a piłkę. Ludzie Berii wywieźli go ponownie, tylko już trochę dalej. Tym razem z łagru wyjął go osobiście szef wydziału politycznego sił powietrznych i pod ochroną dwu eskadr samolotów bojowych dostarczył na stadion, gdzie na trybunie Wasilij Stalin przedstawił piłkarza Berii: - Popatrz Ławrientij, to ten Starostin, co to się nam obu tak podoba, ale możesz się pocałować w dupę, bo on nigdy w Dynamie nie zagra!...

W tym momencie drużyna, której od lat kibicuję, straciła kolejną bramkę, co sprawiło, że moje myśli stały się jeszcze bardziej ponure. Stalin, Beria, Moskwa, bezprawie... Ejże? Czy podobne historie mogły się zdarzyć tylko wtedy i tylko tam? Posłuchajmy.

Emigracja piłkarzy z Krakowa miała najpierw charakter absolutnie dobrowolny, a motywację czysto finansową. Tak w latach 20. odszedł z "Pasów" do "stolycy" człowiek, który wymyślił i założył Legię - Stanisław Mielech, a zaraz po nim trójka napastników: Marian Łańko, Józef Nawrot i Józef Ciszewski. Po wojnie formy motywacji przenosin były trochę inne: kluby wojskowe mogły, praktycznie rzecz biorąc, wygarniać z innych klubów - pod pozorem służby wojskowej - kogo chciały i kiedy chciały. Gdy już chłopcy odpękali swoje i zbierali się wracać do Krakowa - wyciągały po nich łapy kluby gwardyjskie.

"Kiedy latem 1952 roku świetny bramkarz Garbarni Tomasz Stefaniszyn kończył 2-letnią służbę wojskową w bramce warszawskiej Legii - pisał red. Andrzej Szeląg - to zainteresowała się nim stołeczna Gwardia - klub resortu bezpieczeństwa. Gdy działacze Gwardii rozpoczęli pertraktacje na Ludwinowie - dziwnym trafem aresztowany został w Krakowie szwagier Stefaniszyna. Szwagier okazał się niewinny i wypuszczono go z więzienia. Niemal w tym samym dniu, kiedy Stefaniszyn zakładał strój piłkarski Gwardii".

Historia lubi się powtarzać. Jeśli więc zauważymy wśród naszej drużyny nagły ubytek któregoś z czołowych zawodników, albo nawet, panie Boże odpuść, samego pana trenera, to domagajmy się wyjaśnień już, zaraz, natychmiast!

Leszek Mazan

Dzień Dobry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje