Reklama

Tucson. Największe składowisko samolotów

C-130 zakonserwowane na pustyni w Arizonie /Kris Tripplaar /East News

Baza w Tucson to największe składowisko samolotów na świecie. W szczytowym okresie zakonserwowanych było tam nawet 5000 maszyn wszystkich typów. To stąd pochodzą samoloty, które Amerykanie przekazują sojusznikom. Często powtarzana jest opinia, że Tucson jest lotniczym złomowiskiem. Czy tak jest naprawdę?

Stany Zjednoczone posiadają największe rezerwy sprzętu wojskowego na świecie. Marynarka Wojenna na kotwicowisku w zatoce Suisun utrzymuje około 50 zakonserwowanych okrętów, w tym śmigłowcowce desantowe. Na arizońskiej pustyni z kolei stoją tysiące zakonserwowanych samolotów. Wiele armii świata nie pogardziłaby choć kilkoma z nich. Również polska, w której w linii znajdują się samoloty wybudowane jeszcze w latach 80. Stąd też do Polski trafiły transportowe C-130E, a wkrótce trafią nieco młodsze C-130H.

Zarządzająca składowiskiem 309 Grupa Utrzymywania i Konserwacji zlokalizowana jest na terenie bazy lotniczej Davis-Monthan w Tucson, która powstała w 1925 roku. Podczas II wojny światowej mieściło się w niej Centrum Szkolenia i Zgrywania załóg samolotów bombowych. Po wojnie postanowiono, że będzie jedną z baz, w których zostaną zmagazynowane zbędne samoloty. Dowództwo wybrało 30 baz, w których rozlokowano 34000 samolotów.

Reklama

Zbędne po wojnie maszyny albo cięto na złom, albo konserwowano, aby móc wykorzystać je w przyszłości. Tak się stało m.in. z myśliwcami F4U Corsair, bombowcami B-29 Superfortress i transportowymi C-47 Dakota, które zasiliły odbudowywane linie lotnicze. W tym polski LOT. Dzięki powojennym zapasom powstało wiele w miarę nowoczesnych sił powietrznych. Samolotom z pustyni Żydzi zawdzięczają powstanie lotnictwa bombowego, a kraje Ameryki Południowej prawdziwą rewolucję technologiczną.

Samoloty uznane za niepotrzebne lub przestarzałe postanowiono zutylizować. Taki los spotkał m.in. 1444 sztuk myśliwców pokładowych FM-2 Wildcat. Wkrótce okazało się, że utylizacja maszyn paraliżuje pracę baz - jest zbyt pracochłonna, a maszyny zajmują większość stojanek. Poszukano innego rozwiązania

Jedno składowisko

Dowództwo po zapoznaniu się z różnymi bazami na terenie USA, wybrało Davis-Monthan, jako miejsca składowania zbędnych maszyn z całego kraju. Niewielka baza położona tuż przy meksykańskiej granicy posiada najlepsze warunki klimatyczne: niewielkie wahania temperatur, niską wilgotność powietrza i praktyczny brak opadów. Tym samym do końca 1947 roku znalazło się tam ponad 3000 samolotów.

Podczas wojny w Korei przywrócono do lotu liczne samoloty F4U Corsair, które otrzymały zadania szturmowe. Ponownie do łask wróciły B-29, które początkowo prowadziły misje bombowe, a po pojawieniu się w powietrzu MiG-ów-15, zaczęły prowadzić rozpoznanie i nocne naloty. W końcu 1951 roku w bazie pozostało tylko 750 maszyn.

Po zakończeniu wojny samoloty zaczęły wracać do Tucson. W grudniu 1954 roku było ich 1200. Sześć lat później w bazie było już 4000 samolotów, z tego 1000 było przeznaczone do utylizacji. W ciągu pięciu lat administracja sprzedała też prawie 1000 samolotów odbiorcom cywilnym i niektórym armiom trzeciego świata.

Ruch w interesie zapewniła kolejna wojna. Zakonserwowane od czasów wojny w Korei szturmowce A-1 Skyraider różnych wersji wróciły do dywizjonów US Marines i US Navy. Podobnie słynne C-47, które zostały kolejny raz zaprzężone do działań transportowych. Niektóre z nich przebudowano na samoloty bezpośredniego wsparcia AC-47 Spooky, które swoimi trzema M134 Minigun wspierały żołnierzy walczących w dżungli.

Darowizny dla sojuszników

W 1993 roku zaczęły się pojawiać pierwsze F-16. Dziś Amerykanie składują tam samoloty, które w wielu przypadkach są znacznie młodsze, niż używane np. w Siłach Powietrznych RP. Jak choćby wyprodukowane w drugiej połowie lat 90. XX wieku F-16, F-15, czy F/A-18.

Samoloty przyjmowane na składowisko, w zależności od tego, czy mają trafić na złom, czy mają być przeznaczone na magazyn części, sprzedaż, albo jako rezerwa sprzętowa, w różny sposób są konserwowane. Te ostatnie najpierw badane są ultrasonografem, potem opróżnia się statek powietrzny ze wszelkich płynów. Potem przemywa się układy specjalnym olejem, który konserwuje przewody wszelkich instalacji. Po dokładnym osuszeniu pokrywa się je specjalnym plastikowo-kauczukowym kokonem lub folią, o ile będą przywrócone do służby w ciągu czterech lat.

Dlatego te, które trafiają do sojuszników są w całkiem dobrej kondycji. Nie licząc wieku. Ponadto są modernizowane i doprowadzane do stanu, w którym odnajdą się także na współczesnym polu walki. Tego nie można np. powiedzieć o niektórych polskich MiG-29, czy Mi-24, o Su-22 nie wspominając. To właśnie z tego składowiska do Polski trafią C-130 Hercules.

Dotychczas Polska korzystała z tego programu znacznie rzadziej, niż inni sojusznicy. Dwa lata temu Grecja otrzymała za darmo 70 śmigłowców szturmowo-rozpoznawczych Bell OH-58D Kiowa Warrior i jeden transportowy Boeing CH-47D Chinook. W tym samym czasie polskie wojska specjalne otrzymały nieodpłatnie 45 sztuk pojazdów typu MRAP.

Otrzymane w tym roku Herculesy nie zastąpią posiadanych obecnie, niemal 50-letnich maszyn. C-130E były w ostatnim czasie modernizowane i ich resursy przedłużono o kolejne lata. Następna piątka ma pozwolić na rozszerzenie możliwości transportowych Sił Zbrojnych RP, a w przyszłości zastąpić starsze wersje.


 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: C-130 | Hercules C-130 | siły powietrzne | Sławek Zagórski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje