Reklama

Podziemia niepamięci

Gabriel Kubicki ze Świnoujścia był od 1943 r. robotnikiem przymusowym. Najbardziej tajemniczym miejscem, w jakim pracował, był odludny zakątek prowincji Schlesien, gdzie budował tajemniczy obiekt podziemny.

Relacje świadków są specyficznym źródłem, niezwykle istotnym, choć często przez niektórych badaczy dziejów najnowszych marginalizowanym. Jakakolwiek byłaby ich jakość, kluczem do weryfikacji pozostaje analiza krytyczna przekazu w oparciu o materiał porównawczy. Jeżeli takowy jest dostępny, sprawa jest w miarę prosta. Gorzej, gdy relacja stanowi jedyne źródło informacji.

Reklama

Wysłany gdzieś na Śląsk

Dlatego też historycy niezwykle ostrożnie podchodzą do tematów, pokrewnych tematyce naszego pisma, w przypadku których, niestety, nie zawsze można oprzeć się na wyczerpujących opracowaniach i wartościowych dokumentach. Zdarza się, że dysponujemy jedynie relacją zasłyszaną, bądź przekazywaną z ust do ust. Coraz rzadziej niestety spotykamy bezpośrednich świadków interesujących nas wydarzeń. A że mają one przeważnie swój początek w czasie II wojny światowej, od zakończenia której minęło właśnie 65 lat, każdy taki przekaz jest na wagę złota.

Było to w połowie 2009 roku. Do redakcji zadzwonił telefon. Sądząc po głosie starszy człowiek, chciał podzielić się z nami swoimi wspomnieniami. Tego typu kontakt jest dla nas zawsze niezwykle wartościowy, dlatego też z zaciekawieniem rozpoczęliśmy rozmowę. Pan Gabriel Kubicki ze Świnoujścia w czasie ostatniej wojny był robotnikiem przymusowym zatrudnionym przez Organizację Todt. W 1943 r. został wywieziony jako młody chłopak w okolice Stuttgartu, gdzie pracował przy budowie podziemnego obiektu. Po pewnym czasie, w sierpniu 1944 r. firma wysłała go wraz z jego brygadą, jak się wyraził, gdzieś na Śląsk.

Został zakwaterowany w barakach położonych wśród pokrytych gęstym lasem wzgórz, razem ze zbrojarzami, cieślami i betoniarzami oraz grupą specjalistów górniczych z Włoch i Śląska. Kilkadziesiąt metrów poniżej znajdować się miały dwa wejścia do tunelu. Z ekipą cieśli pracował przy stawianiu szalunków na obetonowanych już powierzchniach do lutego 1945 roku, kiedy został skierowany do Berlina, gdzie z kolei brał udział w budowie wielkiego schronu przeciwlotniczego. Tam też zastał go koniec wojny, i wówczas powrócił szczęśliwie do domu. Ciekawa rozmowa dobiegła końca, jak zwykle pozostał pewien niedosyt, i co najmniej setka pytań do zadania. Ustaliliśmy, że jeżeli tylko nadarzy się okazja, będziemy musieli się spotkać. Pan Gabriel mieszka obecnie w Świnoujściu, więc podczas tegorocznej, majowej Konferencji Odkrywcy mogliśmy się wreszcie osobiście poznać.

Posłuchajmy historii pana Gabriela:

- W lutym 1943 roku miejscowy Arbeitsamt skierował mnie do firmy budowlanej na przyuczenie do zawodu cieśli. Po mniej więcej roku przyszło do kierownictwa polecenie oddelegowania 25 pracowników i 3 uczniów do Niemiec na roboty przymusowe. W ten sposób musiałem opuścić rodzinne Krośniewice pod Kutnem i ruszyć w świat. Tak trafiłem do Vaihingen k. Stuttgartu, gdzie zostaliśmy przydzieleni do firmy Holzmann, która dla Organizacji Todt budowała nieopodal wielki betonowy obiekt. (Obiektem tym była podziemna fabryka Messerschmitta pod kryptonimem "Stoffel" budowana od kwietnia do października 1944 w kamieniołomie nieopodal Vaihingen, 24 km na północny zachód od Stuttgartu - przyp. P.M.).

Pod koniec lipca, bądź na początku sierpnia 1944 r. przyszedł rozkaz oddelegowania 80-osobowej brygady na Śląsk. Podano nam miejscowość, lecz niestety jej nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że majster namawiał mnie na ten wyjazd: - Będziesz bliżej Polski, jak nadarzy się okazja, uciekaj do domu - mówił. Co prawda nie miałem wielkiego wyboru, lecz perspektywa znalezienia się bliżej rodzinnych stron, napawała mnie optymistycznie. Parę dni później wyruszyliśmy pociągiem ze Stuttgartu i jechaliśmy nocą przez całe Niemcy w wagonie na końcu składu.

Wczesnym rankiem zajechaliśmy na stację kolejową położoną wśród wzgórz. Potem szliśmy jakiś czas piechotą do lazaretu, gdzie nas przebadano i odwszawiono. Mieszkaliśmy w dwóch barakach położonych w gęstym lesie, jakieś 5 km od najbliższego miasteczka. W pierwszym mieszkało kilkudziesięciu jeńców włoskich, wśród których było sporo górników, a także paru Ślązaków - wiertaczy i strzałowych, którzy kierowani byli przez dwóch włoskich inżynierów.

My zajmowaliśmy drugi barak, w którym mieszkali sami Polacy - cieśle, betoniarze i zbrojarze. Byłem wówczas pomocnikiem majstra i pracowałem z nim głównie na zewnątrz. Planowaliśmy ilość drewna, jaka miała być potrzebna do postawienia szalunku, a także ustalaliśmy wymiary potrzebnych desek. Następnie koledzy z naszej ekipy wycinali drzewa, korowali gałęzie, i cięli je na deski. Oddzielna grupa zajmowała się montażem szalunku na wylanym betonie. Przez cały czas pobytu wiedziałem jedynie o dwóch wejściach do sztolni, byłem wręcz przekonany, że to jedyne obiekty tego typu w pobliżu.

Włosi i Ślązacy pracowali głównie w nocy

Z tego co zapamiętałem, wejście do podziemi nie było obetonowane i znajdowało się u podstawy zbocza. Sztolnia była wydrążona w, jak się wydaje, twardej i stabilnej skale brunatnego koloru. Po przejściu ok. 20 m w głąb od korytarza, po obu jego przeciwległych bokach i nieco przesunięte względem siebie znajdowały się wejścia do dwóch bocznych pomieszczeń. W jednym z nich zamontowane były jakieś urządzenia, prawdopodobnie wentylacyjne, służące zapewne do przewietrzania sztolni, a także system rur niewiadomego mi przeznaczenia. Po minięciu wejść do tych pomieszczeń szło się dalej tunelem, który skręcał w prawo do okrągłej, bądź owalnej, znacznie wyższej niż korytarz, hali o ok. 20-metrowej średnicy.

Odkrywca

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gabriel | obiekt | 1944 | relacja | 1945 | Śląsk | firmy | Podziemia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje