Reklama

Amerykanin w Katyniu

Niemcy wysłali w 1943 roku pułkownika armii USA do Katynia, by potwierdził mord na polskich oficerach.

John H. Van Vliet jr, absolwent Akademii Wojskowej w West Point, miał 28 lat, gdy jako żołnierz amerykańskiej armii znalazł się w Afryce Północnej. Najpierw walczył na terenie Algierii, potem na froncie tunezyjskim. Tam wpadł w zastawioną przez Niemców zasadzkę i w marcu 1943 roku dostał się do niewoli.

Oficerowie odmawiają

W tym samym czasie armia feldmarszałka Erwina Rommla była wycofywana z Afryki do Europy. Na Stary Kontynent przewieziono również jeńców. W ten oto sposób Van Vliet trafił do Włoch. Po dwóch tygodniach kwarantanny przewieziono go do obozu jenieckiego w Rotenburgu w Niemczech. Jako podpułkownik był tam najstarszym rangą oficerem amerykańskim.

Gdy w kwietniu 1943 roku prasa niemiecka podała informację o odkryciu masowych grobów oficerów polskich w Katyniu, Van Vliet, podobnie jak pozostali jeńcy z obozu w Rotenburgu, nie uwierzył tym doniesieniom. Był przekonany, że to kolejny wytwór goebelsowskiej propagandy. Wkrótce potem dowództwo obozu zażądało od Van Vlieta, by jako "senior officer" wytypował dwie osoby, które mogłyby pojechać do Smoleńska. To samo żądanie skierowano do najwyższego rangą oficera brytyjskiego. Obaj odmówili, twierdząc, że sprawa ma podłoże polityczne, a nie wojskowe. W odpowiedzi usłyszeli, że skoro nie chcą nikogo wyznaczyć, sami pojadą do Smoleńska.

Reklama

W grupie, która wyruszyła do Rosji 12 maja 1943 roku, znajdowali się Amerykanie i Brytyjczycy. Pochodzili z różnych obozów. Przed wyjazdem Niemcy próbowali wymusić na jeńcach słowo honoru, że ci nie będą uciekać. Oni zgodnie odmówili. W tej sytuacji wysłano z nimi eskortę, a także cywilów, którzy mieli ponieść przykre konsekwencje w przypadku ucieczki wojskowych.

Na miejscu kaźni

Według relacji Van Vlieta, na miejscu kaźni znaleźli się rankiem. Przy odkrytych grobach spędzili około 2,5 godziny. Mogli zapoznać się z dokumentacją i przyjrzeć każdemu odnalezionemu szczegółowi. Niemcy wręcz do tego nakłaniali. Zapamiętał przykry zapach rozkładających się ciał. Widział związane ręce ofiar i dziury w czaszkach. Nie mógł w to uwierzyć, zadawał sobie pytanie, jak mogło dojść do takiej zbrodni.

Van Vliet nie miał wątpliwości, że zabici to mężczyźni, oficerowie polskiej armii, którzy w chwili śmierci ubrani byli w mundury - te w przeciwieństwie do butów zachowały się w dobrym stanie. W kieszeniach ofiar znajdowały się dokumenty, pamiątki rodzinne zapisane w języku polskim. Podczas pobytu w okolicach Smoleńska Van Vliet nie rozmawiał z żadnymi osobami mieszkającymi w okolicach lasu katyńskiego ani z polskimi przedstawicielami Czerwonego Krzyża. Porozumiewał się jedynie z Anglosasami i ludźmi mówiącymi po angielsku. Nikt nie robił mu przeszkód w tworzeniu własnej dokumentacji, pisaniu notatek i wykonywaniu zdjęć.

Najdalej od wyzwolicieli

Po powrocie z Rosji wszyscy alianccy więźniowie zostali przewiezieni do Berlina, gdzie namawiano ich do opowiedzenia o swoich wrażeniach tamtejszej prasie. Nie było to dla jeńców łatwe, gdyż musieliby przyznać, że niemiecka propaganda mówiła prawdę. Odmówili, nie chcąc podejmować współpracy z wrogiem. Po pewnym czasie Niemcy wysłali ich ponownie do obozu. Tam z nikim nie rozmawiali o tym, co widzieli w lesie katyńskim.

Pułkownik Van Vliet znalazł się w oflagu numer 64 w Szubinie na terenie Polski. Kiedy wojska radzieckie zaczęły zbliżać się do obozu, Niemcy wydali jeńcom rozkaz wymarszu na zachód. Zdołali dotrzeć do obozu w Luckenwaldzie, znajdującego się około 60 kilometrów na południowy wschód od Berlina. Tam zostali wyzwoleni przez wojsko radzieckie w nocy z 21 na 22 kwietnia 1945 roku.

Van Vliet cały czas miał ze sobą fotografie i notatki przywiezione z Katynia.

Rosjanie nie mieli pojęcia, że amerykański oficer tam był. Na wszelki wypadek postanowił trzymać się jak najdalej od wyzwolicieli i szybko dotrzeć do swoich. Uciekł wraz z kilkoma kolegami. Do linii zajmowanych przez wojska amerykańskie mieli około 90 kilometrów. Kiedy tam wreszcie dotarli, Van Vliet natychmiast przekazał swoje materiały oficerowi wywiadu, sugerując, by ten jak najszybciej poinformował o całej sprawie Pentagon. Wtedy Van Vlieta odseparowano od towarzyszy ucieczki i zaczęto traktować jak VIP-a. Znalazł się w kwaterze Dwighta Eisenhowera, a następnie przez Paryż został przetransportowany do Stanów Zjednoczonych.

Ściśle tajny raport... zgubiony

W Pentagonie Van Vliet spotkał się z generałem Claytonem Bisselem z Departamentu Wojny. Opowiedział mu o szczegółach swojej wyprawy do Katynia. Wtedy otrzymał polecenie napisania raportu z pobytu w Związku Radzieckim oraz zakazu rozmów na ten temat bez zgody przełożonych. Kilka lat później Van Vliet dostał z Waszyngtonu szokującą wiadomość.

Dowiedział się, że jego raport, oznaczony jako ściśle tajny, został zagubiony! Poproszono go o napisanie drugiego sprawozdania, które nosi datę 5 maja 1950 roku.

Jako zawodowy oficer Van Vliet wziął udział w wojnie w Korei w 1952 roku. Po pewnym czasie dowództwo uznało, że jego pobyt na froncie jest zbyt ryzykowny. Postanowiono go wysłać z powrotem do USA. Ostatecznie trafił do służby w logistyce.

W grudniu 1989 roku pułkownik John H. Van Vliet odbył rozmowę z polskim politologiem i historykiem, od 1948 roku przebywającym w USA, profesorem Januszem K. Zawodnym. Do spotkania doszło w mieście Omaha w stanie Nebraska. Amerykański oficer jeszcze raz dał świadectwo prawdzie. Nagranie tej rozmowy profesor Zawodny przekazał Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

Jan Annusewicz

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: USA | Katyń | Niemcy | żołnierze | Pentagon | oficer | mord

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje