Reklama

„Mrófki” i jego ludzie

Na wąskiej półce skalnej lądowali w nietypowy sposób. Potężny dwuwirnikowy śmigłowiec Chinook z amerykańskiej eskadry działań specjalnych tylko tylną częścią podwozia oparł się o skały i załoga natychmiast otworzyła rampę. Przód maszyny wisiał nad przepaścią. Gdy ostatni komandos zeskoczył z pokładu, śmigłowiec szybko odleciał. Tak zaczęła się jedna z najbardziej spektakularnych akcji w Afganistanie.

Amerykanie obawiali się, że duża maszyna może być łatwym celem. W ten sposób komandosi znaleźli się ponad 3 tys. m n.p.m. Każda z trzech sekcji lądowała na innej półce skalnej i w rejon operacji miała dotrzeć inną drogą. W dole rozpościerał się dystrykt Sar Hauza afgańskiej prowincji Paktika, a gdzieś za górskimi grzbietami znajdowała się baza Sharana, w której stacjonowali.

Reklama

Tuż po wylądowaniu dowódca grupy bojowej o pseudonimie "Mrófki" nawiązał łączność z dowódcami sekcji. Wszystkie wylądowały szczęśliwie. Dwie bojowe, jedna wsparcia, snajperzy oraz kilku policjantów z oddziału specjalnego lokalnej policji  - w sumie około 30 osób było gotowych do akcji. Oficer dał znak do wymarszu.

Akcja rozpoznawcza

W kwietniowy dzień 2013 roku polscy operatorzy z Jednostki Wojskowej Komandosów oraz miejscowi policjanci na prośbę amerykańskich sojuszników znaleźli się w wysokich partiach Hindukuszu. W nocy talibowie zaatakowali posterunek lokalnej policji i zginęło kilku funkcjonariuszy. Po tym starciu rebelianci szybko wycofali się w góry.

Amerykanie wysłali za nimi szturmowe śmigłowce Apache, odnaleźli mały oddział napastników i go ostrzelali. Nie wiedzieli jednak, czy terroryści ponieśli straty. Poproszono wówczas o pomoc Polaków. Komandosi z Task Force 50 XII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie mieli sprawdzić skutki ataku z powietrza.

"Mieliśmy policzyć ewentualnych zabitych, oszacować skutki nalotu i zlikwidować lub ująć pozostałych przy życiu członków grupy terrorystycznej", wspomina dowódca grupy. "Chodziło również o znalezienie bazy rebeliantów i jej zniszczenie. Akcja, chociaż została szybko przygotowana, nie była spacerkiem. Wylądowaliśmy na dużej wysokości, w niedostępnych partiach gór, na zupełnie nieznanym terenie. Za każdym załomem skalnym mógł czaić się snajper, a pod każdym kamieniem na górskiej ścieżce mogła leżeć mina. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że lekko uzbrojeni bojownicy doskonale znają góry, więc mają nad nami przewagę".

Ze zwiadu lotniczego wynikało, że na jednym z grzbietów skalnych znajdowała się maleńka wioska. Prawdopodobnie było to kilka namiotów należących do wędrownego plemienia Kuczi. To mogła być też baza, w której po walce ukrywają się terroryści.

"Po kilkugodzinnej wspinaczce operatorzy z sekcji, do której dołączyłem, zobaczyli namioty. Ostrożnie zbliżyliśmy się do obozowiska. Zaskoczyło nas to, co zobaczyliśmy", wspomina "Mrófki". "Baza rebeliantów była doskonale wyposażona. W namiotach i w ich pobliżu znaleźliśmy magazyny broni i amunicji. Były tam między innymi - oprócz broni indywidualnej, karabinków kbk AK kalibru 7,62 mm, popularnych kałasznikowów - karabiny maszynowe PK, amerykańskie granatniki przeciwpancerne LAW, rosyjskie RPG-7. Rebelianci stworzyli sobie dobre zaplecze logistyczne - znaleźliśmy worki warzyw, nowe mundury, bieliznę. Było też widać, że to miejsce opuścili przed chwilą. Na kuchniach stały bowiem gorące garnki z jedzeniem. Musieliśmy być zatem bardzo ostrożni. Wiedzieliśmy, że w każdej chwili możemy zostać zaatakowani".

Wkrótce po odnalezieniu bazy dowódca polskich komandosów otrzymał wiadomość, że operatorzy innej sekcji, którzy podchodzili na górski grzbiet z przeciwnej strony, znaleźli miejsce ostrzelane przez śmigłowce. Wśród skał leżało siedmiu zabitych terrorystów. Zwłoki były ułożone jedne przy drugich, a obok stały prowizoryczne nosze do transportu. Prawdopodobnie pozostali przy życiu rebelianci uciekli, gdy usłyszeli śmigłowce, i schowali się w jaskiniach w wyższych partiach.

"Zameldowałem do dowództwa, że znaleźliśmy zwłoki rebeliantów. Następnie dokonaliśmy oględzin ciał, cały czas się ubezpieczając. Przeprowadziliśmy tak zwaną biometrykę, czyli zrobiliśmy zabitym zdjęcia i pobraliśmy ich odciski palców. Poza tym w obozowisku zebraliśmy wszelkie dowody przestępczej działalności, dokumenty, środki łączności, czyli wszystko to, co mogło się przydać oficerom wywiadu. W tym celu zrobiliśmy też zdjęcia. Zabraliśmy ze sobą broń, a pozostałe rzeczy, które mogłyby się jeszcze przydać rebeliantom, w tym amunicję wysadziliśmy. Po kilkunastu godzinach wróciliśmy do bazy", wspomina dowódca komandosów.

Chłopak z sąsiedztwa

"Mrófki" ma 34 lata. Sprawia wrażenie spokojnego faceta z sąsiedztwa. Często się uśmiecha. Operatorzy z Lublińca wiedzą jednak, że w czasie akcji bojowych ten uśmiech znika. Wtedy pojawia się maksymalna koncentracja. Mówią, że ich dowódcę cechują olbrzymia odwaga, zmysł precyzyjnego planowania, analityczny umysł i celność oka. On natomiast o swoich chłopakach opowiada z uśmiechem, że to grupa niespotykanie spokojnych zabijaków. Ludzi z silnymi charakterami, którzy są w stanie wykonać nawet najbardziej niebezpieczne zadanie. Właśnie oni dawno temu nadali mu ksywę "Mrófki". Nie "Mrówka", bo to rodzaj żeński, i nie przez "w", aby było oryginalnie.

W Afganistanie "Mrófki" był na dwóch zmianach - VIII i XII. Brał udział w wielu operacjach specjalnych. Szczególnie podczas pierwszego pobytu, gdy stacjonował w bazie Warrior, często dochodziło do kontaktów z przeciwnikiem. Przyznaje, że wówczas większa część akcji, w których brał udział, wiązała się z walką:

"Nigdy nie żałowałem, że zostałem komandosem. Nawet wtedy, gdy bywało bardzo gorąco. Pierwsze pociski gwiżdżące nad głową każdy przeżywa inaczej. Mnie do takich sytuacji przygotowało szkolenie. Gdy ktoś zaczyna strzelać w moim kierunku lub do moich ludzi, nie panikuję, tylko działam instynktownie. Wówczas strach schodzi na dalszy plan, a włączają się nawyki ze szkolenia. Pierwszy raz strzelano do mnie w 2011 roku w miejscowości Purdel, znajdującej się 8 km od bazy Warrior. Doszło tam do intensywnej wymiany ognia. W tej wiosce było sporo rebeliantów. Ze zbocza pobliskiej góry, nazywanej przez nas płetwą wieloryba, bardzo często ostrzeliwali bazę. Postanowiliśmy to ukrócić. Aby ich dopaść, musieliśmy wejść do wioski i tam zdobywać dom po domu. To było bardzo stresujące, bo nie wiedzieliśmy, z którego okna, zza którego rogu wyskoczy nagle bojownik i wygarnie serię. Umysł wtedy pracuje na najwyższych obrotach. Trzeba umiejętnie kierować ludźmi, wzajemnie się ubezpieczać, błyskawicznie reagować, ale z namysłem, aby nie postrzelić kogoś z naszych lub jakiegoś przestraszonego dziecka. Po takim doświadczeniu kontakty ogniowe nie robiły już na mnie takiego wrażenia".

Zawsze na czele

"Mrófki" zaczął służbę wojskową w 2000 roku w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu. Po studiach pierwsze stanowisko dowódcy plutonu piechoty zmotoryzowanej objął w jednostce obrony terytorialnej w Lęborku. Nigdy nie lubił monotonii. Zawsze był żądny przygód, nowych wyzwań. Zgłosił się zatem na selekcję do Lublińca. Po roku jego marzenia się spełniły i został komandosem. Trafił do zespołu bojowego "A", a po trzech latach został dowódcą jednej z grup bojowych.

Gdy jego sekcje wychodziły z bazy na akcje bojowe, zawsze ruszał z nimi, chociaż nie musiał. Czuł, że powinien być ze swoimi ludźmi, bo ponosi za nich odpowiedzialność. Nie wszystkie operacje udawało się przeprowadzić po cichu i wiele z nich kończyło się strzelaniną "na obiekcie". Ku jego zadowoleniu z każdej jednak wszyscy wracali cali i zdrowi. Ze swoimi operatorami zatrzymywał terrorystów z czołówki JPEL (Joint Prioritized Effects List), czyli ludzi najbardziej poszukiwanych przez wojska koalicji, oraz groźnych szefów lokalnych band czy przemytników.

"Pełnię obowiązki na najlepszym stanowisku, jakie mogłem sobie wymarzyć. Chociaż bycie dowódcą wcale nie jest łatwe. Zaufanie podwładnych buduje się jednak szczerością i otwartością. W czasie operacji bojowej na przykład dowódca jest tylko częścią większej całości. Podczas planowania trzeba wysłuchać dowódców sekcji, a nawet każdego z operatorów. Nie można zdecydować o wszystkim samemu, a później powiedzieć »idźcie walczyć, życzę powodzenia«. Trzeba stanąć na czele i powiedzieć »idziemy razem«", przyznaje "Mrófki".

Komandos marzy o tym, aby mógł jak najdłużej dowodzić grupą bojową. Kiedy przyjdzie mu zmienić stanowisko czy awansować, chciałby zostać zastępcą dowódcy zespołu bojowego. Nie myśli o pracy za biurkiem. "Biała taktyka, jak żartobliwie nazywamy pracę sztabowców, nie jest dla mnie. Ja lubię ruch i adrenalinę", mówi na zakończenie.

"Mrófki" prywatnie jest dobrym mężem i ojcem.

Sam się rozgrzesza z długich nieobecności w domu, bo żona Wioletta zna charakter służby. On uwielbia bawić się z dziećmi. Sześcioletni syn Tymon jest dumny, gdy widzi tatę w mundurze. Sonia ma dopiero trzy lata i jest oczkiem w głowie komandosa. Nie do końca rozumie jednak, dlaczego tatusia tak często nie ma w domu... "Mrófki" lubi też chodzić z rodziną po górach. Według niego, polskie są znacznie ładniejsze niż te w Afganistanie. Nie lubi pracować w przydomowym ogródku, ale sprawdza się za to w kuchni. Dużo też czyta, najbardziej interesuje go historia wojskowości.

Bogusław Politowski

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje