Reklama

Ekstremalne szkolenia. Zostają jedynie najsilniejsi

Najtrudniejsze, najniebezpieczniejsze, najbardziej wyczerpujące… O wojskowych kursach krążą legendy. Wymoczki nie mają tu czego szukać, a przetrwają tylko nieliczni.

Robaki i korzonki serwowane na śniadanie, mordercze treningi od rana do nocy i instruktor, który największego twardziela zrówna z ziemią? Zastawianie pułapek w dżungli i pokonywanie lodowców? A może tysiące stron opracowań, które trzeba przeczytać od deski do deski w ciągu jednej nocy? Szkolenia, w których uczestniczą głównie żołnierze sił specjalnych, są dla nich niemałym wyzwaniem. "Szerokim łukiem omijamy kursy, na których niczego nowego nie możemy się nauczyć", mówią polscy komandosi.

Przedsionek piekła

Reklama

Georgia, południowo-wschodnia część USA. Fort Benning. To właśnie tam stacjonuje Szkolna Brygada Rangersów (Ranger Training Brigade), kuźnia amerykańskiej lekkiej piechoty. Polacy na kursy do Fort Benning wyjeżdżają od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Odbywają tam szkolenia "pathfindera" (zwiadowcy), skoczka i instruktora spadochronowego. Pierwszym Polakiem, który ukończył ten kurs, był major Krzysztof Wójcik z jednostki GROM.

Charakterystyczną czarno-złotą naszywkę z napisem "Ranger", świadczącą o przejściu szkolenia, noszą dziś na ramieniu przeważnie komandosi, spadochroniarze z 6 Brygady Powietrznodesantowej i kawalerzyści z 25 Brygady Kawalerii Powietrznej. Od momentu powstania jednostki specjalnej AGAT, których żołnierzy nazywa się polskimi rangersami, to właśnie najczęściej oni kierowani są na takie szkolenia do Stanów.

Naukę w Fort Benning ma za sobą również podpułkownik Maciej Klisz. Trafił tam w 2001 roku, jeszcze jako żołnierz 6 Brygady Desantowo-Szturmowej. Obecnie służy w Dowództwie Wojsk Specjalnych w Krakowie jako zastępca szefa oddziału operacji specjalnych. Już na samym początku szkolenia przekonał się, że nie będzie łatwo.

- Wszyscy rekruci zostali pozbawieni stopni wojskowych - wspomina podpułkownik Klisz. - Każdy był tylko numerem. Kursanci musieli też ogolić głowy na łyso. - Dla mnie to był jeden z najgorszych momentów. Wiedziałem, że to celowe działanie instruktorów. Chcieli nas stłamsić.

Niemal każdego dnia jakiś żołnierz rezygnował ze szkolenia, a niektórych wyrzucano. Tak było w wypadku oficera greckiego. Gdy w drugim dniu kursu instruktorzy kazali mu posprzątać śmieci z trawnika, obruszył się i odmówił. Twierdził, że to poniżej jego godności. "Odpadasz", usłyszał. Tego samego dnia spakował się, by wrócić do domu.

Kurs trwał 63 dni. Od samego początku uczestnicy zostali podzieleni na pary, żeby stworzyć tak zwany buddy system. Instruktorzy obserwowali umiejętność pracy w zespole i zdolność budowania pozytywnych relacji między żołnierzami. Partnerzy byli za siebie odpowiedzialni i zawsze musieli działać razem. Pary dobierane były niestandardowo - oficer i szeregowy, trzydziesto- i dwudziestolatek.

- Mój partner był ode mnie 11 lat młodszy. Miał lepszą kondycję i zupełnie inną wydolność organizmu - twierdzi podpułkownik Maciej Klisz. - "Buddy system" miał jednak też dobre strony - we dwóch łatwiej jest działać i trudniej na przykład zgubić się w lesie.

Szkolenie rangersów zostało podzielone na trzy etapy. Każdy trwał niespełna trzy tygodnie. Pierwsza część kursu do złudzenia przypomina selekcję do jednostek specjalnych.

- Nurkowanie w mundurach, pływanie w pełnym oporządzeniu i rozbieranie się z niego pod wodą, skoki do wody z dużej wysokości - wspomina podpułkownik. Oprócz tego zajęcia z nawigacji dziennej i nocnej, wielokilometrowe marsze i różne testy wytrzymałościowe.

Maksymalnemu wysiłkowi fizycznemu na tym szkoleniu towarzyszy głód. Przez pewien czas kursanci otrzymywali jedną suchą rację dziennie albo nic nie dostawali. Z amerykańskich "esek" mogli korzystać tylko na komendę instruktora. Bez gotowania i podgrzewania.

- Człowiek głupieje z głodu. Zrobi wszystko, żeby coś zjeść - opowiada oficer i dodaje: - Pewnego dnia zobaczyliśmy, że nie są opróżnione kosze na śmieci. Rzuciliśmy się na resztki jedzenia.

Podczas drugiego etapu, tym razem w górach, działali w czteroosobowych zespołach. Mało spali, przygotowywali zasadzki, prowadzili rozpoznanie, uczyli się dowodzenia. Przez tydzień nie mogli ani na chwilę zmrużyć oka, przez co niemal dostawali obłędu.

- Na własne oczy widziałem, jak ludzie rozmawiali z drzewami. To wynik ekstremalnego zmęczenia - mówią rangersi.

Jeśli ktoś nie zaliczył zadania, był eliminowany z dalszego szkolenia. Jeżeli problemy nie wiązały się z dyscypliną, to kursant mógł wrócić do poprzedniej fazy szkolenia. Odczekiwał trzy tygodnie na następną grupę rekrutów i rozpoczynał naukę od początku. Żeby się nie nudzić, pracował w stołówce, sprzątał, mył latryny.

Trzecia część kursu, finalna, odbywa się na Florydzie. Żołnierze zaczynają od skoku ze spadochronem - desantują się w pełnym umundurowaniu z zasobnikiem z wysokości około 250 metrów. Muszą mieć przy sobie wszystko, co będzie im potrzebne w dżungli. Trzytygodniowy pobyt na odludziu rekruci zaczynają od zdobycia podstawowych umiejętności, które pozwolą im... przeżyć. Instruktorzy pokazują, jak poruszać się w lesie, i tłumaczą, które zwierzęta są niebezpieczne. Żołnierze muszą wiedzieć, gdzie czyha niebezpieczeństwo. Dlaczego? Jeśli ukąsi cię jakiś owad, ugryzie zwierzę, skręcisz kostkę, plącząc się w dzikiej roślinności, masz jedynie 72 godziny na powrót do sprawności. Inaczej - odpadasz.

Do domu wracają po operacji na Santa Rosa. Z piaszczystej plaży wyspy zabierają ich śmigłowce. Ostatni skok na spadochronach wykonują już w Forcie Benning.

Być jak Brandon Webb

Kurs Rangers czasami jest porównywany do selekcji do Navy SEALs. Opisuje ją Brandon Webb w swojej książce "Czerwony krąg". Były instruktor snajperów tej elitarnej jednostki opowiada o każdej z trzech faz sprawdzianu. Pierwsza nazywana jest piekielnym tygodniem, ale według niego nie jest to wcale najtrudniejsza część selekcji. Webb mówi o instruktorach jak o potworach:

- Uważają się za strażników bram, mających za zadanie karać i powodować ból. Są najbardziej przerażającymi, najpodlejszymi, najbrzydszymi i najodporniejszymi facetami, jakich kiedykolwiek spotkasz.

Nie unikają poniżania kandydatów, męczą ich psychicznie i fizycznie. Instruktor snajperów wspomina, że robienie pompek, przysiadów, podciąganie się na drążku trwało w nieskończoność.

- Czasami już nawet nie potrafiłem powiedzieć, jakie ćwiczenie mam wykonywać.

Ani męczące ćwiczenia na lądzie, ani długie przebywanie w wodzie nie były jednak dla kursantów takim problemem jak sprawdziany psychiczne.

- Nigdy nie wiedzieliśmy, co instruktorzy każą nam zrobić w następnej kolejności - pozwalali zasnąć po trzech dniach bez snu i budzili po 15 minutach. Poza tym zredukowali jedzenie do minimum. - Najgorsze były biegi po wyżerkę. Z wielkimi pontonami na głowach biegaliśmy całymi kilometrami nie tylko po plaży, zabieraliśmy je dosłownie wszędzie. (...) Kiedy nadchodziła pora posiłku, gnali nas do stołówki i kazali biegać z pontonami wokół niewielkiego budynku, pozwalając jeść tylko kilku załogom naraz. W końcu przychodziła nasza kolej. Szybko kładliśmy łódź na ziemi, wpadaliśmy do stołówki, pakowaliśmy jedzenie do ust i wybiegaliśmy.

Pierwszą fazę szkolenia przeszło siedemdziesięciu kursantów. Wystartowało dwustu dwudziestu.

Drugi etap selekcji do sealsów to faza nurkowa. I chociaż instruktorzy zaczynają wtedy traktować kursantów z większym szacunkiem, to wcale nie jest łatwiej. Zwiększają się wymagania, zmniejszają limity czasowe, w których trzeba się zmieścić. Kandydatom oprócz treningów zaserwowano potężne dawki wiedzy w nietypowej sali wykładowej.

- Były w niej wiadra z lodowatą wodą (które musieliśmy ciągle napełniać), umieszczone na stojakach nad naszymi głowami. Jeśli ktoś zaczynał przysypiać na zajęciach, instruktor mógł pociągnąć za sznurek i lodowata woda zalewała cały stolik.

Uczestnicy kursu byli sprawdzani ze swoich "wodnych" umiejętności. Najtrudniejszy egzamin czekał na nich pod koniec drugiej fazy. Polegał na przepłynięciu 5,5 mili morskiej na otwartym oceanie. W tej konkurencji nie było limitu czasu.

Płynęli w parach i mogli liczyć tylko na siebie. Wiał wiatr, ocean był wzburzony. Niektórzy byli tak zmęczeni, że mieli halucynacje. Tracili orientację, płynęli zygzakiem, wypadali z niezbędnego w takim wypadku rytmu. Partner Webba był tak słaby, że nie dawał rady ruszać rękami. Brandon musiał go holować.

- Płynąłem całą tę cholerną milę, wlokąc go ze sobą. Myślałem, że ona nigdy się nie skończy. Kiedy wreszcie dotarliśmy do mety, wyciągnąłem go na brzeg i czułem, że zaraz umrę.

Ostatnia faza trwała dziesięć tygodni i była sprawdzianem z podstawowych umiejętności żołnierskich. Wszyscy liczyli, że będzie najłatwiejsza. Nic podobnego. Skrajne wyczerpanie fizyczne i zmęczenie psychiczne dawały o sobie znać. Trudno było o koncentrację i logiczne myślenie. A właśnie te umiejętności są potrzebne na przykład w górach.

- Punktem kulminacyjnym stały się indywidualne ćwiczenia z nawigacji lądowej, które wyglądały jak wyścig - wspomina Webb. - Było strasznie zimno, a na ziemi leżał śnieg. Spaliśmy bardzo mało.

Instruktorzy nie odpuszczali, budzili kandydatów w środku nocy, kazali im robić pompki w śniegu i biegać. Kiedy złapali kogoś na próbie zdrzemnięcia się, stosowali kary.

- Przez trzydzieści minut kazał mi chodzić na czworakach po śniegu w górę i w dół zbocza. Każde źle wykonane zadanie łączyło się z torturami, na przykład czterogodzinnym siedzeniem w lodowatej wodzie.

Kurs skończyło tylko dwudziestu paru śmiałków.

- Czuliśmy, że nie ma takiej rzeczy, której nie możemy osiągnąć - wspomina Brandon Webb.

Ostatni raz w Gujanie

Instruktorom z Navy SEALs nie ustępują opiekunowie z kursu w Gujanie Francuskiej. Ich celem jest upodlić i zniszczyć każdego żołnierza, złamać nawet największych twardzieli. Zmęczonym do granic możliwości, czołgającym się w błocie żołnierzom szepczą do ucha: "Zrezygnuj. Jedź do domu, odpocznij, wyśpij się".

Polscy komandosi brali udział w szkoleniu w Gujanie Francuskiej, ale na kolejne edycje kursu najprawdopodobniej nie pojadą. Dlaczego? Ich zdaniem, główny cel szkolenia, czyli pozyskanie informacji o tym środowisku, już został osiągnięty. Sama forma szkolenia w tamtejszej dżungli, właściwa bardziej dla lekkiej piechoty niż sił specjalnych, nie daje im nowych umiejętności. A po to, żeby dostać w kość od instruktorów, nie muszą jechać na drugi koniec świata. Z treningów w dżungli jednak nie rezygnują. Kilkanaście miesięcy temu polscy specjalsi nawiązali współpracę z komandosami z Indii. W tamtejszej dżungli żołnierze nie tylko poznają klimat, lecz także nauczą się, jak walczyć w tak odmiennym od europejskiego środowisku.

Jesienią 2011 roku po raz pierwszy w historii polscy operatorzy z Jednostki Wojskowej Komandosów wzięli udział w dwustronnym ćwiczeniu w tropikalnej dżungli. Szkolenie zorganizowano w Counter Insurgency and Jungle Warfare School.

- Nasz wyjazd do Indii był korzystny dla obu stron - przyznaje pułkownik Wiesław Kukuła, dowódca Jednostki Wojskowej Komandosów. - My od Hindusów usłyszeliśmy o działaniach w dżungli, a oni od nas o doświadczeniach ze służby w Afganistanie i o tym, jak według nowoczesnych standardów prowadzić operacje specjalne. W Jungle Warfare School koncentrują się na szkoleniu indywidualnym żołnierzy, metodycznie ucząc ich przetrwania w dżungli. My do tego dołączyliśmy umiejętność planowania i prowadzenia wspólnej operacji.

W Indiach nie było wrzeszczących instruktorów, poniżania żołnierzy i szydzenia ze słabszych.

- To kompletnie inny model szkolenia - mówią komandosi. - Miarą tego typu kursów nie jest liczba wyrzuconych z niego słuchaczy, ale stopień przygotowania absolwenta. Zdecydowanie trudnej jest nauczyć czegoś żołnierza, niż go zgnoić. Niestety nie wszyscy dostrzegają tę subtelną różnicę.

Aklimatyzacja była bardzo krótka.

- Ruszyliśmy w dżunglę niemal z marszu. To było celowe. Chcieliśmy zobaczyć, jak my, Europejczycy, poradzimy sobie w tropikach bez uprzedniego przygotowania - mówi "Student" z JWK. Zgodnie z przewidywaniami już po tygodniu niektórzy z Polaków cierpieli na problemy żołądkowe. A jak się szkolili? - Działaliśmy w polsko-indyjskich parach. Spokojnie, metodycznie, krok po kroku, uczyliśmy się wszystkiego. Podczas pieszych patroli - nawigacji w dżungli, budowania pułapek, sposobu bytowania, ubezpieczania posterunków, poznawaliśmy zwyczaje i zachowania mieszkańców - opowiada "Student".

W lesie działali w dzień i w nocy. Musieli uważać głównie na małe węże, które w ciemności można było wziąć za lianę.

- To było wartościowe szkolenie. Jest nam potrzebna wiedza, a po zwykły trening mięśniowy nie musimy wyjeżdżać poza garnizon - podsumowuje dowódca JWK. Prawdopodobnie w przyszłym roku komandosi z Indii przyjadą na podobny kurs do Europy.

Pan życia i śmierci

Mount Shasta w paśmie Sierra Nevada w Kalifornii ma ponad 4000 metrów. Na kurs dla liderów w Mountain Warfare Training Center w Bridgeport trafiają najlepsi wojskowi specjaliści od wspinaczki. Zaliczyło go między innymi kilku Polaków. Szkolenie nie jest proste, a dla Amerykanów dodatkowe utrudnienie stanowi to, że jeśli któryś z nich nie zaliczy kursu, żegna się ze służbą wojskową.

Szkolenie liderów górskich odbywa się dwa razy w roku: zimą i latem. Zimą śmiałkowie ćwiczą bytowanie i przetrwanie w niskich temperaturach, latem - wspinaczkę górską. Żołnierze, którzy chcieli wziąć udział w kursie, musieli podpisać dokumenty, że robią to na własne ryzyko. Gdyby doszło do jakiegoś wypadku, nie przysługiwałoby im żadne dodatkowe odszkodowanie.

Polscy komandosi szybko zorientowali się, że amerykańscy instruktorzy mogą zrobić wszystko.

- Nazywaliśmy ich panami życia i śmierci -opowiada oficer z DWS. - To oni decydowali o tym, kto ukończy kurs. Odpadali nawet najbardziej doświadczeni żołnierze, uczestnicy kilku misji.

Zajęcia odbywały się przez niespełna trzy miesiące po kilkanaście godzin dziennie. Zaraz po pobudce, o piątej rano, żołnierze biegali lub maszerowali przez dwie godziny. Na plecach dźwigali 30-, 40-kilogramowe wyposażenie. Po marszu nie mieli chwili wytchnienia. Od razu szli na zajęcia teoretyczne, między innymi z meteorologii i glacjologii. Podręcznik, który musieli zawsze nosić przy sobie, liczył 600 stron. Nauczyciele pokazywali, jak robić węzły, budować systemy linowe. Ułożenie lin demonstrowali tylko raz. Nie zapamiętałeś, nie zrozumiałeś? Twój problem! Następnego dnia trzeba było zdać z tego egzamin. Jeśli ktoś nie opanował materiału, żegnał się z kursem. By sprostać wymaganiom, żołnierze uczyli się po nocach, a na stołówkę i do toalety chodzili z kawałkiem liny - bo każda okazja do ćwiczeń była dobra.

Zwieńczeniem szkolenia było wejście na lodowiec. Kursanci dźwigali raki, uprzęże, kaski i latarki. Musieli racjonalnie rozkładać siły, bo na takiej wysokości trudno było oddychać. Temperatura wahała się od minus 15 stopni w nocy do plus 40 w dzień. Żołnierze wspinali się po zmroku, bo w dzień, kiedy promienie słońca rozpuszczają lód, było zbyt niebezpiecznie. Musieli uważać na szczeliny w lodzie i nietrwałe mosty śnieżne. Dokładnie zabezpieczali się linami, żeby zminimalizować ryzyko.

- Wiązaliśmy się linami w czteroosobowe zespoły - mówi oficer z DWS. - To dawało szansę, że jeśli ktoś się poślizgnie, to któryś z kolegów pomoże mu wyhamować. W przeciwnym razie cała czwórka mogłaby stracić życie. 

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje