Reklama

Z czym na Libię, głupcze!?

Bez względu na decyzje polityczne, Wojsko Polskie nie byłoby w stanie wziąć udziału w akcji przeciwko siłom Muammara Kadafiego. W tej chwili stać nas wyłącznie na symboliczną manifestację.

W niektórych kręgach decyzja rządu o braku wsparcia militarnego dla operacji sił zachodnich w Libii odebrana została jako wyraz kapitulanctwa. I niesłusznej niewiary w możliwości naszego wojska.

Reklama

Wydaje się, iż chętni do wojaczki politycy mają w ręku nie lada argument - siódma armia europejskiej części NATO dysponuje przecież 100 tys. ludzi, prawie tysiącem czołgów i niemal dwiema setkami samolotów i śmigłowców bojowych.

Czy z tej masy wojska i sprzętu rzeczywiście tak trudno wyodrębnić komponent ekspedycyjny?

Albo misja albo modernizacja

Tymczasem tak postawione pytanie to dowód z jednej strony megalomaństwa, z drugiej - całkowitej niemal ignorancji dla faktów, których zwyczajny obywatel może nie znać, ale polityk ma - a przynajmniej powinien mieć - świadomość. Realnie bowiem to, co na papierze wygląda całkiem nieźle, w rzeczywistości przedstawia zupełnie inną wartość.

Ale po kolei.

Blisko 80 proc. sprzętu, jakim dysponuje Wojsko Polskie, nie trzyma parametrów współczesnego pola walki. To, tak naprawdę, powinno uciąć całą dyskusję "na wejściu". Niemniej pozwólmy sobie na nieco bardziej szczegółową analizę, poczynając od kwestii finansowych.

A zatem - nasza armia zaangażowana jest w tej chwili w kilka operacji międzynarodowych, z których najważniejsza - afgańska - pochłania blisko 1/5 funduszu modernizacji sił zbrojnych. Wojsko, przygniecione wydatkami socjalnymi, nie dysponuje bowiem czyś takim jak fundusz operacyjny - i działalność misyjną musi finansować z kasy przeznaczonej na zakup nowego uzbrojenia. Jak mówił w wywiadzie udzielonym autorowi gen. Stanisław Koziej, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, "w rezultacie co pięć lat tracimy jeden rok".

Wysyłając kolejny kontyngent, jeszcze bardziej oskubiemy fundusz modernizacyjny. Czy warto podejmować taką decyzję?

Nowoczesne "efy" - i co z tego?

No i pytanie, cóż to miałby być za kontyngent? Niezwykle kusząca wydaje się wizja wysłania kilku lśniących jeszcze nowością samolotów F-16, zwłaszcza, że kilka mniejszych europejskich armii zdecydowało się na taki krok. Na chwilę zapomnijmy o finansach i skupmy się na kwestiach technicznych oraz... formalnych. I tu stajemy wobec nieubłaganych faktów, z których jasno wynika, że nasze "Jastrzębie" nie są gotowe do udziału w takich operacjach.

Nie mówię o wyszkoleniu pilotów czy zapasach precyzyjnej amunicji. "Efy" z szachownicami mają niepełną "możliwość samoobrony indywidualnej" (nie są w stanie emitować zakłóceń aktywnych, zaś systemu wyrzutni flar i dipoli można używać tylko w trybie ręcznym). Mniejsza o szczegóły techniczne, niezrozumiałe dla laików - rzeczone ustrojstwo to system AIDEWS, którego pełną wersję otrzymamy... w maju 2013 roku. Tak przynajmniej wynika z zapewnień wiceministra obrony narodowej, Czesława Piątasa.

Przestarzała libijska obrona przeciwlotnicza i lotnictwo zapewne nie byłyby w stanie wykorzystać tej słabości naszych "szesnastek", rzecz jednak w tym, że bez kompletnego AIDEWS-a samoloty te nie spełniają wymogów przewidzianych dla Sił Wysokiej Gotowości NATO.

Nawet jeśli popłyną - to po co?

W znacznej mierze morski charakter libijskiej operacji sprzyja pomysłom, by posłać ku wybrzeżom Afryki jednostki Marynarki Wojennej. Pytanie tyko - jakie? Mamy co prawda doświadczenie w ekspediowaniu w rejon Morza Śródziemnego czterdziestoletnich (sić!), okrętów podwodnych - jednak takiego wsparcia nasi sojusznicy od nas nie oczekują. W tej operacji potrzebne są większe od naszych "Kobbenów" jednostki, przenoszące pociski manewrujące.

W rodzimym arsenale są jeszcze dwie fregaty, jednak nie jest żadną tajemnicą, że pozyskane z amerykańskiego demobilu okręty miały posłużyć wyłącznie do zachowania ciągłości szkolenia na tak dużych jednostkach. O ich wojennym zastosowaniu nikt o zdrowych zmysłach realnie nie myśli. Przy tej okazji warto przypomnieć, że budowana od 10 lat korweta typu "Gawron", po zwodowaniu kadłuba, czeka na lepsze czasy w stoczni Marynarki Wojennej...

Rozważający scenariusz morskiej partycypacji od razu wpadli na pomysł, by wykorzystać okręt logistyczny "Xawery Czernicki". Ten jednak ma już co robić, zaangażowany w operację "Active Endeavour", skądinąd również prowadzoną na Morzu Śródziemnym.

Innymi słowy, o biało-czerwonej banderze powiewającej u wybrzeży Libii możemy zapomnieć.

Drenaż najnowszego wyposażenia

Prowadzący operację "Świt Odysei" bardzo wstrzemięźliwie wypowiadają się na temat jej zakresu - póki co, nie ma mowy o żadnych działaniach lądowych. Tymczasem to właśnie taki scenariusz działa najbardziej na wyobraźnię. Zaś jego implikacje najlepiej ilustrują słabość naszej armii.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wojsko | Wojsko Polskie | Libia | Rosomak | Afganistan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje