Reklama

Do krwi ostatniej

Najbardziej nieugiętych żołnierzy antykomunistycznego podziemia Służba Bezpieczeństwa wyłapywała jeszcze w latach sześćdziesiątych.

Wydarzenia 1956 roku wzbudziły wśród Polaków nadzieję na demokratyzację życia. 12 marca zmarł w Moskwie prezydent Bolesław Bierut. Półtora miesiąca później (27 kwietnia) władze ogłosiły czwartą w historii PRL amnestię dla więźniów. Na wolność wyszła większość żołnierzy podziemia antykomunistycznego, którym udało się przeżyć w ubeckich kazamatach.

Reklama

Instynkt komendanta

Z politycznej odwilży skorzystała ostatnia istniejąca lokalna struktura podziemna - Komenda Powiatu Bielsk Podlaski Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NZW), dowodzona przez podporucznika Zachariasza Tarnowskiego (pseudonimy "Kochanowski", "Słowian"). 12 listopada 1956 roku grupa żołnierzy NZW stawiła się w Prokuraturze Generalnej w Warszawie, gdzie złożyła broń.

To, że Komenda Powiatu przetrwała tak długo w konspiracji, było zasługą Tarnowskiego. Gdy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego przeprowadzało zapoczątkowaną w 1948 roku, zakrojoną na ogromną skalę międzynarodową operację "Cezary", która miała na celu kompromitację emigracji polskiej na Zachodzie oraz zniszczenie ostatnich struktur podziemia w kraju, do "Kochanowskiego" i jego ludzi dotarł tajemniczy człowiek. Podawał się za emisariusza V Komendy Wolności i Niezawisłości (WiN), który szukał kontaktów z działającymi jeszcze w tym rejonie strukturami podziemia i obiecywał przerzut na zachód Europy. Tarnowski wyczuł prowokację, zerwał wszelki kontakt z emisariuszem, którym okazał się były oficer NZW zwerbowany przez UB do operacji "Cezary".

"Kocioł" przygotowany przez SB

Żołnierze z Pogotowia Akcji Specjalnej (PAS) Komendy Powiatu Bielsk Podlaski na rozkaz komendanta zlikwidowali agenta i poinformowali o prowokacji bezpieki dowódcę VI Brygady Wileńskiej kapitana Kazimierza Kamieńskiego ("Huzara"), którego żołnierze również działali w okolicy.

Niestety, on w to nie uwierzył i gdy dotarli do niego inni rzekomi wysłannicy Komendy WiN, spełnił ich polecenia. Wyjechał ze swoimi ludźmi do Warszawy, gdzie wpadł w przygotowany przez SB "kocioł". W 1953 roku w wyniku pokazowego procesu Kamieński i jego podkomendni zostali skazani na kary śmierci i straceni. "Kochanowskiemu" zaś i jego ludziom udało się przetrwać najgorszy okres stalinizmu i nie ponieść odpowiedzialności w chwili ujawnienia w 1956 roku.

Kontakty z Zachodem

Do oddziału PAS NZW Okręgu Rzeszów dowodzonego przez Adama Kusza (pseudonim "Garbaty", "Adam") bezpiece udało się wprowadzić aż dwóch agentów. Dysponowali oni radiostacją, podawali się za łączników utrzymujących kontakt z Wojskiem Polskim na Zachodzie. W rzeczywistości naprowadzali oddziały UB - Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego na miejsca postoju partyzantów. Po pewnym czasie obaj radiotelegrafiści zostali rozszyfrowani i zlikwidowani. Niestety, zbyt późno.

Dzięki ich informacjom oddział Kusza został okrążony w Lasach Janowskich. Partyzanci podjęli próbę przebicia się przez kordon funkcjonariuszy UB. Wśród nielicznych, którym to się udało, byli Michał Krupa (pseudonim "Wierzba") i Andrzej Kiszka ("Dąb"). Obaj ukrywali się od 19 sierpnia 1950 roku. Nie skorzystali z amnestii 1956 roku. Pomagali im chłopi - byli członkowie siatki terenowej NZW.

Osaczeni

Po wielu latach poszukiwań Służbie Bezpieczeństwa udało się w końcu ustalić miejsce, w którym ukrywał się Michał Krupa. 11 lutego 1959 roku funkcjonariusze SB i MO otoczyli gospodarstwo we wsi Kulna koło Leżajska. Dowódca operacji zaczął nawoływać Krupę, by ten wyszedł na zewnątrz i poddał się, bo w przeciwnym razie podpalą chałupę. Partyzant spełnił żądania, wiedząc, że szanse na przebicie są nikłe i że w domu znajduje się rodzina z dwojgiem małych dzieci.

Znaleziono przy nim pistolet maszynowy PPSza, 350 sztuk amunicji, dwa niemieckie granaty i pistolet Vis. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał go za pospolitego bandytę i skazał na 15 lat więzienia. Po kolejnej amnestii Krupa wyszedł na wolność w 1965 roku. Zmarł siedem lat później.

Bohater uważany za bandytę

Jego kolega z oddziału Andrzej Kiszka ukrywał się w specjalnie przygotowanym bunkrze w lesie. Miejscowa ludność dostarczała mu żywność. Ale i on został w końcu namierzony za sprawą konfidentów. 30 grudnia 1961 roku milicjanci po odkopaniu warstwy śniegu znaleźli właz do świetnie zamaskowanego bunkra koło wsi Huta Podgórna. Zdesperowany partyzant, wiedząc, że nie ma najmniejszych szans, oddał się w ręce SB.

Wyrokiem Sądu Okręgowego w Lublinie został uznany za bandytę i skazany na dożywocie (prokurator domagał się kary śmierci). Następnie Sąd Najwyższy zmniejszył karę do 15 lat więzienia. Na wolność wyszedł w 1971 roku. W grudniu 1998 roku Sąd Wojewódzki w Lublinie oddalił po trwającej pięć lat rozprawie jego wniosek o unieważnienie wyroku z 1962 roku. Jest to tym bardziej niedorzeczne, że Kiszka został przez władze III RP odznaczony Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego, Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Armii Krajowej, a 1 sierpnia 2007 roku otrzymał z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Cena honoru

Wśród ostatnich partyzantów byli też i tacy, którzy nie dopuszczali myśli o procesie i uwięzieniu. Woleli umrzeć, niż dać się złapać. Wierzyli w rychły wybuch III wojny światowej i koniec rządów komuny w Polsce. Mowa o podporuczniku Stanisławie Marchewce (pseudonim "Ryba") i sierżancie Józefie Franczaku (pseudonim "Laluś").

Marchewka, żołnierz Września, od 1940 roku działał w konspiracji na ziemi łomżyńskiej. Był uczestnikiem prowadzonej przez AK akcji "Burza" i dowódcą oddziału szturmującego więzienie UB w Grajewie w nocy z 8 na 9 maja 1945 roku. Ujawnił się w czasie amnestii dwa lata później, po czym zamieszkał w Łodzi, gdzie wiódł normalne życie. Tam odnalazła go bezpieka, której był potrzebny do namierzenia swojego wieloletniego dowódcy majora Jana Tabortowskiego (pseudonim "Bruzda"). Poszukiwany oficer był wieloletnim dowódcą i przyjacielem Marchewki.

"Ryba" dobił przyjaciela na rozkaz

"Ryba" dostał od UB ultimatum: albo dotrze do Taborowskiego i wskaże miejsce jego pobytu, albo czeka go długoletni pobyt za kratami. Marchewka dla niepoznaki przyjął warunki UB i późną jesienią 1952 roku nawiązał kontakt z grupą "Bruzdy". Natychmiast wyjawił majorowi plan bezpieki i dołączył do grupy Tabortowskiego. Wybierając lojalność wobec przełożonego, podpisał na siebie wyrok śmierci.

Gdy w sierpniu 1954 roku podczas jednej z akcji ranny został major "Bruzda", "Ryba" dobił przyjaciela (na jego rozkaz) i przejął dowództwo oddziału. Grupa przeprowadzała sporadyczne wypady rekwizycyjne. W tym samym czasie UB w Łomży starał się pozyskać agentów z najbliższego otoczenia partyzantów. Udało się dotrzeć do siostry jednego z podwładnych "Ryby" i nawiązać kontakt z Tadeuszem Wysockim (pseudonim "Zegar"), który w zamian za nietykalność obiecał wydać swojego dowódcę.

W nocy z 3 na 4 marca 1957 roku "Zegar" i Wacław Dąbrowski ("Tygrys") opuścili bunkier w zabudowaniach Apolinarego Grabowskiego we wsi Jeziorko pod Łomżą, gdzie przebywał Marchewka. Wtedy do akcji wkroczyli żołnierze bezpieki. Szukali wejścia do bunkra, gdy nagle we włazie pojawił się "Ryba" i otworzył ogień do funkcjonariuszy. Niestety, pistolet Parabellum zaciął się i Stanisław Marchewka zginął po nierównej walce. Wewnątrz bunkra odnaleziono pokaźny arsenał, między innymi czeski rkm, karabiny maszynowe produkcji niemieckiej i radzieckiej, liczne pistolety i granaty. Ostatni walczący oficer Armii Krajowej 20 sierpnia 2009 roku został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Operacja "Pożar"

Życiorys ostatniego ukrywającego się z bronią w ręku żołnierza podziemia antykomunistycznego sierżanta Józefa Franczaka zasługuje na ekranizację. Był absolwentem Szkoły Podoficerskiej Żandarmerii w Grudziądzu, uczestniczył w walkach z Sowietami w 1939 roku, należał do Związku Walki Zbrojnej AK i WiN. Po dezercji z ludowego Wojska Polskiego od 1946 roku służył w oddziale kapitana Zdzisława Brońskiego ("Uskoka").

Nosił pseudonim "Laluś", który nadano mu, gdyż zawsze dbał o wygląd. Uczestniczył w kilkudziesięciu akcjach zbrojnych, likwidował agentów bezpieki. Za każdym razem udawało mu się zmylić trop ścigających go milicjantów, funkcjonariuszy UB i żołnierzy LWP.

Gdy na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych struktury podziemia na Lubelszczyźnie przestały działać, a w lesie pozostały tylko małe grupki lub poszczególni partyzanci, Franczak był już żywą legendą wśród miejscowej ludności i zmorą dla władzy ludowej. Prokuratura gromadziła na niego materiały. A było tego dużo - kilkanaście wykonanych wyroków śmierci na zdrajcach i agentach, wiele spektakularnych akcji wymierzonych w "utrwalaczy władzy ludowej", liczne strzelaniny i ucieczki.

SB nie próżnowała

W 1951 roku bezpieka rozpoczęła operację "Pożar", która miała na celu schwytanie lub zabicie Franczaka. Ten jednak wciąż nie dawał się złapać. Po 1953 roku ukrywał się już samotnie u zaprzyjaźnionych gospodarzy i u rodziny. Gdy w 1956 roku władze PRL ogłosiły amnestię, poważnie rozważał wyjście z lasu i ujawnienie się. Udał się wówczas do jednego z lubelskich adwokatów z prośbą o radę. Godził się na ujawnienie, jeżeli dostanie w wyroku maksymalnie 15 lat więzienia. Mecenas odparł, że z taką kartoteką, tyloma zarzutami i taką legendą klient może spodziewać się tylko dożywocia, o ile wcześniej nie zginie "w niewyjaśnionych okolicznościach".

Franczak uznał wtedy, że dekonspiracja nie ma sensu. Ukrywał się, zmieniając często miejsca pobytu. W pewnym momencie chciał sformalizować swój wieloletni związek z Danutą Mazur (z którego w 1958 roku urodził się syn Marek), lecz okoliczni księża odmawiali mu sakramentu z obawy przed esbecką prowokacją. Coraz bardziej lękał się o los osób dających mu schronienie. Tymczasem Służba Bezpieczeństwa nie próżnowała, zakładała podsłuchy w chałupach, werbowała kolejnych agentów.

Pośmiertnie odznaczony

"Laluś" wciąż jednak był nieuchwytny i co jakiś czas przypominał o sobie, a to porywając ambulans pocztowy, a to wdając się w strzelaninę z milicjantami. Za każdym razem wymykał się niezauważony, często zmieniał wygląd (zdarzało mu się przebierać za kobietę). Na początku 1963 roku SB odniosła sukces, werbując osobę z najbliższego otoczenia sierżanta. Agentem został kuzyn jego ukochanej, który otrzymał pseudonym operacyjny "Michał". Od tej pory SB czekała tylko na dogodną okazję, by dopaść "bandytę".

20 października 1963 roku "Michał" doniósł, że widział Franczaka jadącego na motorze należącym do Wacława Becia. Dzień później grupa SB - ZOMO otoczyła gospodarstwo we wsi Majdan oddalonej o 21 kilometrów od Lublina. Gdy funkcjonariusze zbliżyli się do zabudowań Becia, wyszedł z nich Franczak, udając rolnika zmierzającego na pole. Esbecy nie dali się zwieść i ruszyli w pościg. Wywiązała się strzelanina, w której poległ ostatni żołnierz antykomunistycznego podziemia. Zwłoki bohatera zabrano, a jego rodzina przez 20 lat nie znała miejsca pochówku. Synowi Markowi dopiero w III RP pozwolono nosić nazwisko ojca. W 2008 roku sierżant Franczak został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Jakub Nawrocki

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje