Reklama

Porwana przez talibów

Na patrol wyruszyliśmy o 7 "Skorpionem" kabrio. Zważywszy na fakt, że pogoda pozostawiała wiele do życzenia, nie byłam tym zachwycona. Ale cóż, wojna to wojna - bez względu na wszystko akceptujesz i wykonujesz każdy warunek i polecenia.

Podróż przebiegała bez żadnych komplikacji,do momentu, kiedy wjechaliśmy w teren zalesiony... Nie byłam przygotowana na taki rozwój wydarzeń. Głośne strzały ze wszystkich stron i okrzyki żołnierzy, że to atak talibów, doprowadziły mnie prawie do paraliżu.

Bolesne zderzenie z ziemią

Schyliłam głowę tak nisko, jak tylko mogłam - choć i tak miałam wrażenie, że kule z jednej i drugiej strony przelatują tuż nad moją głową. Nie jestem w stanie określić, jak długo trwał ostrzał.

Kiedy dudnienie ustało, poczułam szarpnięcie za kamizelkę kuloodporną, a brak podłoża pod stopami uświadomił mi, że jestem w powietrzu. Szybkie i bolesne zderzenie z ziemią, zerwanie hełmu z głowy i zastąpienie go workiem, kajdanki na rękach, oznaczyły tylko jedno - uprowadzenie!

Reklama

Worek na głowie uniemożliwiał mi swobodne oddychanie, strach i przeszywający ból w nadgarstkach nie poprawiały mojej sytuacji. W jednej chwili ktoś szybkim ruchem podniósł mnie z ziemi. Przytrzymując za kark, który nagle znalazł się na wysokości kolan, wycedził: - Ty będziesz pierwsza!

Nie wiedziałam, co to może oznaczać. Myślałam o najgorszym.

Stres i tak robił swoje

Co teraz? Co się ze mną stanie? Poczułam gwałtowne pchnięcie, wrzucono mnie do małego i ciasnego pomieszczenia.

Z workiem na głowię i skrępowanymi rękami nie byłam w stanie określić swojego położenia. Chwilę później wrzucono kolejna osobę, "do towarzystwa". Trzask zamykanej klapy. Jestem w bagażniku!

Przeczytaj, co w tym czasie przeżywał inny dziennikarz INTERIA.PL, również porwany przez terrorystów.

Jakakolwiek próba porozumienia się z osobą, z którą miałam podróżować, kończyła się groźnym i głośnym: - Zamknąć się! Odpuściłam. Świadomość zamknięcia w małym, ciasnym pomieszczeniu sprawiła, że serce waliło mi jak oszalałe. Wiedziałam, że jeżeli nie opanuję oddechu, uduszę się. Starałam się jak mogłam, ale stres robił swoje.

Zimne i cuchnące pomieszczenie

Ryk silnika sprawił, że poczułam małą ulgę. "Może nie będą mnie tutaj trzymać w nieskończoność?" - pomyślałam. Po mniej więcej 30 minutach jazdy po wybojach, po hamowaniach i ostrych zakrętach, dowieziono nas na miejsce. Z bagażnika dosłownie wytargano mnie na zewnątrz... ale co tam, w końcu mogłam rozprostować pokurczone nogi.

Ciągnięta i szarpana, zostałam wepchnięta do zimnego, cuchnącego pomieszczenia. Pamiętam, że wchodziłam po schodach, później było już tylko gorzej. Gwałtowne kopnięcie w zgięcia kolan sprawiło, że przyklękłam. W tej pozycji zostałam na kilkadziesiąt minut, miałam zdrętwiałe nogi, kark i ręce.

Woda i totalna panika

Przez cały czas słyszałam odgłosy tłuczonego szkła, metalowych narzędzi, krzyki i groźby. Przesłuchiwanie moich kolegów i forma, w jakiej - według moich domysłów - się to odbywało, sprawiały, że robiło mi się ciemno przed oczami. Modliłam się w duchu, by jakimś cudem mnie to ominęło. Czas wydłużał się w nieskończoność.

W pewnym momencie ktoś zaproponował mi wodę. Nie wiem dlaczego, odmówiłam. Rezultat był taki, że wylano mi ją na głowę. Szok i zimno spotęgowały strach. Zimną butelkę wody włożono mi pod kamizelkę, zmoczony worek przylepił się do twarzy.

Złapanie oddechu graniczyło z cudem. Totalna panika pozbawiła mnie możliwości logicznego myślenia. Nie tylko nie mogłam pozbierać myśli, ale wręcz zapanować nad swoim organizmem.

Przeczytaj blog reportera INTERIA.PL Marcina Ogdowskiego "ZAfganistanu.pl"

Popychanie i szarpanie

Każdą możliwość skorzystania z wody lub papierosa, zaproponowaną przez porywaczy, odbierałam jak prowokację. Sądziłam, że każda moja reakcja na zaczepki i krzyki, skończy się torturami. Nie byłam w błędzie.

Wciąż w pozycji klęczącej, starałam się nie zwracać na siebie uwagi gwałtownymi ruchami czy gestami, świadczącymi o zdrętwieniu całego ciała. Ale drżenie było nie do opanowania, a regularne oblewanie zimną wodą wzmagało tylko dreszcze.

Zadawane mi pytanie w języku pasztu, angielskim czy hiszpańskim, nie miały dla mnie znaczenia. W tej chwili nie znałam żadnego z nich. Popychanie, szarpanie za włosy, dmuchanie dymem z papierosów w twarz sprawiały, że oddychanie stało się prawie niemożliwe. Nie koncentrowałam się na niczym - nie byłam w stanie.

Widok nie rokujący dobrze

Zastanawiałam się, jak długo to jeszcze potrwa i do czego są zdolni porywacze. Byłam wykończona. Ciągła obawa przed tym, co jeszcze może się stać, doprowadzała mnie do skrajności. Za chwilę przekonałam się, że moje modły nie zostały wysłuchane - zostałam zabrana na przesłuchanie.

To było kilkanaście bardzo intensywnych minut. Po raz pierwszy od momentu porwania ściągnięto mi worek z głowy. Nie czułam nic, nie patrzyłam porywaczom w oczy, starałam się zachować spokój. Na pytania odpowiadałam zdawkowo.

Krzyki, zawiązany sznur na szyi, broń przy skroni... Trzęsłam się z zimna i ze strachu. Widok poturbowanych kolegów, związanych i rzuconych pod ścianę jeden na drugim, nie rokował dobrze. W trakcie przesłuchania próbowałam rozeznać teren, jednak każda próba odwrócenia głowy kończyła się uderzeniem i wrzaskiem porywaczy.

Zapoznaj się również z relacją z porwania reportera INTERIA.PL, który był przetrzymywany w innym miejscu.

Na szczęście nie zjadłam śniadania

Skutkiem przesłuchiwania było ponowne nałożenie worka na głowę, przeładowanie broni i strzał. Huk był tak ogromny, że głowa bezwładnie opadła mi na klatkę piersiową. Oszołomioną i półprzytomną, odciągnięto mnie na bok i oparto o ścianę. Trzaski w uszach i skurcze mięśni spowodowały, że przez chwilę straciłam kontrolę nad tym, co dzieje się dookoła. Nie potrafiłam oszacować czasu spędzonego w tym miejscu, w takim stanie.

Porywacze wciąż przenosili mnie z miejsca na miejsce, traciłam orientację, ale na ile mogłam, zachowywałam spokój i rozwagę. W jednej chwili nieoczekiwanie padła seria strzałów, a porywacz, który stał koło mnie, zarzucił mi ręce na szyję i ciągnął tuż przy sobie, cofając się. Poddusił mnie na tyle skutecznie, że prawie zwymiotowałam - na szczęście nie zjadłam śniadania.

Jesteśmy już bezpieczni

Odgłos strzałów stawał się coraz wyraźniejszy. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale nerwowe krzyki terrorystów i ich energiczne ruchy dawały mi nadzieję. "Zaraz będą tu nasi" - pomyślałam .

W sekundzie zostałam powalona na podłogę. Strzały ogłuszyły mnie zupełnie, otworzyłam tylko usta, by zmniejszyć ciśnienie, ale worek w dalszym ciągu uniemożliwiał mi swobodne oddychanie. Wrzask i jęki ludzi potęgowały zdenerwowanie. Kto został postrzelony - odbijający nas żołnierze, czy terroryści?

Po kilkunastu minutach wymiany ognia ktoś podciągnął mnie do góry tak, że nie mogłam złapać równowagi. Usłyszałam komendę: do wyjścia! Prowadzono mnie w nieznanym kierunku, w dalszym ciągu z workiem na głowie i z kajdankami na rękach.

Schodząc po schodach, uświadomiłam sobie, że zostaliśmy odbici. Spokojne przeprowadzenie z miejsca, gdzie nas przetrzymywano, do wojskowych wozów, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jesteśmy już bezpieczni.

Przeczytaj blog reportera INTERIA.PL Marcina Ogdowskiego "ZAfganistanu.pl"

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: talibowie | porwanie | wojna | worek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje