Reklama

Ratownik taktyczny - krew, pot i ból

Sekcja komandosów rozpoznaje niewielkie zabudowania. Posuwając się krok za krokiem, przeczesują wzrokiem teren. Nagle dostają się pod ogień. Jeden z nich zostaje ranny – pozostali muszą ewakuować go pod ostrzałem wroga. Tak zaczyna się szkolenie z ratownictwa taktycznego.

- Obudziłem się po trzech dniach po tym jak zostałem ranny. Jak ci powiem, jak zacząłem sprawdzać czy mam ręce, nogi, czy nic mi nie urwało, to będziesz w stanie to sobie wyobrazić? Nie będziesz, bo ciężko sobie wyobrażać takie sytuacje - mówi Daniel Kubas, żołnierz II zmiany w Iraku. Został ranny w 2004 roku - miał wówczas obrażenia mózgu, pękniętą czaszkę i uszkodzony kręgosłup. Swoje wspomnienia opisuje w filmie Marka Muchy: "Weterani wojny".

Reklama

Wówczas indywidualny pakiet medyczny zawierał głównie zwykłe bandaże, środki przeciwbólowe i odkażające. Nikt też nie uczył szczegółowo żołnierzy jak ratować własne życie pod ostrzałem, czy w stresogennej sytuacji. Nie brano pod uwagę specyfiki ratowania życia na polu walki.

Od czasu, kiedy Daniel Kubas został ranny polska medycyna wojskowa zrobiła ogromny krok naprzód. Zmieniło się właściwie wszystko: począwszy od osobistego zestawu ratunkowego, przez sposób i czas ewakuacji aż po procedury ratunkowe. Teraz żołnierze chcą się podzielić z cywilami zdobytym doświadczeniem.

Jeszcze do 1996 roku wszystkie procedury ratownictwa wojskowego były oparte właśnie na systemie cywilnym. Dopiero później, między innymi dzięki pracom podjętym w Dowództwie Wojsk Specjalnych USA, procedury zaczęły się zmieniać w poszczególnych krajach. W końcu zrozumiano, że ratownicza medycyna wojskowa i cywilna się różnią. Inaczej przecież opatruje się skaleczenie, a inaczej ranę postrzałową, nie mówiąc już o ranach po odłamkach granatów. Zwłaszcza, że pole walki nie jest zbyt sterylne.

Poligon we krwi

Autobus Akademii Obrony Narodowej zjeżdża z głównej drogi, a po kilkunastu kilometrach skręca w leśny dukt. Jesteśmy naprawdę daleko od cywilizacji. Nie ma co liczyć, że telefony komórkowe "złapią zasięg". Przy wjeździe na poligon czekają uzbrojone straże i wysoki płot zwieńczony drutami kolczastymi. Wewnątrz witają nas byli żołnierze GROM-u skupieni wokół firmy GROM Group i pracownicy Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Po powitaniach i krótkim instruktażu, co nam wolno, a czego lepiej nie dotykać i gdzie nie chodzić, zaczyna się pokaz. Pięciu komandosów wchodzi w nieznany teren, idą marszem ubezpieczonym, krok za krokiem. Nagle wróg otwiera ogień ze skrzydła. Komandosi odpowiadają krótkimi seriami, wybucha granat. Jeden z żołnierzy zostaje ranny. Szybko zakłada sobie na nogę stazę. Koledzy łapią go za oporządzenie i ostrzeliwując się, wyciągają rannego z niebezpiecznej strefy. W tym czasie pojawia się kawaleria: samochód wsparcia uzbrojony w ckm osłania odwrót. Kiedy niebezpieczeństwo zostaje zażegnane do rannego podbiega ratownik.

- Na polu walki ratownik jest przede wszystkim żołnierzem i jego podstawowym celem jest wykonanie zadania - mówi prowadzący szkolenie Tomasz Sanak, instruktor z Zakładu Medycyny Pola Walki Wojskowego Instytutu Medycznego.

W tym czasie ratownik opatruje rannego żołnierza. Operator został ranny w udo, nogawka spodni jest przesiąknięta krwią, lepi się do niej trawa i ziemia. Ratownik rozcina tkaninę i szybko opatruje nogę. Jego ruchy są automatyczne.

- Najważniejszą rzeczą jest zatamowanie krwawienia, to ono, obok odmy płucnej i niedrożności dróg oddechowych jest najczęstszą przyczyną śmierci na polu walki - dodaje Tomasz Sanak.

Podczas, gdy my słuchamy wykładu, żołnierze wzywają śmigłowiec ratowniczy i kończą opatrywać rannego.

Uratować życie

- Celem szkolenia jest uświadomienie, że wiele doświadczeń zdobytych na wojnie można przenieść do ratownictwa cywilnego - tłumaczy kursantom gen. bryg. dr hab. Grzegorz Gielerak, dyrektor WIM-u. Żołnierze służący w WIM-ie zbierali doświadczenia we wszystkich misjach Wojska Polskiego za granicami kraju.

- W ratownictwie cywilnym obowiązuje taka kolejność działania: sprawdzić drożność dróg oddechowych, oddech i krążenie. W wojsku dokładnie odwrotnie - instruuje mjr. rez. Tomasz Kowalczyk, szef GROM Group.

Wkrótce zaczyna się kolejny etap szkolenia. Tomasz Sanak pokazuje na "rannym" komandosie, jak założyć stazę taktyczną, czyli specjalną opaskę uciskową. Instruktor klęka na udzie żołnierza, ten się wzdryga.

- Ma boleć. Rany bolą - mówi zgromadzonym. - Staza powinna być założona jak najwyżej, a krępulec zakręcony jak najmocniej.

- Takie skrępowanie może pozostać na ręce lub nodze do 120 min, potem zaczyna się obumieranie komórek - wtrąca stojący obok ppłk dr n. med. Robert Brzozowski, kierownik Zakładu Medycyny Pola Walki WIM, po czym zabiera rannemu karabin. - Rannemu należy zabrać broń. W czasie opatrywania stanowi zagrożenie dla ratownika - dodaje.

Po zatrzymaniu krwotoku na ranę kładziony jest opatrunek, który należy jak najdokładniej upchnąć w ranie. Jeśli krwawienie nie ustępuje należy użyć granulatu hemostatycznego. Jednak tylko wówczas, kiedy ani staza, ani opatrunek nie zatrzymały potoku krwi.

Krew, pot i ból

Czas na nas. Kursanci-dziennikarze dostają od instruktorów stazy. Musimy sami je sobie założyć i zacisnąć. Najpierw na rękach, później na nogach. Po kolei - najpierw na jedną, a za chwilę na drugą. Dociągamy krępulec jak najmocniej. Musimy to zrobić bardzo szybko, ponieważ każda zaoszczędzona sekunda może uratować życie kiedy będziemy ranni. Niekoniecznie na wojnie.

- Kiedyś mieliśmy rannego, który rozciął sobie tętnicę udową szkłem z rozbitego akwarium. Uratowała go szybko założona opaska uciskowa i tampon, który wepchnął do rany - mówi jeden z instruktorów. - Choć tamponów nie zalecamy, to wszystko jest dobre, żeby zatamować krwawienie.

Staza musi być tak mocno zakręcona, aby tętno nie było wyczuwalne. W innym przypadku możemy nawet nie zauważyć, kiedy zemdlejemy z upływu krwi.

Żołnierze od początku tłumaczyli kursantom, że na polu walki często działa się w warunkach ekstremalnego zmęczenia, w ciemnościach i w warunkach dalekich od komfortu. Kilkoro uczestników kursu mogło się o tym przekonać. My pozostaliśmy nieco z boku - kontuzje wyeliminowały nas z części zabawy.

Chętni natomiast zmierzyli się z torem przeszkód: musieli przeskoczyć nad rowem z wodą, potem przez mur z bali, przeczołgać się przez tunel i wykonać jeszcze kilka innych akrobacji na torze liczącym około 500 metrów długości.

Kiedy już dobiegali do mety dopadali ich instruktorzy: rzucali na ziemię, klękali całym ciężarem ciała na jedną z wybranych kończyn i zaczynali kanonadę komend:

- Dostałeś w nogę! Ranny jesteś! Załóż stazę!

Gdy ranny próbował się podnieść, albo pomóc sobie unosząc "trafioną" kończynę, szybko pacyfikowali takiego "symulanta" dociskając nogę butem.

- Nie podnosisz jej! Noga jest bezwładna! Zakładaj szybciej, bo zaraz się wykrwawisz!

Do mety dobiega Rafał Stańczyk z TVP. Robi ostatnie wymyki. Obserwujemy go z pewnej odległości, rozmawiając z instruktorami.

- Idź do niego - mówi Robert Brzozowski do Tomasza Sanaka. Ten podbiega do dziennikarza. W ułamku sekundy reporter leży na ziemi i słyszy: "Załóż stazę. Czas ucieka! Tik, tak, tik tak!"

- A teraz wyczołgaj się z zagrożonego terenu. Tej nogi nie używasz.

Po przeczołganiu się kolejnych 15-20 metrów jest już bezpieczny.

- Myślałem, że będzie łatwiej - słyszymy, gdy staje obok.

Zmęczenie daje o sobie znać. Mimo, że każdy z kursantów zakładał stazę już kilka razy, to po biegu wszystko się myli: staza jest zakładana odwrotnie, słabo zaciskana, albo źle zablokowany jest krępulec. W prawdziwym życiu mogłoby się to skończyć śmiercią.

Włóż jak najgłębiej!

Aby nauczyć się zabezpieczać rany kłute i postrzałowe dostajemy odpowiednie pomoce naukowe, a instruktorzy przygotowują pojemniki ze sztuczną krwią. Zakładamy rękawiczki, będziemy mieli do czynienia różnego rodzaju ranami. Zabieramy się do roboty. Znów wśród podniesionych głosów instruktorów:

- Włóż jak najgłębiej, tak żebyś wyczuł dno rany - słyszę nad uchem, gdy wpycham palec do krwawiącej dziury. W tym czasie drugą ręką otwieram opatrunek hemostatyczny. Szybko nawijam bandaż na palec robiąc kuleczkę i wpycham głęboko w ranę, z której na wszystkie strony bryzga ciemnoczerwona sztuczna krew.

Robię kolejną pętelkę i znów palec ląduje w krwawiącym mięsie. Krew dalej wytryskuje z rany wprost na ręce i spodnie. Wszystko robię na wyczucie, a krzyczący nad głową instruktor nie pomaga w opanowaniu sytuacji. W końcu włożyłem w ranę cały opatrunek. Instruktor po chwili namysłu uznaje, że ranny by przeżył. Pot wycieka mi spod czapki. Uuf. To już koniec.

Jak najwięcej szkoleń

Wszyscy uczestnicy kursu zgodzili się, że takich szkoleń powinno być jak najwięcej. Przede wszystkim ze względu na odmienność procedur wojskowych i cywilnych. Żołnierze przy ranach, które naruszają powłokę ciała zawsze zakładają stazy, cywilne podręczniki medyczne odradzają podejmowanie takich działań.

W jednym z nich autorka pisze, że w razie rany szarpanej "nie należy zakładać jakichkolwiek opasek uciskowych w okolicach zranienia", a "jeśli (rana - przyp. SZ) obficie krwawi, można docisnąć miejsce krwawienia ręką, a następnie dołożyć element dociskający (np. zwinięty bandaż) i całość zabandażować. Gdy bandaż zaczyna przeciekać, należy dołożyć następną warstwę opatrunku (...)".

Wieloletnie doświadczenie żołnierzy biorących udział w działaniach wojennych dowiodło, że szybkie założenie opaski uciskowej skuteczniej tamuje krwawienie i ratuje życie, niż jakiekolwiek uciskanie rany.

Na kursie przeszliśmy szkolenie z opatrywania ran kłutych i postrzałowych, pokazano nam jak zabezpieczyć rannych po różnego rodzaju wypadkach. Nauczyliśmy się gasić pożar i opatrywać oparzenia. Dowiedzieliśmy się jak użyć opatrunków hemostatycznych i staz taktycznych. A co najważniejsze przekonaliśmy się o ich skuteczności, dlatego po powrocie z poligonu sam taką zakupiłem. Oby się nigdy nie przydała, jednak zawsze warto mieć. Bo na wyposażeniu karetek staz nie ma.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje