Reklama

Watchdog Polska: Na straży jawności informacji

Sieć Obywatelska Watchdog Polska to jedna z organizacji, która działa w zakresie dostępu do informacji publicznej /East News

Macie jakieś dane dotyczące innych krajów? Porównujecie Polaków z innymi narodami?

Reklama

- Na papierze nie mamy wcale najgorszych procedur związanych z dostępem do informacji publicznej. Wynika to z obowiązku wypełnianie prawa międzynarodowego, które niejako zmusza nas do stosowania się do niektórych standardów. Jednak to nadal tylko zapis, a nie praktyka. Istnieje ranking procedur dostępu do informacji, który pokazuje, w których krajach procedury są lepsze, a w których gorsze. Można się mocno zdziwić, bo na topie jest Afganistan, Serbia, Meksyk czy Sri-Lanka, a z kolei na dole są Niemcy czy Austria. 

- To pokazuje, że procedury mogą być napisane wspaniale, ale życie i praktyka to zupełnie co innego. Mocne prawo to jeszcze nie wszystko. Owszem, może pomagać w poprawie kultury politycznej, ale to ona jest najważniejsza. Co z tego, że w Polsce mamy zapisane procedury, skoro uzyskanie opinii sądu o tym, czy coś jest informacją publiczną trwa w praktyce dwa albo i trzy lata? 

- A nawet jeśli już sąd wyda takie orzeczenie, to instytucja, która szła w zaparte, twierdząc że coś nie jest informacja publiczna, stwierdzi, że skoro sąd tak mówi, to dobrze, ale nie może jej podać ze względu na jakiś kolejny powód: tajemnicę przedsiębiorstwa albo ochronę prywatności. Organy nauczyły się wykorzystywać procedury na tyle, na ile się da. Nie rządzi nami prawo, tylko widzimisię czy kaprysy sądów i urzędników.

Czyli nie ma atmosfery współpracy z urzędami, a raczej walka? Urzędy nadal traktują obywatela jak intruza albo natręta?

- Są urzędy, które tak robią. Wiele rzeczy, które miały u nas w tym obszarze zadziałać, nie zadziałały. Rozmawiałam z urzędniczką, która zajmowała się dostępem do informacji przez wiele lat, od 2003 czy 2004 roku. Powiedziała mi, że to często sami urzędnicy, którzy powinni udostępnić daną informacje, nie robią tego. Bo władze się zmieniają, a oni doskonale wiedzą, że następna osoba, która przyjdzie na wysokie stanowisko, może być niezadowolona z tego, że ktoś wcześniej ten czy tamten dokument ujawnił. Za jawność można po prostu dostać po rączkach.

- Nowi wójtowie, burmistrzowie też są straszeni przez prawników i przestrzegani, żeby unikać jawności, bo bardziej opłaca się zasłonić np. RODO, niż ujawnić jakieś informacje. Nowi samorządowcy muszą się opierać na ludziach, którzy działają w danych jednostkach od lat. Taki "nowy", przychodząc do pracy, usłyszy od dziesięciu innych osób, pracujących w danym miejscu od dawna, że absolutnie nie wolno ujawniać czegokolwiek, jeśli nie trzeba. Ale należy zaznaczyć, że to skrajności.

- Dostałam ostatnio wiele sygnałów od samorządowców, którzy twierdzą, że się starają, a mało się o tym mówi. Są ludzie, którzy próbują - w urzędach jest mnóstwo fajnych osób, z którymi przyjemnie się współpracuje. Dzwoniła do mnie kiedyś pani, która przez lata postępowała zgodnie z zasadami dotyczącymi jawności informacji i pewnego dnia dostaje polecenie, aby zrobić inaczej. A "inaczej" w tym wypadku oznaczało niezgodnie z prawem. Pytała więc, co zrobić w obliczu takiego polecenia i w końcu rozpłakała się z bezsilności...

Jak często spotykacie się z pytaniami: “kto za wami stoi"? Cześć Polaków hołduje przekonaniu, że jeśli ktoś podejmuje jakieś działanie względem instytucji państwowych, to musi mieć jakiś polityczny interes, a kraj opanowany jest przez tajny układ...

- Takie pytania się pojawiają, ale przyznam szczerze, że mogłyby się pojawiać... częściej. Bardzo zadbaliśmy o naszą politykę jawnościową. Zawsze to było dla nas oczywiste, więc już od 2008 roku mamy biuletyn informacji publicznej. Zawieramy tam nie tylko nudne sprawozdania czy suche statuty, ale mamy także dział "źródła finansowania" i od czterech czy pięciu lat uzupełniamy ją na bieżąco. Sporą część naszego budżetu stanowią wpłaty od ludzi, więc dodajemy tam informacje o tym, ile i od kogo w danym miesiącu wpływów się pojawiło. Jeśli ktoś chce, może w każdej chwili sprawdzić, kto za nami stoi.

Problem polega na tym, że ludzie właśnie nie czytają i nie starają się dowiedzieć, a rzucają oskarżenia na lewo i prawo...

- Wtedy dostają od nas link. Po prostu. Wszystko jest spisane w jednym miejscu, nie musimy o tym mówić. Oczywiście, że pojawiają się rzeczy w stylu: "o Boże, to Soros", ale pewnych rzeczy nie da się uniknąć. Nasze wartości znane są od lat. Na stronie zamieszczamy nasze opinie prawne i wszystkie informacje na temat działalności. Pięć lat temu, czyli w 2015 bardzo często pytano: "A co robiliście przez ostatnie osiem lat?". No właśnie robiliśmy to samo.

- Wielu osobom ciężko było zmienić front, bo kiedy rządził ktoś inny, a ich opcja polityczna była w opozycji, to nam przyklaskiwali. Władza się zmieniła, a my dalej robimy swoje. Trudno im to zrozumieć. Wcześniej, kiedy sprawdzaliśmy tych, którzy rządzili wtedy, bardzo nas lubili, ale jak obecnie sprawdzamy polityków rządzących teraz, to już nie.

- Na szczęście mamy udokumentowana historię i ujawniamy informacje na temat finansowania, więc nie jest łatwo rzucać bezpodstawnymi oskarżeniami. Dbamy też o komunikację z ludźmi, którzy potem sami takiemu krzykaczowi napiszą w komentarzu: "Weź się nie kompromituj, tutaj masz przecież źródła ich finansowania" albo logicznie tłumaczą, że pytanie zadane władzom niezależnie od opcji politycznej nie jest żadną agitacją. Kiedy pojawiają się pieniądze publiczne, to sprawa dotyka każdego.

Aż tyle głosów rozsądku w polskim internecie? Zaskakujące...

- To nie jest tak, że nie ma w ogóle żadnych ataków, ale przekonaliśmy wielu ludzi do siebie i oni sami często stają w obronie zdrowego rozsądku. Dbamy o nasza wiarygodność, nie musieliśmy nigdy niczego udawać ani wymyślać. Bardzo istotnym elementem naszej działalności jest bycie osią spotkań dla ludzi, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o swoich prawach. Prowadzimy Szkołę Inicjatyw Strażniczych - to duże przedsięwzięcie, dzięki któremu te spotkania są możliwe.

- Sęk w tym, że to jest wszystko, co możemy zrobić. Możemy tylko uświadamiać ludzi, informować ich o tym, że mogą się dopytywać, dowiadywać, że to nie jest żadna działalność polityczna, a ich święte, obywatelskie prawo. Resztę muszą zrobić sami - sami muszą zainteresować się tym i działać.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje