Reklama

Ciała zostawiali w rowach...

Nieoczekiwanie odwiedził Polskę. Więzień filii Hartmannsdorf w dzisiejszym Miłoszowie koło Leśnej. Człowiek, który jadł liście dębu, które zdaniem jego oprawców należały do lepszego menu...

Gdy Aneta Małek z Muzeum Gross-Rosen w Wałbrzychu podała nazwisko, zacząłem szukać na zachowanych listach. Było warto...

Reklama

Łapanka na bazarze

Wśród 399 więźniów, którzy w miesięcznym, wyniszczającym marszu śmierci, między lutym a marcem 1945 roku dotarli z Hartmannsdorfu do Buchenwaldu, Albert Albertowicz Pawłowicz figurował na drugiej kartce, w połowie listy.

W 1942 roku pochodzący z Mińska Rosjanin Pawłowicz miał 16 lat. Trafił do Kurska, gdzie uczył się zawodu. Pewnego dnia, na przełomie kwietnia i maja, jak zawsze wybrał się na miejscowy bazar. Z niego do domu już nie powrócił.

Esesmani, policjanci otoczyli bazar - zorganizowano obławę. Łapanka. Potem była stacja kolejowa, towarowe wagony, które po kilku dniach zatrzymały się aż w Hamburgu. Tu trafił do galwanizerni w zakładach zbrojeniowych, gdzie produkowano pociski. Pamięta, że zakłady nazywały się Oxenzoll, a ich komendantem był niejaki Pulger.

Warszawa była okrążona...

Robota była ciężka, po 12 godzin. Mieszkał w jednym z obozowych baraków silnie strzeżonych przez policję. Po dwóch latach kontaktów z majstrem - Niemcem, znał już na tyle niemiecki, że zaplanował ucieczkę.

Wtajemniczył w swój plan Iwana Dołbina, Ukraińca. Mieli jakieś dokumenty, do 40 kilometrów od Hamburga były ważne, więc pierwsze kilometry nie stanowiły problemu. Potem pamięta kolejne przesiadki na kolejowych dworcach: Magdeburg, Berlin. Skierowali się na wschód. Do Warszawy nie dotarli, bo miasto, w którym akurat wybuchło Powstanie, było okrążone.

Pojęcia nie mieli, gdzie, i że tak blisko na wschód od Warszawy znajduje się front. Słyszeli nieco, że na południu Europy działają jugosłowiańscy partyzanci. Młodzieńcza fantazja podpowiedziała kolejny kierunek ucieczki - na południe. Szczęścia wystarczyło zaledwie do Bautzen. Tam ich ujęto. Były psy, kontrola, bicie, rozpruwanie ubrań, kajdanki. Po dwóch godzinach przejęło ich gestapo. I znów to samo, rano, wieczór - bicie. Do jedzenia ledwie kawa i chleb. Nie pamięta ile dni to trwało.

Obóz o złowieszczej nazwie

W Bautzen zagoniono ich na dworzec kolejowy. Dzień i noc jazdy, na stojąco, w wagonie towarowym. Gdy wysadzili ich w końcu, zobaczył ludzi kopiących na polu ziemniaki. Obliczył sobie, że musi być początek września.

Zaprowadzono ich do obozu o złowieszczej nazwie Gross-Rosen. Za drutami miał miejsce w baraku naprzeciw krematorium i obozowy numer 46263. Kawa, chleb, brukiew, czasem jakiś kartofel.

Przez miesiąc w przeciwieństwie do Iwana nie pracował. Iwana już później w Gross-Rosen nie widział, wie tylko, że dostał się do obozu karnego, Straflagru. Zapamiętał, że w obozie była duża umieralność. Kto zachorował, od razu trafiał na rewir. Rzadko powracał do poprzedniego baraku.

Któregoś dnia zajechały na plac dwie ciężarówki. W każdej po czterech esesmanów gotowych do strzału. Znalazł się wśród wyczytanych do wyjazdu. Nie wiedział dokąd jedzie.

Od roboty zależało życie

Po kilku godzinach wysiadł z ciężarówki. Był w Hartmannsdorfie. Gdy tu przybył, stały już trzy baraki. On trafił do drugiego. Z tego obozu zapamiętał sztubowego, bo któregoś dnia rozbił mu nos. Nazywał się Stecki i był Polakiem. Lagerältestrem był Niemiec, Heflig, kryminalista. Nosił na pasiaku zielony trójkąt. Miał na imię Willi. Łatwo było zapamiętać, bo w obozie było trzech znaczących ludzi o tym imieniu - Lagerführer, Lagerältester i nadzorca obozu z ramienia Luftwaffe, chodzący w lotniczym mundurze.

Sto metrów od obozu znajdowała się fabryka, tkalnia. Na jej części ustawiono park maszynowy do obróbki mechanicznej. W jednej chwili kazano mu być frezerem. Choć to nie to samo co galwanizer, szybko nauczył się tej roboty, bo od niej zależało, czy będzie żył.

Pracował po 12 godzin, przeważnie na jedną zmianę. Trafiała się zupa owocowa, kasza, fasola, czasem jedna brukiew na czterech więźniów. To były "rarytasy" w porównaniu z tym, co jadł w Rogoźnicy.

Liście dębu do jedzenia

W Hartmannsdorfie wykonywał detale do rakiet. Pilnowali ich niemieccy majstrowie, cywile. W lutym usłyszał zbliżający się front. Kilka dni to trwało. Nie miał pojęcia, że pod Lubaniem, zaledwie 12 km stąd, trwają zaciekłe walki. Wtedy postanowiono ewakuować obóz.

Na nogi zrobił sobie "buty". Zwykłe deski z góry obłożone brezentem. Gdy wyruszyli, leżało 5-10 cm świeżego śniegu. Dwa dni przed opuszczeniem obozu Hartmannsdorf więźniów "lepiej" zaczęto karmić. W obozowym menu pojawiły się... liście dębu, których nie dało rady przełknąć.

Odkrywca

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: kara więzienia | menu | muzeum | 1945 | wschód | buchenwald | marsz | Rowy | więźniowie | gross

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje