Reklama

Byłem egzekutorem

Z Janem Bohdanem Chmielewskim o działaniu grup egzekucyjnych Armii Krajowej i partyzantce w Puszczy Augustowskiej rozmawia Andrzej Wróblewski.

POLSKA ZBROJNA: Głośno było ostatnio o wydanych pośmiertnie wspomnieniach Stefana Dąmbskiego, który w wieku szesnastu lat zaczął wykonywać wyroki śmierci w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego i który z upływem czasu zaczął w tym znajdować swoistą przyjemność. Czy Pan, również wtedy szesnastolatek i żołnierz AK, spotykał się z podobnymi wynaturzeniami?

Reklama

- Ze wspomnień Dąmbskiego rzeczywiście powiało grozą. Pytanie, jak bardzo są one podkoloryzowane? Czy ich autor chciał odbrązowić Armię Krajową, czy może na swoim przykładzie opowiedzieć bez ogródek o tym, co z człowiekiem może zrobić wojna? Tego już się nie dowiemy - jego intencje pozostaną w sferze domysłów. Nie ulega jednak wątpliwości, że skala tego typu wynaturzeń, którym sprzyja przecież każda wojna, zależała od wielu elementów: od nastawienia miejscowej ludności, od sposobu działania okupanta, a także od morale partyzantów i postawy ich dowódców.

Dąmbski tak opisuje jednego ze swych kolegów: "Gdy tylko zobaczył Ukraińców, oczy wychodziły mu na wierzch (...) i robił wrażenie człowieka, który dostał obłędu. (...) Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła, aż krew tryskała po ścianach...".

- U nas, na Grodzieńszczyźnie i w Puszczy Augustowskiej, takie rzeczy były nie do pomyślenia, bo nie istniały aż takie animozje narodowościowe. Również stosunek do okupanta - czy to sowieckiego, czy niemieckiego - nie był wcale jednoznacznie nienawistny. Byłem świadkiem wielu zdarzeń, które mnie, młodemu wtedy chłopakowi, mogły namieszać w głowie. Widziałem upadek i ucieczkę polskiego wojska, a zaraz potem radość jednych i przerażenie drugich, gdy wchodziła Armia Czerwona. Widziałem ten entuzjazm, gdy po wywózkach na Sybir przyszła, niemal jak wyzwolicielka, armia niemiecka. Minęły kolejne trzy lata i znowu zobaczyłem radość, gdy pojawili się Rosjanie. Nie życzę nikomu, żeby w tak krótkim czasie i w tak młodym wieku musiał się rozeznawać, kto z kim i dlaczego przestaje.

Jaki był stosunek ludności do polskiego podziemia i partyzantów?

- Wbrew wielu przekonaniom niekoniecznie zależał od narodowości. Duże znaczenie miało pochodzenie społeczne. Polski patriotyzm kwitł głównie na dworach i wśród miejskiej inteligencji, zwłaszcza tej grodzieńskiej, natomiast wieś była nastawiona obojętnie lub niechętnie, ale na pewno nie wrogo. Innymi słowy, zawsze ten kawał kiełbasy dostawaliśmy - nie musieliśmy go brać siłą, tak jak to bywało na kresach południowych. I już sam ten fakt powodował, że wojna partyzancka nie miała aż tak brutalnego oblicza. Oczywiście, gdy trafiał się Polak, który administrował jakimś niemieckim majątkiem i nie chciał się podzielić swoimi zapasami, to dostawał po gębie i następnym razem już sam z siebie oferował jakieś jadło. Ale nikomu nie przychodziło do głowy, żeby go za tego typu kolaborację z Niemcami karać śmiercią.

- Mało tego, nawet gdy robiliśmy najazdy na majątki czy leśniczówki prowadzone przez Niemców, to stawialiśmy ich pod ścianę, zabieraliśmy broń i żywność, ale żadnej krzywdy im nie robiliśmy. Pamiętam nawet, jak któregoś dnia, dobrze uzbrojeni, wyposażeni w granaty, zasadziliśmy się na niemiecki transport, który zaopatrywał posterunki żandarmerii. Starannie przygotowana zasadzka, a tu nagle okazuje się, że za całą ochronę tego transportu robi dwóch niemieckich żandarmów, starszych panów, którzy nie mieliby z nami żadnych szans. No i po prostu ręce nam opadły. Zeszliśmy ze zbocza wąwozu, wzięliśmy co należało, a oni nawet nie próbowali się bronić.

Zabawa w partyzantkę?

- No, może nie aż tak, choć zdarzały się i zabawne rzeczy - oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia. Pamiętam, jak pojechałem kiedyś do Grodna i pochwaliłem się tam jednemu z kolegów, że współpracuję z partyzantką. Dwa tygodnie później - a mieszkałem wtedy w u ciotki w Dąbrówce, na południowym skraju Puszczy Augustowskiej - przyszedł list, wysłany normalnie wtedy działającą pocztą, w którym tenże kolega pisał, że chciałby wstąpić do partyzantki i liczy na to, że mu w tym pomogę. Aż nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby otworzył go jakiś niemiecki policjant. Ogólnie jednak rzecz biorąc, nie przeprowadzaliśmy żadnych spektakularnych akcji. Z wojskowego punktu widzenia Puszcza Augustowska leżała jakby odłogiem. Nie było tam żadnych szlaków kolejowych, żadnego przemysłu czy nawet magazynów. Nasza działalność polegała głównie na zdobywaniu broni, a nawet nie tyle broni, co amunicji.

W jakich okolicznościach wstąpił Pan do partyzantki? Czy motywem była chęć przeżycia jakiejś przygody?

- To pewnie też, ale właściwie nie miałem innego wyjścia. Jesienią 1943 roku przyszedł do naszej chaty sołtys i powiedział, że musi wyznaczyć kontyngent młodych ludzi, którzy wyjadą na roboty do Niemiec. Decyzja była krótka. Znałem wiele osób z partyzantki, więc nie miałem problemu z nawiązaniem z nimi kontaktu, i już zimę z 1943 na 1944 rok spędziłem w lesie. To było zgrupowanie Mikaszówka-Brożany. Kwatera w głębokiej puszczy, pośród bagien, tak że nieraz sami mieliśmy trudności, żeby do niej trafić. Warunki były tam straszne: ziemianki przykryte darnią, po jednej stronie prycze, po drugiej stronie prycze, tu dwunastu chłopa i tu dwunastu chłopa. Nie było gdzie się umyć. I jeszcze ten straszliwy odór samogonu i machorki. Nie powiem, żeby była tam tak zwana fala, ale pojawienie się takiego gówniarza stało się okazją do kpin i zaczepek. A pasowaniem na mężczyznę było oczywiście wypicie tego obrzydliwego samogonu i zapalenie śmierdzącej machorki.

Rozprężenie? Brak dyscypliny?

- Trzeba zważyć, jacy ludzie wstępowali tam do partyzantki. To nie byli kryształowi patrioci, którzy kierowali się wyłącznie ideowymi motywami. Większość stanowili osobnicy, których do lasu zagnały jakieś kłopoty: ten nielegalnie ubił świnię, tamten musiał się ukrywać, a jeszcze innego podejrzewano o szaber. Jako Polakom trudno było im odmówić udziału w partyzantce. Dostawali broń i stawali się użyteczni.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: 1944 | broń | wyrok | wojsko | wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje