Reklama

Życie do bólu prawdziwe

Wylądowali na wysokości 2700 metrów nad poziomem morza, w ruinach budynków urządzili warownię. Do bazy głównej, do której dostać się można tylko drogą powietrzną, mieli stamtąd 120 kilometrów.

Rankiem, w wąwozie pod wioską Usman Khel, wpadli w krzyżowy ogień w zasadzce. Sytuacja paskudna, talibowie strzelali ze wszystkich stron, szczególnie niebezpieczny był snajper usadowiony na dachu budynku. Kapitan Daniel Ambroziński, sam znakomity strzelec, wychylił się z ukrycia, by wyeliminować zagrożenie. Trafili go, gdy wyjrzał ponownie, chcąc sprawdzić efekt strzału. Komendę nad ludźmi przejął natychmiast młodszy chorąży Dariusz Zwolak.

Reklama

Ciało Afgańczyka zaminowane granatami

Darek nie chce wracać do szczegółów zdarzenia, do tego, co już po stokroć opowiedziano i opisano - minuta po minucie, strzał po strzale - o beznadziejnej próbie reanimacji kapitana,

ewakuacji rannych żołnierzy śmigłowcem, o walce w okrążeniu przez ponad dwie godziny, dopóki nie przyleciał z odsieczą pododdział alarmowy. Po powrocie do bazy, mimo przestrzelonego ramienia, zażądał śmigłowca, uzupełnił amunicję i zebrawszy grupę zwiadowców, wrócił na pole walki po ciało dowódcy. Podrzucono im zwłoki zabitego Afgańczyka, zaminowane granatami. Gdyby go tylko dotknęli...

Podczas tego krótkiego podejścia wypruli całe magazynki, a w śmigłowcu, po powrocie, naliczyli około trzydziestu przestrzelin.

Dookoła kule latały

Dlaczego dokonał tego właśnie Darek, na co dzień spokojny chorąży? Co się dzieje w człowieku przejmującym inicjatywę w dramatycznej sytuacji, pod nieustannym ogniem przeciwnika? On sam nie próbuje dopasować do tego, co się zdarzyło, żadnej idei.

- Miałem milion myśli na sekundę. O stracie dowódcy, o zagrożeniu, o moich ludziach... a dookoła kule latały. Ćwiczymy przeróżne sytuacje, a potem w walce, w sytuacji zagrożenia to wszystko działa - mówi. - Na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono - dodaje.

Młodszy chorąży Dariusz Zwolak nie uważa, że wówczas w Afganistanie dokonał czegoś nadzwyczajnego. Od początku czuł się nieswojo w gorsecie bohatera, aczkolwiek przyznaje, że to wielki zaszczyt dla żołnierza otrzymać od prezydenta najwyższe odznaczenie bojowe, Krzyż Komandorski Orderu Krzyża Wojskowego. Teraz, przeszło rok po dramatycznych zdarzeniach, jego gwiazda ponownie rozbłysła. Został wybrany podoficerem roku Wojsk Lądowych. Musi więc przejść przez to dzielnie, jak na żołnierza przystało.

Potężne wsparcie

- Pamięć o Danielu nosimy wszyscy w sercach - przyznaje kapitan Artur Sarzyński, również kawaler Orderu Krzyża Wojskowego, dowódca 2 Kompanii Dalekiego Rozpoznania, który wówczas w V afgańskiej zmianie dowodził grupą rozpoznawczą. Niechętnie opowiada o dramatycznym zdarzeniu, ale obawia się, by o tym, co się wtedy stało, nie zapomniano, by historia ta nie została wypaczona.

Nie jest dla niego istotne, czy jego żołnierze będą chodzili w glorii bohaterów, chce tylko nadać sprawie odpowiednią rangę. Widzi, jak z czasem wszystko umyka, cichnie. Niekiedy jedynie ktoś z mediów czy świata polityki wystawia im fałszywe świadectwo, że jeżdżą na misje jedynie po pieniądze. - Tanio byśmy się cenili, gdyby nasze zarobki próbować przeliczać na każdą godzinę w terenie, każdy kontakt ogniowy, koszmar życia w prymitywnych warunkach bazy w Adżiristanie, nieustannie pod ogniem, wreszcie tylu rannych i stratę kapitana Ambrozińskiego - zauważa kapitan Sarzyński.

Wsparcie na życzenie

Według niego, półrocznej misji nie wolno sprowadzić do jednego epizodu, bohaterów zaś do jednej postaci. - Trudno dziś ludziom w kraju uwierzyć, że na naszej zmianie walka, zasadzki

oraz kontakty ogniowe należały do codzienności. Na szczęście miałem w zespołach rozpoznawczych niesamowitych ludzi. A do tego rzetelne wsparcie w dowódcy V zmiany polskiego kontyngentu pułkowniku Rajmundzie Andrzejczaku, w pułkowniku Leonie Stanochu i jego żołnierzach z zespołu bojowego Alfa z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej. Do najtrudniejszych, samodzielnych operacji dostawaliśmy od "bordowych beretów" Rosomaki z sekcjami strzelców wyborowych i działony moździerzy LM-60 - wspomina.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: mrap | miny | gniazdo | sztuki walki | granat | obiekt | talibowie | Polacy | żołnierze | płomień | khel | bazy | Życie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje