Reklama

Modernizacja armii. Sukces czy porażka?

Techniczna modernizacja sił zbrojnych to proces ciągły. Między różnymi programami nie ma jednak znaku równości. Kluczową rolę odgrywają bowiem uderzenia inwestycyjne.

Gdyby się chciało podać przykład naszej najbardziej udanej inwestycji w wojskową technikę, odkąd jesteśmy członkiem NATO, odpowiedź wydaje się oczywista - program samolotu wielozadaniowego, którego efektem jest wzmocnienie polskich arsenałów o 48 sztuk F-16 Block 52+ Jastrząb. Dzięki F-16 siły powietrzne weszły w nową epokę, bo nie tylko zdobyły statek powietrzny nowej generacji, lecz także wdrożyły wiele procedur związanych z jego użyciem w walce, z eksploatacją i logistycznym zabezpieczeniem.

Reklama

To jednak nie wszystko. Tylko ten jeden program jak dotąd uzyskał specjalną ścieżkę finansowania - główne opłaty za sprzęt nie obciążają budżetu MON. Również tylko ten program od początku miał zapewnione poważne wsparcie na polu inwestycji związanych z jego codzienną służbą.

Kilka lat przed pojawieniem się pierwszego Jastrzębia z biało-czerwoną szachownicą w bazach na Krzesinach i w Łasku rozpoczęły się prace związane z ich przebudową. Koszt modernizacji przekroczył, bagatela, miliard złotych. Nie obyło się bez problemów, z których ten najbardziej bolesny dotyczył braku w Polsce właściwej infrastruktury szkoleniowej dla pilotów tak nowoczesnych samolotów, ale - paradoksalnie - ten deficyt wyszedł nam na zdrowie.

Rozszerzone szkolenie w USA uświadamiało na każdym kroku, że jeśli chce się stworzyć nowoczesne zaplecze treningowe, nie wystarczy kupić samolotu klasy LIFT - do tego jest potrzebny cały system. Tak czy inaczej program F-16 okazał się dla naszej armii dużym sukcesem. Jest to jednocześnie modelowy przykład tzw. uderzenia inwestycyjnego, zwanego czasem również kominem inwestycyjnym.

Raz na dekadę

Jak dotychczas doczekaliśmy się raz serii takich uderzeń - ponad dekadę temu, w latach 2002-2003. Wówczas podpisano umowy na trzy wielkie programy: samolotowy, kołowego transportera opancerzonego (KTO) i przeciwpancernego pocisku kierowanego (ppk). Czym charakteryzuje się uderzenie inwestycyjne?

Po pierwsze, kupiony w ten sposób produkt zaspokaja potrzeby danego rodzaju sił zbrojnych, a nawet całej armii, na określony typ sprzętu wojskowego. Dotyczy to całego rodzaju sił, a nie pojedynczych związków taktycznych (pozyskanie w 2001 roku Leopardów 2 tylko dla jednej brygady nie było zatem "kominem", gdyż zarówno wówczas, jak i dziś podstawowym czołgiem pozostaje T-72 i dopiero teraz, wraz z kolejną partią wozów zza zachodniej granicy, zaczyna się to wreszcie zmieniać).

Po drugie, jest to sprzęt nowoczesny, o poszerzonych w stosunku do maszyn poprzednich generacji możliwościach bojowych.

Po trzecie, tego sprzętu jest na tyle dużo, że na poziomie całego rodzaju sił zbrojnych może on zastąpić analogiczne wyposażenie starszej generacji.

Po czwarte, realizacja kontraktu na nową broń ma charakter wieloletni, a w rozwiązaniu idealnym jej produkcja i serwis zostają ulokowane w kraju nabywcy.

Na początku XXI wieku, gdy budżet MON był ponad dwukrotnie mniejszy niż obecnie, pieniędzy nie mogło wystarczyć na zbyt wiele takich programów. Stąd bezprecedensowa "ustawa samolotowa", finansująca program maszyn wielozadaniowych, jak wspomniano, nie tylko przez resort obrony. Do tego doszły programy KTO i ppk Spike. Ten pierwszy miał zagwarantować nowe możliwości kilku brygadom zmechanizowanym, funkcjonującym zgodnie z założeniami reformy wojsk lądowych. Ten drugi - zagwarantować wymianę generacyjną i skok techniczny pododdziałów przeciwpancernych tychże wojsk.

Co równie istotne, koszty "kominów inwestycyjnych" były dla budżetu MON na tyle duże, że właściwie zablokowały na ten okres kolejne tak poważne inwestycje. Dopiero teraz nasza armia znów stoi u progu podobnie wielkich jak wówczas jednorazowych zakupów - mowa oczywiście o programie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz o przetargu na śmigłowce wielozadaniowe.

Można chybić

Uderzenie inwestycyjne jest z punktu widzenia armii najlepszym sposobem na zakupy sprzętu wojskowego, ale nawet ono może być chybione. Niejednoznacznym przykładem jest tu program KTO Rosomak. To jednocześnie sukces i porażka. Sukcesem jest to, że mamy nowoczesny wóz bojowy, a jego produkcję umieszczono w kraju, oraz to, że prognozy o konieczności posiadania tego rodzaju sprzętu okazały się trafne (rosomaki doskonale sprawdziły się w latach 2007-2014 w Afganistanie).

Program KTO nadal jednak kuleje i wciąż nie doczekaliśmy się choćby jednej brygady w pełni wyposażonej w rosomaki, także w wersje specjalistyczne. Nadal też nie wypracowano docelowej koncepcji użycia tych wozów i nie dostosowano do tego struktur i wyposażenia używających ich pododdziałów. Inaczej więc niż w wypadku F-16, a nawet programu Spike, KTO nie został wdrożony w pełni prawidłowo. Przede wszystkim zakup 570 pojazdów (z pierwotnie zamówionych 690) to zdecydowanie za mało, aby móc mówić o powstaniu sprawnego systemu. A tylko taki będzie skuteczny na polu walki.

Sam system to jednak nie tylko określona liczba jednostek sprzętu. To także odpowiednio przeszkoleni ludzie, służący według przemyślanych procedur, to odpowiednio wydajne i pojemne zaplecze, to też właściwie wyposażone oddziały różnego typu, tworzące związek łączący różne rodzaje broni. Tymczasem 12 lat po wyborze rosomaka i dziesięć lat po odbiorze pierwszych wozów nadal tego nie mamy.

Gdzieś między sukcesem jastrzębia (na kompleksową logistykę czy pełną integrację systemów w F-16 też czekaliśmy długo, ale doczekały się one realizacji) a słodko-gorzkim posmakiem wyboru rosomaka znajduje się program Spike. To udana inwestycja, która dała wiele nie tylko naszej armii, lecz także przemysłowi obronnemu. Jednakże i ten "komin inwestycyjny" ujawnił pewien groźny proces. Chodzi o fałszywe przekonanie, że Spike wyczerpał kwestię przeciwpancernych pocisków kierowanych w Wojsku Polskim. Nic bardziej mylnego. Ten model zaspokoił wprawdzie potrzeby użytkownika, czyli wojsk lądowych, ale tylko w pewnej niszy - nie zastąpił przecież ani ppk dla BWP, ani rakiet przeciwpancernych dla śmigłowców.

W efekcie mamy dziś śmigłowce uderzeniowe bez rakiet przeciwpancernych i również bez nich bojowe wozy piechoty, bo radzieckim modelom pokończyły się już resursy eksploatacyjne. Jednocześnie na poziomie drużyny wciąż pozostajemy z archaicznym RPG-7. Choć zatem spike zwiększył możliwości bojowe wyposażonych w nie pododdziałów, to generalnie nasza obrona przeciwpancerna jest dziś w dość dwuznacznej sytuacji.

Należy zaznaczyć - sam zakup sprzętu wojskowego to jeszcze nie sukces. Już na etapie planowania należy określić, czy jednostki mające go otrzymać posiadają chociażby odpowiednie zaplecze - koszary, place ćwiczeń, garaże, hangary. Jeśli nie, już na wstępie są potrzebne odpowiednie decyzje inwestycyjne. Przykładowo: dla F-16 hangary się znalazły, gdy tymczasem dla całej eskadry C-295M musi wystarczyć jeden, nie największy hangar, budynek zaś dla symulatora dopiero będzie stawiany. Z odpowiednim wyprzedzeniem trzeba też planować etaty. Wciąż jeszcze można spotkać się z niedopuszczalną sytuacją, że jednostki otrzymują nowy sprzęt, ale ludzi nie przybywa.

Czasem też modernizacja jest prowadzona nieco na opak. Marynarka wojenna otrzymała nowoczesne pociski przeciwokrętowe NSM, w które wyposażono Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy (NDR). Szkopuł w tym, że aby stworzyć etaty dla NDR, konieczne stało się wycofanie z linii dwóch okrętów rakietowych. Marynarzom dano więc znacznie nowocześniejszą broń, ale równocześnie osadzono ich na lądzie w zdecydowanie defensywnym charakterze.

Obecnie uwagę przyciągają nowe, zapowiadane jednak już od dość dawna, uderzenia inwestycyjne. To mają być kontrakty na miarę programu samolotowego i KTO. Za najważniejsze uznano kupno nowych typów przeciwlotniczych zestawów rakietowych średniego zasięgu (co podkreślono specjalną ustawą) oraz śmigłowców wielozadaniowych (nawet 70 sztuk). To jednak nie wszystko, bo w ich cieniu są realizowane równie ważne, choć nie aż tak kosztowne, projekty - kompleksowa modernizacja marynarki wojennej, rozbita jednakże na wiele niezależnych programów, modernizacja artylerii, programy nowych wozów bojowych.

Czekając na Wisłę

Najwięcej emocji i zainteresowania budzi jednak przeciwlotniczy zestaw rakietowy średniego zasięgu Wisła oraz wiropłaty, ostatnio już nie tylko te wielozadaniowe, lecz także dodatkowo uderzeniowe (kryptonim "Kruk"). To świetnie, że MON chce kupić aż tak dużo śmigłowców, bo tylko w ten sposób będzie możliwe uczynienie z nich efektywnego narzędzia dla całych sił zbrojnych. Podobnie z zestawami przeciwlotniczymi - nie tylko zresztą średniego zasięgu, bo w kolejce czeka wspomagający Wisłę system krótkiego zasięgu Narew - jeśli zostaną kupione w zapowiadanej liczbie, staną się właśnie kolejnymi uderzeniami inwestycyjnymi.

Ważne, aby uczyć się na błędach i mieć świadomość, że nawet gdy się ma pieniądze, trzeba je umieć właściwie wydać. Wszystkie oferowane w ramach tych przetargów lub ogłoszeń produkty są nowoczesne i - bez względu na to, jaki model zostanie wybrany - będą stanowić istotne wzmocnienie polskich arsenałów, ale pod pewnymi warunkami, które nierozerwalnie wiążą się z sukcesem lub kłopotami każdej takiej inwestycji.

Od początku pozyskanie określonego modelu broni trzeba bowiem planować pod kątem wydajności systemu obrony państwa, a zatem włączyć w planowanie szerokie grono specjalistów z różnych dziedzin, począwszy od strategów, przez księgowych, na kadrowcach kończąc. Konieczne jest zaangażowanie przemysłu krajowego w ramach polonizacji danego produktu (co się zresztą dzieje, i choć nie wiadomo, jaki system przeciwlotniczych zestawów rakietowych średniego zasięgu wybierzemy, to w ramach Narodowego Centrum Badań i Rozwoju - NCBiR - na prace nad towarzyszącymi mu radarami już zaplanowaliśmy w rodzimych firmach wydanie 300 mln zł; wiadomo też, że nowe śmigłowce będą produkowane w Polsce).

W kalkulacjach kosztów należy też od razu uwzględnić, ile pieniędzy trzeba będzie wydać na infrastrukturę, w której zostanie umieszczony nowy sprzęt, opracować tabele należności, rozwinąć etaty, zadbać o napływ specjalistów, wymienność kadry itp. Takie hasła mogą się wydawać oczywistością, ale tak nie jest - to wciąż postulatywny kierunek do osiągnięcia profesjonalności.

Od czasu pierwszych "kominów inwestycyjnych" poczyniono olbrzymi postęp i zawierane w ostatnim czasie kontrakty pokazują, że uczymy się na błędach. Niemniej jednak im większa inwestycja, tym większa skala wyzwań. Niedoszacowanie inwestycji może później srodze się zemścić. Należy jednak mieć nadzieję, że druga fala uderzeń inwestycyjnych okaże się sukcesem nie mniejszym niż dekadę temu F-16 Jastrząb, już bez potknięć, jak w przypadku rosomaka.

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje