Reklama

W Polsce jest ich tylko dziesięciu

Absolutna ciemność, przejmujący chłód i poczucie ciasnoty wywołane przez napierające zewsząd masy wody. Instynkt podpowiada: uciekaj. Trzeba jednak zachować spokój i działać powoli, bo kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią pośpiech może zabić.

Kiedyś dostali polecenie, by włączyć się w poszukiwania zaginionego na morzu osiemnastolatka. Zanim wyruszyli, przyszedł do nich ojciec chłopaka. W pewnej chwili rzucił:

Reklama

- Panowie, ja już nie mam nadziei. Proszę was tylko o jedno: chciałbym mieć co włożyć do trumny.

Komandor podporucznik Bartosz Rutkowski, nurek głębokowodny z dziesięcioletnim stażem:

- To bardzo trudne chwile, może nawet najtrudniejsze w naszej pracy. Ale czy traumatyczne? Nie. Kiedy idę na poszukiwanie ciał, mam poczucie, że robię coś dobrego dla rodzin, które czekają, by wyprawić swoim bliskim pogrzeb i godnie ich pożegnać.

Nurek o żelaznych nerwach

W oficjalnej terminologii są nazywani starszymi nurkami ratownictwa. Tworzą wąskie, rzec by można elitarne grono.

- W Marynarce Wojennej w tej chwili jest nas niespełna dziesięciu - przyznaje komandor podporucznik Rutkowski. Około 20 kandydatów przechodzi właśnie specjalistyczny kurs, ale to niełatwa sprawa. Najpierw trzeba zdobyć uprawnienia nurka, potem młodszego nurka ratownictwa, mieć udokumentowane odpowiednie doświadczenie. Sam kurs na nurka głębokowodnego trwa dwa lata. Pokonanie wszystkich szczebli pochłania lat kilka. To zadanie dla wyjątkowo cierpliwych. Sama cierpliwość jednak nie wystarczy. Konieczne są też odpowiednie predyspozycje. Przede wszystkim: żelazne zdrowie.

- Raz w roku stajemy przed komisją i przechodzimy 14 różnego rodzaju badań lekarskich - wyjaśnia komandor podporucznik Rutkowski. - Nasze wyniki muszą być identyczne jak w roku poprzednim. Jeśli komuś choć trochę pogorszy się na przykład wzrok, straci kategorię A, która uprawnia do nurkowania na wszystkich dopuszczalnych głębokościach.

Tak wyśrubowane normy nie obowiązują nawet w Stanach Zjednoczonych. To oczywiście nie wszystko. Starszy nurek ratownictwa musi być przygotowany na pracę w ekstremalnych warunkach: ciemności, niskiej temperaturze (kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią Bałtyku zwykle oscyluje ona w granicach dwóch-czterech stopni Celsjusza), na głębokości, gdzie ciśnienie u przeciętnego zjadacza chleba mogłoby wywołać poczucie klaustrofobicznej ciasnoty.

- Korzystamy z technologii nurkowania opartej na trimiksie (mieszanina tlenu, azotu i helu), dzwonów nurkowych, aparatów nurkowych o otwartym obiegu, dzięki czemu możemy osiągnąć głębokości do 90 metrów. Nasze okręty od strony technicznej przygotowane są do prowadzenia nurkowania na głębokości o 30 metrów większej. Jeśli chodzi o Bałtyk, to w zupełności wystarczy. Jego średnia głębokość wynosi 53 metry - wylicza komandor podporucznik Robert Szymaniuk, który od dekady kieruje pracami nurków głębokowodnych.

Kolejna kluczowa rzecz: nurek pod żadnym pozorem nie może panikować.

- Wszystkie jego ruchy muszą być przemyślane i spokojne, powiedziałbym nawet: flegmatyczne. Zachowanie jednego nurka przekłada się bowiem na cały zespół. A ten jest całkiem spory: na parę, która pracuje pod wodą, przypada kilkanaście osób na okręcie - podkreśla kapitan marynarki Marek Dawidziuk, dowódca pionu ratowniczo-nurkowego na okręcie ORP "Piast". Jest on w trakcie zdobywania uprawnień starszego nurka ratownictwa, ale z głębokowodnymi często współpracuje. Tak było chociażby podczas niedawnej wyprawy w poszukiwaniu okrętu podwodnego ORP "Orzeł", kiedy obsługiwał pojazd podwodny.

I rzecz ostatnia, ale na pewno nie najmniej ważna: cierpliwość.

- Każde nurkowanie głębokowodne kończy się pobytem w komorze dekompresyjnej - tłumaczy komandor podporucznik Rutkowski. - Jego długość zależy od głębokości, na jaką nurek schodzi, i czasu, jaki spędza pod wodą. Zdarzają się zadania, po których do komory trzeba wejść na pięć, sześć godzin. Bywa, że dzieje się to w środku nocy. Człowiek pada ze zmęczenia, ale nie może zasnąć, bo to spowalnia metabolizm organizmu.

Podwodne wsparcie

Nurkowie głębokowodni nie tworzą samodzielnej grupy. Są rozsiani po Dywizjonie Okrętów Wsparcia oraz Ośrodku Szkolenia Nurków i Płetwonurków Wojska Polskiego. Zbierają się, kiedy mają do wykonania konkretne zadania, a podstawowe to niesienie pomocy załogom okrętów podwodnych.

- Kiedy taki okręt osiądzie na dnie, najbardziej efektywnym sposobem udzielenia pomocy załodze jest ewakuacja przy użyciu pojazdu podwodnego, takiego jak szwedzki URF czy natowski NSRS - tłumaczy komandor podporucznik Szymaniuk. - Na uruchomienie procedur i dostarczenie pojazdu w rejon akcji czasem potrzeba jednak nawet trzech dób. Zanim to nastąpi, działamy my.

Nurkowie głębokowodni operują z ratowniczych OORP "Piast" i "Lech". Mogą oni, za pomocą specjalnych węży, dostarczyć na uszkodzony okręt podwodny powietrze.

- W wypadku okrętu typu Kilo możemy szasować zbiorniki lub wentylować przedziały jednostki bez udziału załogi - wyjaśnia komandor podporucznik Szymaniuk. - To o tyle ważne, że możemy pomóc marynarzom, nawet gdy są nieprzytomni lub niezdolni do podjęcia jakichkolwiek działań. Inaczej jest w wypadku Kobbenów. Tutaj ktoś z wnętrza okrętu, najlepiej mechanik, musi uruchomić system, przekręcić kilka zaworów, by wykorzystać dostarczane na okręt powietrze.

Nurkowie mogą też podać na pokład specjalne wodoszczelne zasobniki zawierające na przykład wysokokaloryczną żywność.

-Na szczęście, naszych podwodniaków nigdy jeszcze nie musieliśmy ratować - podkreśla komandor podporucznik Rutkowski.

Niemniej nurkowie cały czas pozostają w gotowości, a przy okazji wykonują wiele innych zadań. Jedno z nich wiąże się ze wspomnianym już poszukiwaniem ofiar wypadków i wydobywaniem ciał z wraków jednostek, które poszły na dno. Tak było chociażby w 2009 roku. Wówczas to nurkowie zeszli na dno po polskich rybaków z kutra, który zatonął w okolicach Bornholmu. Wnioskował o to prowadzący śledztwo prokurator.

- Wrak spoczywał na głębokości ponad 70 metrów i był przechylony na jedną burtę - wspomina komandor podporucznik Szymaniuk. - Za pomocą specjalnych pontonów wydobywczych dźwignęliśmy go i zmniejszyliśmy jego przechył z 60 stopni do około dziesięciu. Z wnętrza wydobyliśmy trzy ciała.

Za tę akcję Dywizjon Okrętów Wsparcia został nagrodzony wpisem do "Księgi honorowej Wojska Polskiego", a jeden z nurków otrzymał od prezydenta Medal za Ofiarność i Odwagę.

Nasze Discovery

Nurkowie głębokowodni zajmują się również badaniem wraków. Najświeższy przykład: operacja ORP "Orzeł". Kilka miesięcy temu polscy oficerowie z Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej wytypowali do identyfikacji zagadkowy wrak okrętu podwodnego, który spoczywa na dnie Morza Północnego. Wiele przemawiało za tym, że to legendarna polska jednostka z czasów II wojny światowej. Na miejsce popłynął ORP "Lech" z ekipą nurków, którzy mieli zweryfikować znalezisko.

- Na Morzu Północnym pracowaliśmy przez kilka dni - wspomina komandor podporucznik Rutkowski. - Parami schodziliśmy w dzwonie nurkowym na głębokość około 60 metrów. Pierwsze, co mnie uderzyło, to dobra widoczność panująca pod wodą. Na Bałtyku na tej głębokości jest kompletnie ciemno, a my w dodatku rozpoczynaliśmy nurkowania wieczorem.

- Wszyscy mieliśmy wówczas poczucie, że bierzemy udział w czymś niezwykłym, że być może to chwile, które przejdą do historii - opowiada kapitan marynarki Dawidziuk. - Niestety, spotkało nas rozczarowanie. Nie pozostaje nic innego, jak nadal szukać «Orła» i mieć nadzieję, że w końcu ktoś trafi na jego ślad.

Nurkowie głębokowodni brali też udział w identyfikacji wraku niemieckiego lotniskowca "Graff Zeppelin". Okręt był budowany z myślą o II wojnie światowej. Po jej zakończeniu został zatopiony przez Sowietów.

- Zeszliśmy pod wodę, by potwierdzić, że to właśnie on i pobrać próbki do analizy. Należało stwierdzić, czy we wraku lub jego pobliżu nie ma niebezpiecznych substancji. Pewnie do tej pory jest tam tabliczka informacyjna, którą wówczas zostawiliśmy - mówi komandor podporucznik Szymaniuk.

Dzięki nurkom z dna Bałtyku wydobyto między innymi 12 szwedzkich armat z XVIII wieku oraz dzban z liczącym kilkaset lat piwem. Prace prowadzone były na prośbę Centralnego Muzeum Morskiego.

- Co ciekawe, naukowcy długo sądzili, że w dzbanie znajduje się wino. Dopiero szczegółowe badania pokazały, że to inny trunek - zaznacza komandor podporucznik Szymaniuk. - Tego typu zadania są trochę jak udział w programach Discovery. Naprawdę niesamowite przeżycie.

Statki nad głowami

Grupa polskich nurków głębokowodnych jest stosunkowo nieliczna, ale w państwach położonych nad Bałtykiem - jedyna.

- Wiele krajów stawia raczej na sprzęt, technikę, pojazdy podwodne. Naszym zdaniem pojazd podwodny ciągle nie jest jeszcze w stanie całkowicie zastąpić człowieka. Są miejsca, do których nie dotrze. Czasem też potrzeba, żeby człowiek go gdzieś skierował, wepchnął, odplątał czy uwolnił ze spoczywającej pod wodą konstrukcji - podkreśla komandor podporucznik Szymaniuk. Nurkowie głębokowodni pracują z sobą od lat. - Dzięki temu każdy z nas doskonale zna swoją rolę i miejsce w ekipie - przyznaje.

- Lata temu miałem szkolenie na Florydzie - wspomina komandor podporucznik Rutkowski. - Tam woda jest tak ciepła, że nurkuje się w T-shircie albo najcieńszej piance. Przejrzystość jest natomiast taka, że z głębokości kilkudziesięciu metrów widać dna sunących po powierzchni łodzi i statków. Kiedy Amerykanie zobaczyli zdjęcia naszego nurka, który na pokładzie okrętu przygotowuje się do akcji, a na głowę pada mu śnieg powiedzieli: "Nie, dziękujemy". A my właśnie w takich warunkach nurkujemy. I jest to zajęcie tak pasjonujące, że trudno byłoby je zamienić na jakiekolwiek inne...

Łukasz Zalesiński

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje