Reklama

Amerykańska pajęczyna ze stali

Amerykańskie bazy wojskowe niczym pajęcza sieć oplatają cały glob. Wojska Stanów Zjednoczonych są wszędzie tam, gdzie potęga musi pilnować swoich interesów.

Od drugiej połowy XIX wieku zagraniczne bazy wojskowe sprzyjały wzrostowi amerykańskiej potęgi i zapewniały Stanom Zjednoczonym dominację na arenie międzynarodowej. Po upadku żelaznej kurtyny stały się symbolem mocarstwowości USA. Dziś zmienia się ich charakter, ale nadal setki amerykańskich baz na całym świecie, w których stacjonują tysiące żołnierzy, zapewniają USA znaczący wpływ na politykę globalną.

Reklama

- Amerykanie rozmieszczają je tam, gdzie mają konkretne interesy - tłumaczy prof. Bolesław Balcerowicz z Zakładu Studiów Strategicznych Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Na pytanie, czy Polska ma szansę na taką bazę, profesor odpowiada, że musi zostać spełniony pewien warunek: zagrożenia dla naszego kraju muszą równać się zagrożeniom dla NATO oraz dla interesów USA.

Teoria z wykładu

Według Departamentu Obrony USA, baza to personel wojskowy i sprzęt rozmieszczone w strategicznym miejscu poza granicami kraju, które umożliwiają szybką reakcję w razie kryzysu. Inna definicja mówi, że baza to miejsce, z którego mogą być prowadzone operacje wojskowe, lub terytorium, na którym znajdują się instalacje zapewniające wsparcie logistyczne w tych działaniach.

Na wykładach prof. Balcerowicz tłumaczy studentom, że bazy są także formą pośredniego użycia siły, oddziałują na otoczenie już przez samą swoją obecność militarną, bo odstraszają ewentualnych przeciwników. Pozwalają na prowadzenie stałego rozpoznania potencjalnego wroga. Umożliwiają także zastosowanie wyprzedzającego uderzenia prewencyjnego, co ma szczególne znaczenie w wypadku nieobliczalnego państwa, takiego jak Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Bazy mają różne znaczenie: polityczne, ekonomiczne (z bazy często żyje cała okolica), strategiczne (zwiększają możliwości sprawnego przeprowadzenia operacji wojskowej) oraz prestiżowe (są atrybutem mocarstwowości). Służą umacnianiu potęgi państwa i zabezpieczaniu własnych interesów. Tyle teoria.

Amerykanie mają obecnie na świecie od 736 do 843 baz w 45 krajach. Statystyki podają różne liczby, bo cienka jest granica między bazą a instalacją. Według niektórych źródeł, tych pierwszych może być nawet 3 tys., jeśli na przykład uwzględnimy kilku żołnierzy rozmieszczonych do ochrony jakiejś ambasady. Waszyngton przyznaje, że dużych baz ma 80. Jak pajęczyna oplatają dziś one cały glob. Amerykańskie wojsko jest zatem obecne na każdym kontynencie z wyjątkiem Antarktydy. W Europie bazy znajdują się w Niemczech i we Włoszech, a instalacje w Rumunii i Bułgarii.

Powierzchnia zamorskich baz wojskowych, nad którymi powiewa flaga amerykańska, wynosi około 120 tys. km2. Na obszarze większym niż niejedno państwo znajduje się kilkaset tysięcy różnych budynków, co czyni z Waszyngtonu największego zarządcę nieruchomości na świecie. Zagraniczne bazy przynoszą ogromne zyski amerykańskiemu przemysłowi cywilnemu - tym gałęziom, które produkują wyposażenie wojskowe dla oddziałów oraz zajmują się zorganizowaniem żołnierzom kwater, wyżywienia, rozrywki i wypoczynku. Całe sektory amerykańskiej gospodarki produkują na potrzeby wojska.

Zmiana kierunku

W latach zimnej wojny w Europie stacjonowało od 200 tys. do 300 tys. amerykańskich żołnierzy. Mieli strzec obywateli zachodnich krajów przed atakiem ze Wschodu i byli przygotowani do prowadzenia wojny konwencjonalnej na pełną skalę. Stopniową redukcję swych sił zbrojnych na Starym Kontynencie Waszyngton rozpoczął po upadku Związku Radzieckiego.

Po ataku terrorystycznym 11 września 2001 roku administracja Busha przyjęła nową koncepcję strategiczną: zagrożeniom należy zapobiegać poprzez zbrojne uderzenia prewencyjne, a jednostki armii Stanów Zjednoczonych mają być gotowe do interwencji we wszystkich zakątkach globu. Z czasem określono obszary stanowiące potencjalne zagrożenie dla interesów USA: rejon Pacyfiku i Bliski Wschód (przykładowo wymieniając Koreę Północną i Iran). Uznano, że właśnie tam Amerykanie muszą zwiększyć zaangażowanie wojskowe. I chociaż w militarnych koncepcjach Pentagonu Europa Zachodnia traciła znaczenie, to obecność na Starym Kontynencie jest nadal ważna dla Amerykanów ze względów strategicznych - na przykład baza lotnicza w niemieckim Ramstein jest istotnym centrum logistycznym.

Kryzys gospodarczy ostatnich lat wymusił oszczędności i ograniczenia budżetowe, więc Amerykanie postanowili, że nie będą zakładać nowych dużych baz wojskowych, lecz postawią na zacieśnianie współpracy z sojusznikami. Korzystanie z ich infrastruktury ma pozwolić na elastyczne prowadzenie przyszłych działań bojowych. W bazach sojuszników w odległych rejonach globu mają rotacyjne stacjonować amerykańskie pododdziały sił zbrojnych, które w razie potrzeby mogą zostać szybko przerzucone w rejon zapalny. Współpracę na takich zasadach Amerykanie podjęli już na południowo-zachodnim Pacyfiku, z Australią i Filipinami. Bazy powstały także na Malediwach i w Singapurze. Rząd Stanów Zjednoczonych tłumaczy, że baza w Australii ma chronić inne amerykańskie placówki strategiczne, znajdujące się na japońskiej Okinawie oraz na wyspie Guam. Zagrażają im bowiem nowe chińskie rakiety, które są w stanie dosięgnąć te cele. W nową strategię wpisuje się także uzyskanie szerszego dostępu do baz w Bahrajnie. W Bułgarii Amerykanie otworzyli bazy o charakterze pośredniego punktu przerzutowego na Bliski Wschód i zaangażowali się we wspólne ćwiczenia na dużą skalę.

Utrzymywanie dużych baz (w Niemczech czy na Okinawie) nie tylko sporo kosztuje, lecz też wywołuje czasem napięcia w stosunkach z krajami gospodarzami. Mieszkańcy japońskich miejscowości, sąsiadujących z bazami wojskowymi USA, skarżą się na wybryki amerykańskich żołnierzy, którzy pod wpływem alkoholu wdają się w bójki, niszczą mienie, a w skrajnych wypadkach dopuszczają się gwałtów.

Obecnie powstaje nowy typ zamorskiej bazy, lepiej dostosowany do nowych wyzwań stojących przed USA. Mają one znacznie mniejszą powierzchnię, na której znajdują się głównie zdalnie sterowane drony oraz siły specjalne, nie tylko amerykańskie, ale także kraju gospodarza lub innych państw. Takich miejsc przybywa, a ich rola rośnie. Będą również kluczowe w walce z Al-Kaidą na afgańsko-pakistańskim pograniczu po roku 2014, gdy wojska sojusznicze opuszczą ten rejon.

Nie o wszystkich takich placówkach wiemy, bo wiele z nich jest tajnych. Mają one także spore znaczenie zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, gdzie od kilku lat w walce z terroryzmem Amerykanie wykorzystują zarówno drony, jak i siły specjalne. Takie bazy są tańsze w utrzymaniu, wywołują też mniej politycznych napięć, są również w mniejszym stopniu narażone na wrogie ataki.

Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że takie państwa jak Iran czy organizacje terrorystyczne jak Al-Kaida mogą wejść w posiadanie zaawansowanych systemów broni, zwłaszcza rakietowej. Wówczas duża amerykańska baza byłaby wymarzonym celem ataku, na przykład irańskiego na V Flotę w Manamie czy chińskiego na Okinawę.

Wielkich baz, w których tysiące żołnierzy żyją wraz z rodzinami, będzie zatem coraz mniej. Prof. Balcerowicz wskazuje na ogólnoświatowy trend związany w pewien sposób z ich redukcją: po 1989 roku o 30% spadła liczebność wojsk - z 29 mln żołnierzy pod bronią na całym świecie pozostało 20 mln. Dziś jest ich o 1,5 mln mniej.

Rewizja planów

Zdaniem naczelnego dowódcy sił NATO w Europie generała Philipa Breedlove’a przesunięcie przez Stany Zjednoczone "strategicznego punktu ciężkości" w kierunku Azji nie będzie miało wpływu na ich zaangażowanie w sojuszu i we wspólnej obronie. "Musimy zrewidować niektóre decyzje podjęte po zakończeniu zimnej wojny", powiedział, przyznając, że liczba żołnierzy USA w tym regionie jest o 75 proc. mniejsza niż w czasach zimnej wojny. Prezydent USA Barack Obama w przemówieniu wygłoszonym w marcu 2014 roku w Brukseli zasygnalizował, że NATO zwiększy swoją obecność w Europie Wschodniej. Andrew Michta z Center for European Policy Analysis w Waszyngtonie uważa, że należy tę zapowiedź potraktować poważnie, bo oznacza, że zmienia się sposób operowania NATO w regionie. Dla Polski i krajów bałtyckich to ważna decyzja.

Minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak nie chce sprowadzać dyskusji o obecności wojskowej sojuszu w Polsce do liczby żołnierzy. Według niego liczy się trwała infrastruktura obronna USA i NATO w Polsce, taka jak instalacja antyrakietowa w Redzikowie czy de facto wspólne bazy polsko-amerykańskie Aviation Detachment w Łasku, istniejące od 2012 roku, które podniosły współpracę i zdolności sił powietrznych na zupełnie nowy poziom.

Nie wszyscy jednak przychylnie patrzą na zwiększenie amerykańskiej obecności w Polsce. "Niemcy wciąż są przekonani, że jedynym skutkiem zaangażowania dodatkowych sił NATO w Polsce byłby tylko dalszy wzrost napięcia w stosunkach z Moskwą", napisał w komentarzu amerykański ośrodek analiz politycznych.

Czego więc się spodziewać? Zapewne na terytorium Polski nie powstanie duża baza. Bardziej realistycznym scenariuszem są częstsze ćwiczenia sił NATO, a także zainstalowanie elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej sprzężonej z systemem natowskim. Do tej listy Łukasz Kulesa, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, dorzuca jeszcze kilka wrażliwych instalacji, na przykład związanych z systemem rozpoznania lub kontroli powietrznej, a nawet wysunięte elementy natowskiego systemu dowodzenia czy baz zaopatrzeniowych. Prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista z Uniwersytetu Karola Stefana Wyszyńskiego, twierdzi natomiast, że amerykańską obecność w Europie wzmocnił kryzys ukraiński. Zmniejszenie zaangażowania USA w tej części świata zostałoby bowiem odebrane jako zwycięstwo Putina.

Małgorzata Schwarzgruber

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje