Reklama

Ostatni patrol

Na misji szybko się zżyli. Razem jeździli na patrole, razem zginęli.

Żołnierze o Rosomakach w Afganistanie mówią krótko: "Te wozy robią dobrą robotę". Opancerzone, z dużą siłą ognia, zapewniają im bezpieczeństwo i dają poczucie przewagi nad przeciwnikiem. Gdy wyjeżdżają na codzienne patrole, zajmują miejsca w przedziale desantu, odsuwają od siebie złe przeczucia. - Nie myślisz o tym, czy wjedziesz na minę - mówią. Tak było i tym razem. Wyjeżdżali z poczuciem siły. Pięć wozów, ponad 20 ludzi. 22 stycznia pod jednym z pojazdów wybuchł ajdik (ładunek wybuchowych podłożony przez talibów). Patrol wpadł w zasadzkę. Pancerz Rosomaka nie pomógł. Dwóch zginęło na miejscu. Żołnierz i cywil.

Reklama

Szacunek dla gunera

Starszy szeregowy Marcin Pastusiak, dla kolegów "Pasta", na misji był od października 2010 roku. Był gunerem, jeździł jako strzelec w wieży bazowego Rosomaka z obrotowym gniazdem karabinu kalibru 12,7 milimetra. To niełatwa służba. O gunerach inni żołnierze zawsze wypowiadają się z uznaniem.

W otwartym od góry gnieździe są najbardziej narażeni na ostrzał. Obserwują teren w czasie przejazdu kolumny wozów. Muszą widzieć wszystko, by w porę ostrzec przed niebezpieczeństwem. Zabezpieczają wyznaczony przez dowódcę sektor, zawsze gotowi do strzału. Przez cały pobyt w Afganistanie "Pasta" dawał tylko sygnałówki, odstraszające pojedyncze strzały, którymi gunerzy ostrzegają przejeżdżające cywilne auta, by nie podjeżdżały za blisko wojskowych pojazdów. To na wypadek, gdyby w którymś z aut jechali zamachowcy.

- Jeśli musiałby użyć broni, nie zawahałby się - wspomina "Łysy", kolega "Pasty" z IV POMLT (Police Operational Mentor and Liaison Team, zespół doradczo-szkoleniowy do spraw policji).

Szkolenia Afgańczyków

- Do tego feralnego dnia jego misja przebiegała spokojnie. Tylko na początku pobytu w Afganistanie, gdy przez dwa tygodnie był w Warrior, ostrzelano z moździerzy bazę. Nic się jednak nie stało. W Qarabagh też mieliśmy wybuch pod jednym z Rosomaków, ale wtedy żołnierze odnieśli tylko lekkie obrażenia - opowiada porucznik Paweł Samborski, dowódca czwartego "pomletu", w którym był Pastusiak.

W kraju Marcin służył w Oddziale Specjalnym Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim. Dlatego został przydzielony do grupy ochrony zespołu szkolącego afgańskich policjantów. Osłaniał innych żandarmów przed ostrzałem, gdy jako instruktorzy prowadzili szkolenia w afgańskich posterunkach. Porucznik tłumaczy: - Sprawdzaliśmy, jak policjanci działają, jaki mają sprzęt, czy zgłaszany przez nich stan broni zgadza się z faktycznym. Szkoliliśmy ich w taktyce, w zabezpieczaniu miejsc wypadków, w udzielaniu pierwszej pomocy, w afgańskim systemie prawnym. Gdy instruktorzy szli na zajęcia, grupa ochrony rozstawiała się na budynkach i pilnowała, by mieli spokój. Z bazy wyjeżdżaliśmy kilka razy w tygodniu.

"Medyk" na wagę złota

Jeździł z nimi "Medyk". Tak nazwali Marcina Knapa. Do Qarabagh dotarł w Boże Narodzenie. Został przydzielony do tej samej sekcji, w której był "Pasta". Długo na niego czekali. Brakowało im ratownika medycznego i na wyjazdy z bazy musieli go wypożyczać z innych plutonów. Poznałem Marcina jeszcze w Polsce, na lotnisku w podkrakowskich Balicach, skąd startują nasze C-295M. Razem przylecieliśmy do Afganistanu.

Później rozmawialiśmy wielokrotnie. W przerzutowej bazie w Bagram, gdzie mieliśmy czekać na śmigłowiec do Ghazni, zakwaterowano nas w jednym pokoju. Wieczorami wychodziliśmy na werandę na papierosa. Marcin opowiadał o misji w Czadzie, gdzie też był ratownikiem medycznym. Wspominał, że wtedy przeżywał chwile strachu. - Nie jestem żołnierzem. Tu mam pomagać ludziom i nie ryzykować nadmiernie - powiedział w czasie jednej z naszych rozmów.

Jedna z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych baz

Wykwalifikowani ratownicy medyczni są w armii na wagę złota. Niełatwo ich znaleźć. A takim ratownikiem był właśnie "Medyk". Choć nie widziałem go w żadnej akcji, z rozmów wywnioskowałem, że świetnie zna swój fach. Jako ratownik cywilny przez kilka lat jeżdżący w pogotowiu pomagał ludziom na co dzień, miał medyczną wiedzę i praktykę. To odróżniało go od większości ratowników służących w jednostkach, bo ci często nie mają gdzie sprawdzać i doskonalić umiejętności.

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje