Reklama

Historia żołnierza... niedźwiedzia

Historię niedźwiedzia służącego w armii gen. Władysława Andersa opowiadano na wielu kontynentach, wszędzie tam, gdzie polscy żołnierze trafili po II wojnie światowej, a więc w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii.

Opowieści o szeregowym misiu Wojtku były tak niesamowite, że niewielu dawało wiarę autentyczności tej historii, przypisując jej autorom fantazję i bujną wyobraźnię. Trudno było sobie wyobrazić dwumetrowego niedźwiedzia ważącego 250 kg służącego w wojsku. A jednak...

Niedźwiedź na uwięzi

Reklama

W krakowskim mieszkaniu prof. dr. hab. Wojciecha Narębskiego pamiątki z wojny zajmują zaszczytne miejsce. W swoim prywatnym domowym muzeum zgromadził książki, wspomnienia, dokumenty, fotografie, emblematy i ryngrafy. Prawdziwa kopalnia wiedzy o II Korpusie gen. Władysława Andersa. Ten filigranowy emerytowany profesor geochemii i petrologii jest jednym z trzech żyjących w Krakowie żołnierzy walczących w maju 1944 roku pod Monte Casino.

Mimo 86. lat ciągle jest sprawny fizycznie i intelektualnie. Codziennie wiele godzin spędza przy komputerze. Bez Internetu nie wyobraża sobie życia. Regularnie uczestniczy we wszystkich przedsięwzięciach 2. Korpusu Zmechanizowanego; od święta korpusu po spotkanie opłatkowe i wielkanocne. W 2009 roku w 65. rocznicę bitwy o Monte Casino był członkiem delegacji polskich kombatantów biorących udział w uroczystościach z tej okazji we Włoszech. Najbardziej jednak pielęgnuje historię swojego pododdziału, czyli 22 kompanii zaopatrywania artylerii. To z tą kompanią przeszedł szlak bojowy.

- W kompanii było dwóch Wojtków. Ja, czyli ten mały Wojtek, oraz duży Wojtek - niedźwiedź - prof. Narębski zaczyna swoją opowieść. - jeżeli ktoś przyjechał do rejonu naszego zakwaterowania i spytał o Wojtka, to w odpowiedzi usłyszał: o którego Wojtka pytasz, dużego czy małego? Gdy obejmowałem obowiązki w kompanii, najpierw musiałem się zameldować u dowódcy, majora Chełkowskiego. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem przed namiotem dowódcy brunatnego niedźwiedzia na uwięzi. To był ten wielki Wojtek. Szeregowy Wojtek- niedźwiedź żołnierz w służbie II Korpusu Polskiego na żołdzie jego Królewskiej Mości króla Jerzego VI.

Mały Wojtek idzie na wojnę

Rodzina Narębskich mieszkała w Wilnie. Ojciec był profesorem Uniwersytetu Wileńskiego i miejskim architektem, specjalistą od architektury wnętrz. Gdy wybuchła wojna Wojciech miał 14 lat. Dziewiętnastego września Rosjanie zajęli Wilno. Ojciec stracił pracę i zatrudnił się w antykwariacie, natomiast syn zaczął konspirować w "Związku Młodych Polaków" w sekcji wydawniczej, która kolportowała gazetkę "Za naszą i waszą wolność".

W kwietniu 1941 całą jego grupę aresztowało NKWD. Wojtek znalazł się w więzieniu Łokiszki w Wilnie. Siedział do czerwca 1941 roku, do wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Następnie wywieziono go do miasta Gorki. Kiedy na podstawie paktu Sikorski-Majski zaczęto zwalniać z więzień i obozów Polaków, szesnastoletni Narębski wyszedł na wolność. Pod Kirowem spotkał kilku przedwojennych polskich podoficerów zawodowych. Dzięki nim trafił do wojska. Miał pecha, bo od razu zachorował. Trzy miesiące w sowieckim szpitalu walczył z biegunką. Leczono go sokiem z marchwi.

Jesienią 1941 zameldował się w 9. Dywizji Piechoty, która akurat ewakuowała się z Turkiestanu przez Morze Kaspijskie do Persji, następnie do Palestyny. Początkowo przydzielono go do 3. Dywizji Strzelców Karpackich, do szkoły podoficerskiej. Miesięcy więzienia w ciężkich warunkach nie można było wymazać z pamięci i z organizmu. Znowu zachorował. Tym razem było to zapalenie opłucnej z wysiękiem. Kolejne tygodnie spędził w szpitalu. O powrocie do linii mógł zapomnieć. Dla niego służba w piechocie była już historią. Skierowano go do 2. kompanii transportowej z kategorią "c". W listopadzie 1942 roku dotarł do Gederu w Palestynie, gdzie stacjonowały polskie pododdziały, i zameldował się u dowódcy majora Chełkowksiego, celem objęcia swoich obowiązków. Obok namiotu leżał brunatny niedźwiedź na uwięzi.

Szeregowy Wojtek-miś

O niedźwiedziu służącym w polskim wojsku ukazało się setki publikacji. Jego historię tworzyli często autorzy, którzy lubili dać upust własnej fantazji, przypisując zwierzęciu niezwykłe umiejętności i prawie ludzkie cechy.

Brunatny Niedźwiadek, nazwany później Wojtkiem, urodził się w górach Hamadan w Iranie na początku 1942 roku. Myśliwi zastrzeli jego matkę. Misia sierotę znalazł perski chłopiec. Schował go do plecaka i zabrał do wioski, by sprzedać na miejscowym bazarze.

Akurat tamtędy przejeżdżali polscy uchodźcy. Jednej z młodych Polek, Irenie Bonkiewicz, spodobał się niedźwiedzi maluszek. Towarzyszący jej polski oficer bez wahania spełnił jej życzenie. W ten oto sposób zwierzak został maskotką polskiej grupy udającej się do Teheranu.

W obozie polskich uchodźców niedźwiadek już taki sympatyczny i grzeczny nie był. Zdecydowano wtedy, że trzeba się go pozbyć. Irena Bonkiewicz i jej koleżanki uznały, że misia dadzą w prezencie dowódcy 5 dywizji gen. Borucie-Spiechowiczowi, który wówczas stacjonował w Teheranie i był znany z tego, że lubił zwierzęta. Ale i w nowym otoczeniu niedźwiadek dał się poznać jako psotnik. Potrafił w kasynie rozbić kilkadziesiąt jajek przygotowanych na śniadanie dla oficerów, stłukł dwa telefony i wszędzie go było pełno. Generał nie miał wątpliwości. Uciążliwego misia odda wojsku.

Na pierwszą linię nie mógł go wysłać. Pozostało więc zaplecze. Tak oto przyszły niedźwiedzi bohater armii gen. Andersa trafił do 2. kompanii transportowej przemianowanej później na 22. kompanię zaopatrywania artylerii.

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: polscy żołnierze | żołnierze | historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje