Reklama

Zmarnowana szansa na zakończenie wojny

Claus Graf von Stauffenberg, szef sztabu generała Friedricha Fromma, dowódcy Armii Rezerwowej, usiłował zachować spokój. Stał w łazience kwatery Hitlera w Prusach Wschodnich, zwanej Wilczym Szańcem, i właśnie otwierał walizkę...

Chwycił szczypce, ścisnął osłonę zapalnika i wetknął go w plastik, posługując się tylko trzema palcami jednej ręki. Dwa palce, oko i drugą rękę stracił w 1942 roku w zaciekłych walkach na przełęczy Kasserine w Tunezji.

Reklama

Ostrożnie umieścił bombę w walizce i odbezpieczył ją. Wewnątrz mechanizmu zapalającego pękła mała szklana kapsułka, wskutek czego żrący kwas zaczął kapać na cienki drucik. Była godzina 12.26, 20 lipca 1944 r.

Stauffenberg miał dokładnie kwadrans, zanim substancja przeżre drucik, a bomba eksploduje. Szybko opuścił łazienkę i przeszedł długim korytarzem do sali konferencyjnej.

Jeśli uda mu się wysadzić Hitlera w powietrze, Niemcy, które tak kiedyś kochał, ocaleją. Oszczędzone zostaną miliony ludzkich istnień. Piekło Trzeciej Rzeszy wkrótce przejdzie do historii.

Tysiące w obozach

Spotkanie wyższych dowódców już się rozpoczęło, gdy Stauffenberg, niezauważony przez nikogo, wślizgnął się do pawilonu herbacianego Hitlera, zbudowanego z drewna, nie zaś ze zbrojonego betonu jak właściwa sala konferencyjna w pobliskim bunkrze.

W dusznym pomieszczeniu otwarto wszystkie okna. Był parny letni dzień. Generałowie studiowali mapy rozłożone na długim dębowym stole. Przy stole siedział Hitler i bawił się grubym szkłem powiększającym. Jego okulary leżały na mapie. Twarz miał wychudłą i zrytą głębokimi zmarszczkami.

Krążyły pogłoski, że jego nowy osobisty lekarz przepisuje mu w nadmiernych ilościach kokainę i inne środki pobudzające.

Generałowie patrzyli w skupieniu na obszary, gdzie niemieckim dywizjom groziło pochłonięcie przez miliony żołnierzy Armii Czerwonej, podobnej do jakiegoś potężnego czerwonego przypływu. Od początku czerwca Rosjanie przełamali front wschodni w zasadzie na całej jego długości. Przeszło trzydzieści niemieckich dywizji dogorywało w stalinowskich obozach jenieckich.

Wierzył, że można wygrać

We Francji, po kilkutygodniowych zażartych walkach, alianci dokonali wreszcie przełamania frontu w Normandii, a teraz likwidowali dziesiątki tysięcy najlepszych żołnierzy Hitlera w "kotle" Falaise.

Spośród uczestników narady już tylko Hitler wierzył, że wojnę da się jeszcze wygrać. Jego sławetnej cudownej broni, między innymi bomby atomowej, nie można już było dopracować ani użyć w działaniach bojowych w takiej ilości, która powstrzymałaby napór aliantów ze wschodu i zachodu.

Stauffenberg postawił brązową skórzaną walizkę pod stołem, zaledwie sto osiemdziesiąt centymetrów od miejsca, w którym siedział Hitler, a następnie przeprosił obecnych, mamrocząc, że musi odebrać pilny telefon. Wymknął się ukradkiem z pokoju i ruszył pośpiesznie korytarzem, by zdążyć uciec.

Upiorna zjawa

O godzinie 12.42 nastąpiła potężna eksplozja. Drzazgi i tynk poleciały na wszystkie strony, a pokój wypełnił się dymem. Stauffenberg usłyszał huk wybuchu w momencie, gdy mijał posterunek przy bramach kompleksu. Teraz na pewno będzie już po wszystkim.

Tymczasem w kwaterze jeden z generałów, który wyczołgał się z pokoju konferencyjnego, leżał, krwawiąc, na podłodze korytarza. Raptem spostrzegł,

jak z pyłu i dymu wyłania się upiorna postać. Twarz mężczyzny była poczerniała od dymu, a spodnie miał podarte na strzępy.

Tą upiorną zjawą był Adolf Hitler. Führer cudem uszedł z życiem, a teraz, zataczając się w oszołomieniu, wyszedł ze zniszczonej herbaciarni. Siłę wybuchu rozproszyły otwarte okna i przyległy korytarz, który zadziałał podobnie jak próżnia, zasysając impet eksplozji. Adiutanci pośpieszyli Führerowi z pomocą i poprowadzili go w stronę bunkra.

- Was ist los? (Co się stało?) - zapytali Hitlera.

Od dawna węszył spisek

Ktoś zasugerował, że to sowiecka bomba, którą zrzucono z przelatującego samolotu. Niebawem jednak stało się jasne, że Hitler przeżył nie atak sił powietrznych Stalina, lecz spisek na swoje życie autorstwa wyższych oficerów Wehrmachtu.

Gdy tylko odzyskał jasność umysłu, dał się opatrzyć swojemu osobistemu lekarzowi, doktorowi Hansowi Karlowi von Hasselbachowi. Miał poważną ranę na głowie i stracił słuch w jednym uchu, ale wyglądał, jakby był w ekstazie.

- Już ich mam! - krzyczał w uniesieniu. - Nareszcie mogę podjąć odpowiednie kroki!

Od dawna węszył spisek wśród starszych oficerów. Teraz zetrze ich na proch, oczyści niemieckie społeczeństwo z innych wywrotowych elementów i jeszcze raz potwierdzi swoją władzę.

Przybył drugi lekarz, który dał Hitlerowi zastrzyk i zbadał serce. Tętno było w normie.

- Zobaczcie - zadumał się Hitler. - Nic mi się nie stało. Kto by pomyślał!

Do bunkra wbiegły jego trzy sekretarki. Gdy wyciągał ku nim lewą rękę, jego oprószone tynkiem włosy stały dęba. Kobiety ujęły ostrożnie jego dłoń.

- No cóż, moje panie - uśmiechnął się szeroko. - Raz jeszcze wyszedłem cało z opresji. Jeszcze jeden dowód na to, że to Los wyznaczył mnie do tej misji. Inaczej bym już nie żył.

Niejednoznaczne informacje

Tymczasem Stauffenberg leciał samolotem do Berlina. Przybył na miejsce późnym popołudniem i od razu przystąpił do kierowania działaniami spiskowców mającymi na celu przejęcie władzy.

Po Niemczech rozchodziły się sprzeczne pogłoski: jedni donosili, że Hitler nie żyje, inni, że ma się dobrze.

Stauffenberg siedział w swoim gabinecie w kwaterze Armii Rezerwowej przy Bendlerstrasse i odbierał telefony od innych uczestników spisku, którzy domagali się potwierdzenia, że próba zabójstwa faktycznie się powiodła.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: pluton | oficer | Adolf Hitler | bomby | generał | Bomba | generałowie | zamachy | 1944 | Niemcy | spisek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje