Reklama

Wojciech Smarzowski

Film "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego to realistyczna komedia tragiczna. To opowieść o miłości i o pieniądzach, a właściwie o miłości do pieniędzy. Uniwersalność historii tkwi w precyzyjnym osadzeniu akcji we współczesnej, prowincjonalnej, południowo-wschodniej Polsce.

Podkarpacie to specyficzny region. Bez obcego kapitału, zdany sam na siebie. Ludność jest tu zaradna, każdy wszystko potrafi sam naprawić. Każdy jest specjalistą w kilku przynajmniej dziedzinach. Prowizorka goni prowizorkę. Daleko tu do niemiecko-poznańskiego porządku. Próżno też szukać gustu i smaku. W takim też tanim, brzydkim, ale za to praktycznym otoczeniu, rozgrywa się akcja "Wesela". Słyszymy, jak grzyb je ściany zakamarków remizy, jak skrzypią zmurszałe deski stodoły oraz jak syczą przestarzałe górnopłuki. Tylko Audi TT jest z kosmosu. To jedyny błyszczący przedmiot w filmie. Obiekt zazdrości i pożądania. Symbol świata, do którego dążą bohaterowie. Życia, którego pragną. "Wesele" zadebiutowało na ekranach polskich kin 15 października 2004 roku. Konferencji prasowej z udziałem Wojciecha Smarzowskiego przysłuchiwała się Magdalena Voigt, która potem rozmawiała z reżyserem.

Reklama

Pierwsze pytanie będzie zaskakujące - skąd dziadek wziął się w futerale na kontrabas?

Wojciech Smarzowski: Ten film miał bardzo dużo projekcji i do tej pory nikt na to nie zwrócił uwagi. A ja myślałem o tym już na etapie scenariusza. Jest to celowy zabieg. Założyłem sobie, że dobrze w filmie czegoś nie dopowiedzieć, czegoś, co jest poza głównym wątkiem. To zaskoczenie, że ktoś o to zapytał, bo już myślałem, że nikt na to nie zwróci uwagi.

Wytłumaczyć można to sobie także jak u Wyspiańskiego - jak szopkę, w której bohaterowie pojawiają się, znikają, znów pojawiają, następuje pewien "kołowrót", w którym logika zdarzeń nie jest istotna, nie jest konieczna.

Wojciech Smarzowski: Jak najbardziej. Wierzę, że ten film ma parę warstw. Ma tę najbardziej popularną, której widzowie przyjdą przyjrzeć się pewnej akcji, posłuchać nie najgorszych dialogów, i ma też kilka warstw "w tle" - jedną z nich jest warstwa prowokacji, kolejną jest warstwa obyczajowa. Tego, jako widz, oczekuję od kina - by film atakował mnie na kilku płaszczyznach, nie tylko na jednej, oczywistej.

Skoro pan świadomie użył tytułu "Wesele", świadomie wprowadził pan cytaty, to czy denerwują pana pytania o powiązania z Wyspiańskim? Czy pan się z tym liczył?

Wojciech Smarzowski: Kiedy zdecydowałem, że akcję filmu umieszczę na weselu, oczywistym było dla mnie, że nie ucieknę od tego, co niesie element wesela dla polskiej kultury od stu lat. Musiałem to przyjąć i przyjmuję. Jest dla mnie oczywiste, że takie pytania padają.

więcej >>

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje