Tatuaże? Owszem, "tylko" cztery...

Kapral Jones Kendall, żołnierz amerykańskiej piechoty morskiej, wygina się, by przeczytać wytatuowany gotykiem napis na swoim bicepsie: "Boże wybacz mi, jeżeli musiałem przysłać ich do Ciebie". - To dla talibów - Kendall uśmiecha się szeroko.

W Mardży, na południu Afganistanu, stacjonują tysiące amerykańskich żołnierzy. Jednym z nich jest Jones Kendall z 3. Batalionu 6. Dywizji Marines. Plecy, ramiona i tors dwudziestolatka z Slidell w Luizjanie pokryte są ogromnymi tatuażami. Kendall wierzy, że oddaje w ten sposób hołd siłom, które otrzymują go przy życiu. Na myśli ma nie tylko Boga, ale także rodzinę.

Reklama

Pamiątka po poległym koledze

Na muskularnych plecach Kendall, pomiędzy trupią czaszką a kostuchą z kosą, kazał wytatuować sobie fragment modlitwy Leona XIII: "Święty Michale Archaniele broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech go Bóg pogromi, pokornie prosimy. A Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła". Dla niego, jak i wielu marines, każdy z tatuaży to odrębna, nierzadko wstrząsająca historia. Rysunki na ciałach żołnierzy opisują wojenne przygody, wychwalają poległych kolegów, przypominają o ukochanej kobiecie czy pozwalają odpędzić złe duchy.

Elitarna odznaka

Jones Kendall swój pierwszy tatuaż zrobił, gdy miał 17 lat. Były to cztery litery: "USMC", akronim od US Marine Corps, oraz odznaka jednostki. Znalazły się one na jego ramieniu. Od tego czasu na ciele Kendalla przybyły jeszcze cztery kolejne. "USMC", to najpopularniejszy - często pierwszy, a czasami ostatni - tatuaż marines. Jest nie tylko oznaką przyjęcia do jednostki, ale także wyróżnieniem dla jego posiadacza.

Młodego żołnierza, po wstąpieniu do służby, prawie natychmiast wysłano do Faludży, która wówczas była jednym z najgorszych miejsc w tamtym kraju, miastem, gdzie nie kończyły się walki. Tak jak i nie kończyła się lista poległych i rannych żołnierzy. - Chciałem tylko przeżyć - wspomina Kendall. Przed wyjazdem do Afganistanu wytatuował sobie fragment modlitwy do św. Michała. - To dlatego, że też nie chciałem tam umrzeć - wyjaśnia.

Do końca służby zostało mu jeszcze trzy miesiące. Otuchy dodają mu myśli o żonie i dziecku, które urodzi się nim wróci do kraju oraz inskrypcje kolejnych tatuaży. Na jego klatce piersiowej widnieje napis "Moim sędzią jest Bóg", a na plecach widnieje spory fragment piosenki rapera Lila Wayne'a pt. "Hustler Musik".

Tylko pod mundurem

Tatuaże są nieodłączną częścią subkultury panującej w korpusie piechoty morskiej. Dowódcy starają się jednak ograniczyć ten fenomen, bowiem w niektórych kulturach tatuaże są traktowane jako obraźliwe. Dotyczy to także konserwatywnych afgańskich muzułmanów.

Amerykanie, by nie powodować zbędnych napięć z Afgańczykami i w końcu zakończyć dziewięcioletnią wojnę z talibami, zarządzili, że tatuaże muszą być zakryte mundurem. Co więcej, rysunki na szyi i głowie są całkowicie zakazane. Natomiast oficerowie nie mogą ich mieć więcej niż cztery i to jeszcze w takich miejscach, by nie było ich widać w standardowych krótkich spodenkach i podkoszulce.

Co do tematyki tatuaży, w korpusie marines panuje wszelka dowolność. Pod warunkiem, że nie są one rasistowskie, seksistowskie, ekscentryczne, zachęcają do zażywania narkotyków, wulgarne czy antyamerykańskie.

Nagrobek na plecach

Sierżant Paul Williams ma tylko 22 lata, ale jego plecy są prawie całkowicie zapełnione tatuażami przypominającymi o zabitych żołnierzach. Para butów, karabin M-16 i zawieszony na nim hełm, to standardowa forma pożegnania poległego żołnierza US Army. Widnieje on także na plecach Williamsa, który jest dodatkowo opatrzony fragmentem piosenki "Brothers In Arms" zespołu Dire Straits: "Poprzez pola zniszczenia i próby ognia obserwowałem, jak cierpiałeś, gdy wojna rozgorzała jeszcze bardziej". - Czterej moi przyjaciele zginęli w Iraku. Marines w dalszym ciągu giną, a tak przynajmniej mogę oddać im cześć - wyjaśnia.

Ciało kaprala Lorenzo Roblesa, kolejnego 22-latka służącego w Afganistanie, mówi o nim więcej niż on sam chciałby powiedzieć. Na ramieniu wytatuował sobie łacińskie motto Marines "Semper Fidelis", czyli "zawsze wierny". Na drugim - boom boxa, który ma podkreślać jego miłość do muzyki. Największy tatuaż, który znalazł się na jego torsie, to oda do Jacqueline, czyli jego zmarłej w 2005 r. matki. By natomiast podkreślić fakt, że jest żołnierzem na jego plecach widnieje olbrzymi napis "muerte vendra", co oznacza "śmierć przyjdzie".

- Ludzie obawiają się śmierci. Mnie tatuaże pomagają o tym nie myśleć - mówi drapiąc się za uchem, skąd niedawno usunął kolejny rysunek.

Problemy przez rysunki

Kapral Daniel Andersen, który na ramieniu ma łacińską sentencję "Si vis pacem para bellum" ("Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny"), a na drugim odznakę USMC przyznaje, że tatuaże na ciele interesują Afgańczyków. - Przyglądają im się z zaciekawieniem, ale nic nie mówią - przyznaje.

- Myślę nad kolejnymi tatuażami i w ogóle się nie przejmuje przepisami. To moje ciało, a te regulacje są głupie - wyjaśnia kapral Andersen.

Jeżeli żołnierz korpusu przesadzi z tatuażami najprawdopodobniej nie wyleci z jednostki, ale nie dostanie awansu. Major Billy Ray Moore ostrzega, że zbyt duża liczba rysunków na ciele, a co za tym idzie nie zastosowanie się do przepisów, zamyka przed żołnierzem drzwi i nie zostanie on ani oficerem, ani instruktorem.

- Kiedyś mieliśmy przypadek żołnierza, który miał na ramieniu wytatuowaną naga dziewczynę. Powiedzieliśmy mu, że albo go usunie, albo będzie musiał odejść - opowiada major Moore. - Przyszedł po kilku dniach. Dziewczyna wytatuowana na jego ramieniu był już zasłonięta ręcznikiem. Pozwoliliśmy mu zostać - dodaje.

Tłum. MW na podst. AFP

Dowiedz się więcej na temat: żołnierze | rysunki | tatuaż | jones | marines | tatuaże

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje