Reklama

Naiwni kontra kłamliwi

Żadne inne wydarzenia nie oddają tak dobrze charakteru Amerykanów i Rosjan jak ich pierwsze próby atomowe.

Na szczycie trzydziestometrowej wieży umieszczono kawałki plutonu uformowane w kule. Potem dokonano ich implozji, czego efektem była reakcja jądrowa. Ciężkie jądra atomów plutonu rozpadały się, uwalniając olbrzymie ilości energii i powodując powstanie widowiskowego śmiercionośnego grzyba.

Reklama

Preludium do zimnej wojny

Był 16 lipca 1945 roku. Pierwsza w historii próba atomowa w Los Alamos w Nowym Meksyku zakończyła się sukcesem. Wydana niedawno książka autorstwa Michaela D. Gordina "Truman, Stalin i koniec monopolu atomowego" siłą rzeczy musi rozpoczynać się od tej daty. Kończy się zaś na 29 sierpnia 1949 roku. Wtedy na stepach Kazachstanu sukcesem zakończyła się też próba rosyjska.

Zasadniczą treścią tej publikacji są cztery lata pomiędzy tymi datami: pełne gier, wywiadów, dyplomatycznych intryg i domyślania się intencji przeciwnika. To czasy, w których zawarty pod koniec II wojny światowej sojusz ZSRR ze Stanami Zjednoczonymi rozpada się i zamienia w preludium do zimnej wojny. Wyścig na programy atomowe najdobitniej to pokazywał.

Obojętność i wściekłość

Wszystko zaczęło się od poinformowania Józefa Stalina o atomowej próbie. Miało to miejsce w Poczdamie 24 lipca 1945 roku. W czasie przerwy w obradach prezydent USA Harry Truman podszedł sam, bez tłumacza, do Uncle Joe i powiedział, że Stany Zjednoczone "opracowały bombę najbardziej niszczycielską, jaka kiedykolwiek istniała" oraz że zamierzają jej użyć przeciwko Japonii, jeśli ta się nie podda. Stalin przyjął tę wiadomość tak, jak słucha się prognozy pogody.

Powiedział, że się cieszy i ma nadzieję, iż Amerykanie jednak jej użyją. Truman jeszcze długo nie mógł wyjść z szoku, że taka informacja nie zrobiła na Stalinie żadnego wrażenia, a najtęższe umysły w Ameryce zastanawiały się, czy rosyjski sojusznik tę wiadomość zrozumiał.

Po użyciu nowej broni w Hiroszimie i Nagasaki w sierpniu 1945 roku obojętność zaczęła jednak ustępować miejsca irytacji. Pod koniec roku w Moskwie odczuwano już potężne rozgoryczenie płynące z faktu, że Amerykanie nie podzielili się nową bronią z sojusznikami.

300 bezużytecznych dywizji

Od tego momentu stało się jasne, że Zachód Rosjanom nie ufa. Co więcej, bomba atomowa czyniła 300 dywizji Armii Czerwonej kompletnie bezużytecznymi. To właśnie wtedy u Stalina musiało pojawić się pragnienie zniwelowania tej przewagi, które zaowocowało własnym programem atomowym. Przywódca ZSRR doskonale wiedział, że projekt "Manhattan" (znany mu pod kryptonimem wywiadowczym "Enormoz" - od słowa ogromny) zajął Amerykanom trzy i pół roku.

Wniosek był jeden: trzeba dowiedzieć się wszystkiego o technologii amerykańskiej. W ZSRR byli przecież zdolni inżynierowie i złoża uranu. Potrzeba było tylko szpiegów, którzy dostarczyliby "know-how". To zaś nie stanowiło aż tak dużego problemu. Gdy państwo totalitarne próbuje się czegoś dowiedzieć o kraju demokratycznym, ten drugi zawsze stoi na straconej pozycji.

Wiedza leżała na półkach bibliotek

"Najważniejsze były dane, które można było legalnie zebrać z publikacji stojących spokojnie na półkach biblioteki publicznej", pisze wprost autor książki Michael D. Gordin. Nie dało się bowiem ukryć całego przemysłu związanego z projektem "Manhattan", zakneblować ust wszystkim naukowcom ani powstrzymać dociekliwych dziennikarzy.

Niedługo po Hiroszimie i Nagasaki postanowiono więc, że wiedza o projekcie musi być dostępna, tyle że odpowiednio dawkowana. Najlepszym przykładem był tak zwany raport Smytha (fizyka z Uniwersytetu Princeton), będący oficjalną historią projektu "Manhattan". Napisana językiem technicznym książka stanowiła wyznacznik - swoiste maksimum tego, co można było zdradzić.

Bomba szpiegów

W ZSRR tymczasem kierownikiem programu badań jądrowych Stalin uczynił szefa NKWD Ławrientija Berię. Dzięki pracy szpiegów pełną wersję publikacji Rosjanie mieli już w sierpniu 1945 roku. Przetłumaczone wydanie ukazało się na początku następnego roku w 30 tysiącach egzemplarzy nakładem... Wydawnictwa Transportu Kolejowego.

Niepozorna książeczka za 5 rubli miała przekonać zachodnich szpicli, że ostatnią rzeczą, jaką interesują się Rosjanie, jest jakaś tam bomba atomowa. Tak naprawdę pozycja ta była jednak podręcznikiem dla radzieckich naukowców. Raport Smytha nie mówił im oczywiście wszystkiego, ale uświadamiał przynajmniej, czym jest budowa tego rodzaju broni i czego do niej potrzeba. Od tego momentu wszystko było w rękach radzieckiego wywiadu i amerykańskiego kontrwywiadu, który wkrótce z przerażeniem odkrył, jak wielu pracowników Los Alamos przyjmowało pieniądze z Moskwy.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: nkwd | bomba atomowa | prezydent | USA | Amerykanie | wybuchy | Manhattan | Bomba | Los Alamos | 1945 | broń | Rosjanie | ZSRR | Józef Stalin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje