Reklama

Zygmunt Malanowicz

Zygmunt Malanowicz jest najbardziej znany z roli w głośnym filmie Romana Polańskiego "Nóż w wodzie" z 1961 roku. Choć produkcja przeszła do historii światowego kina, aktor przez wiele lat nie miał szczęścia do ról kinowych i poświęcił się pracy w teatrze. Od 1982 roku Malanowicz związany jest z Teatrem Rozmaitości w Warszawie.

Teraz powraca filmem Jacka Borcucha "Tulipany". To opowieść o nowym życiu, które rozpoczynają starzy przyjaciele. Jest ich trzech: Lolek (Tadeusz Pluciński), Matka (Jan Nowicki), Mały (Zygmunt Malanowicz). Połączyły ich wspólne marzenia, miłość do kobiet i razem spędzone lata. Wiele się zmienia, kiedy jeden z nich będzie potrzebował pomocy. Cała trójka spojrzy na życie z nowej perspektywy.

Reklama

W filmie wystąpili także Andrzej Chyra i Iwona Ostrowska oraz Małgorzata Braunek, która za swą rolę otrzymała na festiwalu w Gdyni w 2004 roku nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej. "Tulipany" zadebiutowały na ekranach polskich kin 4 marca 2005 roku.

Z Zygmuntem Malanowiczem o powrocie do kina, przemijaniu, młodych polskich twórcach, ale przede wszystkim o Romanie Polańskim rozmawiała Anna Kempys.

Na planie "Tulipanów" Jackowi Borcuchowi udało się zgromadzić plejadę wybitnych polskich aktorów, których już od dawna nie można było oglądać na ekranach kin. Trudno było państwa zebrać i namówić na udział w tym projekcie?

Zygmunt Malanowicz: Reżyser dotarł do nas bez problemów. Jacek Borcuch pisał ten scenariusz pod nas i od początku wiedział kto ma zagrać w "Tulipanach". Trzeba było tylko dopracować terminy i nakręcić film.

Ten scenariusz nam wszystkim od razu bardzo się spodobał. Mówię o tym z pełnym przekonaniem, bo rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Myśmy uwierzyli w to, że warto zainwestować siebie w ten film. Były oczywiście trudności natury finansowej, bo ludzie coś obiecują, a potem "zapominają"...

Wszyscy muszą się dobijać do tego, bez czego film przecież nie powstanie, czyli bez pieniędzy. A ich zdobycie na taki film nie jest łatwe. Jednak udało się i to cieszy.

Co pana najbardziej zainteresowało w scenariuszu?

Zygmunt Malanowicz: Poza taką ogólną formą, która mi się spodobała, ujęła mnie jedna rzecz szczególnie - scena rozmowy pomiędzy ojcem i synem. Nie ma w niej takiego poziomu hierarchii, jak to zazwyczaj bywa, kiedy syn słucha pokornie tego, co mu ojciec mówi - o moralności i o tym jak należy żyć. W "Tulipanach" jest rozmowa kumpla z kumplem. W tej rozmowie ojciec i syn nawet zwierzają się sobie.

W życiu zawsze nadchodzi czas niełatwych rozliczeń, kiedy trzeba mieć trochę odwagi - coś załatwić, coś powiedzieć, coś zdecydować. I o tym jest ten film. Mam nadzieję, że takie kino nie przejdzie bez echa.

Podczas festiwalu w Gdyni "Tulipany" znalazły się w czołówce najdłużej oklaskiwanych filmów. To dobrze wróży karierze ekranowej tej produkcji. Wiele osób uważało, że był to jeden z najciekawszych tytułów pokazywanych w ubiegłym roku w Gdyni.

więcej >>

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje