Reklama

Wojskowy żywioł

Na szlak przygody wkroczył jako żołnierz "czerwonych beretów". Teraz, jak mówi, robi to samo, tyle że góry są o wiele wyższe, nurkowania głębsze, a skoki trudniejsze.

Pomysł pokonania kilkunastu tysięcy kilometrów, aby spędzić w rodzinnym kraju jeden dzień, wydaje się tak samo szalony jak wszystko, czym się Mirek Standowicz zajmuje. Wprawdzie na kilka dni przed wylotem jeszcze się wahał, ale przesądziło wspomnienie polskich budek z fast foodami. Dzięki tej decyzji jego opowieści, którymi dzielił się w trakcie II Łódzkiego Festiwalu Wrakowego, przyciągnęły miłośników nurkowania z całej Polski. Gdy wspominał swoje wyprawy na wrak ORP "Grom", polskiego niszczyciela zatopionego na głębokości ponad 100 metrów pod Narwikiem, oraz na amerykański frachtowiec "Carl D Bradley", leżący w jeziorze Michigan na głębokości 117 metrów, wzbudził w ludziach skrajne emocje - od zachwytu po zazdrość.

Reklama

Pionier

Był pierwszym człowiekiem, który dotarł do wraku "Carl D Bradley" i pierwszym Polakiem nurkującym na "Gromie". Pionierskie ekspedycje zawsze są trudne, zaczynają się bowiem nie tylko od głębokiego zanurzenia w morze kwitów i toń pozwoleń, lecz także od zgromadzenia ekipy. Zawsze na starcie chętnych do współpracy jest wielu, z czasem jednak tłum się wykrusza. Przeszkody to zwykle praca, zdrowie albo przerażona żona. Co prawda nurek nieobciążony odpowiedzialnością za partnerów ma większą swobodę myśli, jednak gdy działa solo, sam może sobie zaszkodzić.

Dlatego podczas przygotowań do ekspedycji na Michigan Mirek uczył nurkowania żądne przygód koleżanki z pracy. Dziewczyny nie tylko wyśmienicie sprawdziły się potem jako "asekurantki" nurkowania, lecz także ożywiły nakręcony przy tej okazji film ,,Deep Adventure. A Dive to the Carl D. Bradley''. Po obejrzeniu dokumentu, który można kupić w internecie, życzliwi rozpuścili plotkę, że nurkowanie wcale się nie odbyło, a obraz pod wodą powstał przy użyciu zdalnie sterowanej kamery.

Mocny cios

Wydawałoby się, że wraz z zejściem pod powierzchnię wszystkie problemy znikają, ale przy tak głębokich nurkowaniach niczego nie można być pewnym. Nurek techniczny musi mieć skrupulatnie przygotowany plan działania, rozpisane wszystkie mieszanki gazów oraz wyryte na blachę wartości z tablic dekompresyjnych. Do tego dochodzi zapanowanie nad licznym, często zdublowanym, sprzętem. Zazwyczaj wyzwaniem jest już samo przetransportowanie go na miejsce nurkowania. Tym razem też nie obyło się bez problemów; z powodu braku chętnych do współpracy Mirek musiał poprosić o wsparcie grupę nastoletnich kadetów, którzy realizując przy okazji swoje projekty, użyczyli mu łodzi.

Prawdziwym jednak przekleństwem w czasie nurkowania w jeziorze Michigan była zbyt długa lina opustowa, wzdłuż której się zanurzał. Musiał równocześnie kontrolować procesy związane ze zmianą głębokości i uważać, żeby się w nią nie zaplątać. Do podobnej sytuacji doszło zresztą w trakcie nurkowania na "Gromie", tyle że tam lina po prostu się zerwała, a Mirek opadł na dno w całkiem innym miejscu niż planował. Wraku oczywiście nie zobaczył. Udało mu się to dopiero za drugim razem. Pamięta, że pierwszą rzeczą, którą ujrzał na dnie, był hełm polskiego marynarza, leżący tuż obok niego.

Pechowa kontuzja

Mirek swój pierwszy rekreacyjny certyfikat nurkowy otrzymał w 1993 roku w Stanach Zjednoczonych, ale już w latach osiemdziesiątych był nurkiem w polskiej formacji "czerwonych beretów". Dziś ma na koncie ponad trzy tysiące nurkowań, z czego ponad pół setki poniżej 100 metrów. Które było dla niego najważniejsze? Nie potrafi wybrać, bo każde przynosi zupełnie inne emocje i dostarcza całkowicie innych wrażeń. Przyznaje, że najdłużej pamięta te problematyczne, bo z nich czerpie najwięcej nauki.

W wojsku był także instruktorem walki wręcz. Mistrz karate, posiadacz pięciu dan, kilkukrotnie zdobył tytuł mistrza Polski, medale przywoził również z zawodów międzynarodowych. Stawał na podium w Ameryce Północnej, Belgii, we Włoszech i w Czechosłowacji. Jako żołnierz też po raz pierwszy skoczył ze spadochronem. Pewnie do dziś byłby w armii, gdyby nie wyeliminowała go ze służby pechowa kontuzja barku. Po dwóch operacjach i niezliczonych godzinach ciężkich treningów już jako cywil uczył żołnierzy, jak radzić sobie z przeciwnikiem na polu walki.

Amerykański sen

Jego pasją zawsze jednak były i nadal są podróże. Na kolejnym etapie życia postanowił poszukać szczęścia poza granicami kraju. Początkowo myślał o wyjeździe do Australii, później do Kanady. Jak mówi, czasy były takie, że każde miejsce emigracji wydawało się dobre. Pojechał do Włoch. Szybko się tam zaaklimatyzował. Miał dobrą pracę, mieszkanie, ale postanowił wyruszyć dalej, do Ameryki. Stany Zjednoczone zdawały się wówczas gwarantować lepszy byt większe możliwości. Początki były trudne - nie znał języka, nie miał pracy, a Amerykanie długo nie chcieli zrozumieć, że imię Mirek nie ma angielskiego odpowiednika. Na szczęście jednak, jak to w Ameryce bywa, wszystko zakończyło się happy endem.

Dziś jest robotnikiem w fabryce Forda. Lubi swoją pracę, ale prawdziwe życie zaczyna dopiero po opuszczeniu jej murów. Wtedy Mirek poświęca się treningom i zdobywaniu kolejnych szczytów swoich możliwości. Musi mieć wyznaczony cel, bo to mobilizuje go do działania. Ma więc cele krótkoterminowe, dotyczące kilku najbliższych dni, oraz te duże, wymagające specjalnych przygotowań. Musi też być nieustannie w formie, na wypadek gdyby nagle pojawiła się jakaś ekstra szansa na przygodę. Dlatego od poniedziałku do piątku ćwiczy i biega, a w weekendy, niezależnie od pory roku, wspina się, nurkuje lub wykonuje skoki ze spadochronem.

Ciepło-zimno

Z uśmiechem wspomina, jak po jednym z zimowych zanurzeń pozamarzały mu karabińczyki, którymi pospinał stage'e - butle nurkowe boczne. Nie mogąc się od nich uwolnić, obładowany kilkudziesięciokilogramowym bagażem, z uginającymi się kolanami, szedł w kierunku samochodu, kiedy usłyszał głos znajomego: ,,Mirek, widzę, że jak ty trenujesz, to tak na serio!''.

Latem chętnie wspina się po skałach, zimą po lodzie. W 2009 roku zdobył McKinley, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Żartuje, że było to wejście letnie, choć tak na prawdę na Alasce nigdy nie ma lata. Jego zimową zdobycz stanowi Góra Waszyngtona, która ze względu na panujące na niej ekstremalne warunki atmosferyczne dla zwykłych śmiertelników jest dostępna tylko w miesiącach letnich. Później przyszła kolej na oblodzony wulkan Rainer - najwyższy szczyt Gór Kaskadowych w USA, oraz Alpamayo, szczyt w Andach słynący ze swej pięknej, dwustumetrowej ściany. Na wystawie fotograficznej w Monachium w 1966 roku Alpamayo nazwano najpiękniejszą górą świata.

Odbiega od normy

Kiedy nie nurkuje i się nie wspina, przekazuje wiedzę i umiejętności adeptom sztuki karate albo skacze. Lotniska ze zrzutowiskami ma zarówno obok domu, jak i nieopodal pracy, więc mniej więcej co drugi dzień jest w powietrzu. Ale w samolocie czuje się komfortowo tylko jeśli wie, że z niego wyskoczy. Loty rejsowe wzbudzają w nim niepokój.

Życie towarzyskie Mirka też odbiega od normy. Unika typowych męskich rozrywek w pubie, nie przesiaduje przed telewizorem. Często udaje się za to z przyjaciółmi do parku narodowego w Tenessie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w środek dziczy panowie opuszczają się na linach ze śmigłowca. Po kilku dniach przygody stawiają się w określonym miejscu, by w taki sam sposób wrócić do domu.

Być albo nie być

Najtrudniej jest Mirkowi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego robi to wszystko. Zdaje sobie sprawę z zagrożeń, z niebezpieczeństwa. I dlatego obok odpowiednich umiejętności i właściwego przygotowania liczy się pozytywne myślenie. Mówi, że nie można skupiać się na tym, co złego może się wydarzyć, bo w ten sposób się to przywołuje. Grunt to takie przygotowanie, aby w razie problemu móc zareagować automatycznie. Oczywiście w ekstremalnej sytuacji organizm może odmówić posłuszeństwa, a o tym, czy ktoś przeżyje, niekiedy decyduje przypadek. Głęboko pod powierzchnią wody albo wysoko w górach trzeba liczyć się z tym, że w razie wypadku nie otrzyma się pomocy.

Zapytany o swoje najbardziej niebezpieczne przeżycia, bez wahania opowiada o nurkowaniach zawodowych. Dzięki ukończeniu rządowego kursu uprawniającego do przeprowadzania dochodzeń pod wodą w razie wypadków lub śmierci, przez kilka lat pracował dla policji. Dziś wraca do tego tylko wtedy, gdy jego pomoc jest niezbędna. Zdarza się, że za taką pracę ktoś oferuje mu pieniądze, ale nigdy ich nie przyjmuje. Czasem pozwoli zrekompensować sobie koszty podróży, ma jednak zasadę, że nie zarabia na cudzym nieszczęściu. Bardzo ceni sobie natomiast listy, które otrzymuje od rodzin zaginionych. Trzyma je w specjalnej teczce. Dzięki nim wie, że nie jest, jak mówi, ,,takim do końca złym człowiekiem''.

Na bezdechu

Sam też nie uniknął mrożących krew w żyłach sytuacji. Kiedy zajmował się podwodnym montażem, tender - osoba odpowiedzialna za zabezpieczenie sprzętowe w trakcie nurkowania - odciął mu dopływ powietrza. Mimo zgłoszenia problemu przez specjalny system komunikacyjny, usłyszał tylko: "przecież mamy dużo powietrza" . Przyznaje, że wydostanie się z długiej, wąskiej, zalanej wodą rury było najtrudniejszym wynurzeniem w jego życiu. Potem znalazł jednak jeszcze siłę na męską rozmowę. O tym, jak poważna była to sytuacja,

może świadczyć fakt, że w firmie natychmiastowo zwolnił się etat tendera.

Mimo że szczęście mu towarzyszy, taki tryb życia przyczynił się do uszczerbku na zdrowiu. Miał już połamane wszystkie palce u stóp i powinien poddać się operacji rekonstruującej. To jednak oznaczałoby 12 tygodni unieruchomienia, a tego by nie zniósł. Dodaje, że firmy ubezpieczeniowe odmawiają mu przyznania polisy na życie. Z uśmiechem komentuje, że one wolą ubezpieczać ludzi, którzy już nie żyją, ale jeszcze oglądają telewizję.

Mundur nadal pasuje

Często słyszy irytujące opinie, że wszystko, co ma, zawdzięcza sile pieniądza. Ile jednak mogą być one warte w zestawieniu z dwudziestoma latami katorżniczego treningu, zbierania często bolesnych doświadczeń i gromadzenia sprzętu? Dziś jest w komfortowej sytuacji - dzięki pracy w fabryce ma z czego żyć, każda zaś z jego pasji zarabia sama na siebie.

Ekspedycje podwodne realizuje dzięki prowadzeniu kursów nurkowych, a pieniądze na kolejne szczyty górskie ma z organizacji turystycznych wypraw trekkingowych. Mimo wielu zajęć znajduje też czas na współpracę z wojskiem, ale niechętnie mówi o szczegółach. Za to w sekrecie przyznaje, że mundur sprzed dwudziestu lat nadal na niego pasuje.

Magdalena Miernicka

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: żywioł | wojsko | żołnierze | skok | USA | fabryka | nurkowie | spadochron

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje