Reklama

Jazz w przestworzach

Jest inteligentny, sprytny i szybki. Ma dopiero cztery lata, a już teraz budzi respekt.

Rozpostarte szeroko skrzydła Jazza, sokoła wędrownego, robią wrażenie. Zwykle wystarcza, że pojawi się w powietrzu i zamanifestuje swoją obecność. Wówczas reszta ptactwa, która może zagrozić bezpieczeństwu lotów, ucieka w popłochu. Jaki jest Jazz? "To po prostu fajny gość", mówi jego opiekun, Przemysław Dembek, sokolnik z Powidza.

Hobby i praca

Reklama

Swoją przygodę z sokołami pan Przemysław rozpoczął w szkole średniej. Wówczas jako jeden z dodatkowych kierunków nauki wybrał sokolnictwo. W drugiej klasie technikum dostał do układania - bo ptaki się układa, a nie tresuje - swojego pierwszego sokoła. Z zawodowym ich wykorzystaniem zetknął się kilka lat później, kiedy po maturze wyjechał do Kanady. Trafił na liczącą 90 hektarów plantację borówek amerykańskich. Uprawom zagrażały tysiące żerujących ptaków. "Dostałem pod opiekę jeszcze niezupełnie ułożone sokoły. Z ich pomocą miałem odstraszać szpaki", opowiada. "Sadownicy próbowali wcześniej innych metod, ale efektów nie było. Sokoły okazały się niezastąpione".

Praca w Kanadzie nauczyła go praktycznego podejścia do sokolnictwa, postanowił więc, że po powrocie do kraju kupi swojego pierwszego sokoła. Jazz przyjechał do Polski z czeskiej hodowli cztery lata temu. Pan Przemek opowiada o nim z uśmiechem: "Ma charakterek i jest niezwykle inteligentny. Bywa zmienny: czasami uległy, czasami agresywny".

Po skończonych studiach leśniczych Przemysław Dembek szukał pracy w zawodzie. Był już wówczas dyplomowanym myśliwym i sokolnikiem z uprawnieniami - nadanymi przez ministra środowiska - do łowienia zwierzyny z użyciem ptaków. Pan Przemek i Jazz znaleźli zatrudnienie w firmie świadczącej usługi sokolnicze polegające na płoszeniu ptactwa. Na co dzień pracują w 33 Bazie Lotnictwa Transportowego w Powidzu. Nad tutejszym lotniskiem poza Jazzem latają jeszcze trzy inne sokoły. Ich układaniem od dziewięciu miesięcy zajmuje się pan Przemek.

Maszyna kontra pióra

Zderzenia ptaków z samolotami są zwykle dla tych pierwszych tragiczne. Jednak niewielki ptak może także poważnie zagrozić statkom powietrznym. Skutki takiej kolizji bywają różne, zależą od wielkości ptaka lub ptaków i prędkości samolotu. Zniszczenia w większości przypadków dotyczą silnika, skrzydeł lub przedniej części kadłuba. Nierzadko dochodzi do uszkodzeń poszycia, stłuczenia reflektorów i pęknięcia szyb.

Z ptakami zderzył się już pionier lotnictwa Orville Wright - w czasie lotu pokazowego w 1905 roku na wysokości 4 metrów wpadł w ich stado. Pierwszy śmiertelny wypadek miał miejsce siedem lat później w Stanach Zjednoczonych po zderzeniu samolotu z mewą. Niestety mimo rozwoju techniki ptaki stanowią takie samo zagrożenie dla samolotów dzisiaj, jak sto lat temu. Większość to drobne wypadki, ale zdarzają się i takie jak ten z 2010 roku, kiedy Airbus A-320 wpadł w stado bernikli kanadyjskich. Zniszczeniu uległy oba silniki i maszyna awaryjnie lądowała na rzece Hudson. Inny przykład, z tego roku - w lecącego na wysokości 300 metrów nad Morzem Wschodniochińskim Bombardiera DHC8-315 uderzył albatros, przez co wybił w kadłubie metrową dziurę.

Do kolizji z ptakami dochodzi najczęściej w trakcie startów i lądowań lub przelotów na małych wysokościach (300-500 metrów). Zagrożenie dotyczy również samolotów wojskowych, które latają nie tylko nisko, lecz także z dużą prędkością, przez co kontakt samolotu z ptakiem może prowadzić do poważniejszych uszkodzeń. Podpułkownik Artur Goławski, rzecznik prasowy dowódcy Sił Powietrznych, podaje, że w 2011 roku w SP odnotowano 31 przypadków zderzeń z ptakami: 29 z samolotami i dwa ze śmigłowcami.

Jak opowiada pułkownik Andrzej Górnicki, zastępca dowódcy 33 Bazy Lotnictwa Transportowego w Powidzu, w sierpniu ubiegłego roku jeden z samolotów C-295M z 8 Bazy Lotnictwa Transportowego w Krakowie wpadł na ptaka w czasie przelotu do Powidza. Uszkodzone zostało poszycie, a samolot trafił na długo do remontu. Oficer przywołuje także sytuację z lat osiemdziesiątych, kiedy Su-20 zderzył się z bocianem. "Zerwało owiewkę i rozbita została gruba pancerna szyba. Pilot wylądował, ale niestety bardzo pokiereszowany". 

Karnal i adresówka

Sokolnik pracuje codziennie od wschodu do zachodu słońca. Odpocząć może, gdy zdarzają się dłuższe przerwy w lotach, albo gdy temperatura jest za wysoka, aby puszczać ptaki. Momentów odpoczynku w Powidzu nie ma jednak zbyt wiele. Kapitan Włodzimierz Baran, rzecznik 3 Skrzydła Lotnictwa Transportowego, mówi, że w 2011 roku na powidzkim lotnisku wykonano ponad 11 tysięcy operacji lotniczych, czyli około 32 dziennie.

Jazz ma na głowie kapturek zakrywający oczy, tak zwany karnal. Przy nodze przyczepione są dzwoneczek, adresówka i nadajnik telemetryczny, który pozwala na odnalezienie ptaka, gdyby odleciał zbyt daleko. Włączając nadajnik, pan Przemek wspomina pewne grudniowe popołudnie, kiedy niewiele zabrakło, by stracił swojego wiernego pomocnika. "Puściłem Jazza, a on po kilku chwilach odleciał z wiatrem i straciłem go z oczu. Szukałem, ale nadajnik nie pokazywał żadnego sygnału. Po kilku godzinach, zrezygnowany, wróciłem do bazy. Okazało się, że sokół siedział na wieży. Baterie w nadajniku się wyczerpały, ale mądry i dobrze ułożony ptak potrafił wrócić sam".

Zanim Jazz wyruszy w poszukiwaniu ptasich intruzów na lotnisku (gawronów, wron, mew, czajek, kruków i szpaków), sokolnik odwiedza biuro odpraw załóg, by potwierdzić informacje o planowanych lotach. Zwykle objeżdża lotnisko co dwie godziny, pojawia się także we wskazanych przez kontrolerów lub obsługę lotniska miejscach. Dziennie pokonuje średnio 100 kilometrów. Ptaki pracują maksymalnie do trzech godzin na dobę. Na następny obchód wraz z sokolnikiem jedzie kolejny z czterech drapieżników.

Jazz siedzi na rękawicy swojego pana. Jest spokojny, cierpliwy. Sokolnik delikatnie zdejmuje mu z głowy karnal. Nie padają żadne komendy i polecenia. Sokół wie, co ma robić. Dostał sygnał: leć. Szybko wzbija się w powietrze. Krąży nad płytą lotniska na wysokości 100-150 metrów. Pan Przemek go obserwuje.

W przewieszonej przez ramię torbie ma urządzenie do radiolokacji, jedzenie dla Jazza, lornetki i pistolet hukowy, w razie gdyby tuż przed startem lub lądowaniem trzeba było szybko rozpędzić ptaki. Kiedy znad lotniska znikają niepożądani goście, Jazz posłusznie wraca na sygnał gwizdka. Za pracę dostaje nagrodę - mięso.

"To między innymi właściwa dieta sprawia, że ptaki współpracują z ludźmi", wyjaśnia Marcin Szymczak, sokolnik z Krzesin i jednocześnie właściciel firmy sokolniczej Ptasior. "Ptak dostaje ilość pokarmu dostosowaną do jego wagi. Nie za mało, bo musi mieć siłę, ale też nie za dużo, bo gdy będzie najedzony, nie zechce latać". Sokół wędrowny o masie nieprzekraczającej 600 gramów zjada około 100 gramów mięsa dziennie. 

Pocisk powietrze-powietrze

Dzięki temu, że sokoły są dobrze karmione, nie polują. Ich zadaniem jest płoszenie innych ptaków. Do tego celu wystarczy zwykle sylwetka drapieżnika w powietrzu. "On ma przestraszyć, nie polować. Ale jeśli już rzuci się w pogoń za innym ptakiem, to szanse ma tylko w powietrzu. Na ziemi nie jest już dobrym łowcą. To taki typowy pocisk powietrze-powietrze", porównuje Marcin Szymczak. W sokolnictwie wykorzystywane są sokoły wędrowne, rarogi, jastrzębie europejskie i jastrzębie Harrisa.

Obowiązkiem sokolnika jest nie tylko kontrolowanie terenu lotniska (w Powidzu około 1200 hektarów). Wyszukuje też ptasie gniazda w okolicy, zbiera informacje dotyczące gospodarki rolnej prowadzonej w promieniu 2-3 kilometrów od lotniska, monitoruje dobową aktywność ptaków, informuje dowództwo bazy o ich migracjach, sporządza raporty ornitologiczne. "Rejon Wielkopolski obfituje w różnego rodzaju ptactwo. To swego rodzaju korytarz. Poza tym lotnisko znajduje się między polami a dużym jeziorem, niedaleko jest też wysypisko śmieci, czyli są to miejsca, gdzie ptaków jest najwięcej", wyjaśnia Przemysław Dembek. "Na polach żerują, na wodzie śpią, a na lotnisku, jak na wielkiej łące, zatrzymują na odpoczynek".

Marcin Szymczak od kilku lat uczestniczy w programie bezpieczeństwa lotów na lotnisku w Krzesinach. W Poznaniu i Powidzu prowadzi szkolenia dla kontrolerów, pilotów i personelu obsługi naziemnej lotniska związane z kolizjami statków powietrznych i ptaków. "To autorski pomysł, wynikający z doświadczenia, które zdobyłem w pracy. Program ochrony lotnisk opracowywałem na podstawie praktyki - walki z ptakami stanowiącymi zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów".

Lotnisko w podpoznańskich Krzesinach jako pierwsze z wojskowych skorzystało z usług sokolnika. W jego ślady poszły wszystkie wojskowe lotniska, z wyjątkiem 12 Komendy Lotniska w Mirosławcu. "Przez dziesięć lat w Krzesinach były tylko dwa poważniejsze zdarzenia lotnicze z udziałem ptaków", dodaje Marcin Szymczak. "Nie liczę drobnych i niegroźnych kolizji z jaskółkami i skowronkami. Cieszę się, że do tego problemu zaczęto w wojsku podchodzić poważnie".

Aby utrzymać ptaki daleko od samolotów, lotniska wykorzystują różne metody.    

Najczęściej są to armatki hukowe i maszyny imitujące dźwięki wydawane przez drapieżniki. Lotniska korzystają także z oślepiających świateł, atrap zwierząt i broni. Ptaki są również płoszone przez myśliwych. Podobno holenderskie samoloty wojskowe korzystają także z radaru ROBIN (Radar Observation of Bird Intensity), który wykrywa ruchy ptaków i ostrzega pilotów o strefach niebezpiecznych. Aby zwiększyć bezpieczeństwo lotów, korzysta się zwykle z kilku systemów jednocześnie.

Magdalena Kowalska-Sendek

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: lotnictwo | baza lotnicza | powidz | C-130 | Hercules | desant | Sokół

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje