Reklama

Trollsky: Marzył, by robić noże. Dziś jest w tym mistrzem

Ile wyprodukował noży? Dawno zgubił rachubę. Ale wciąż robi kolejne, bo to jego największa pasja. Ma na imię Michał, ale za granicą znany jest jako Trollsky. Zapraszamy na wywiad z wyjątkowym samoukiem, który dzięki wytrwałości i uporowi, stał się prawdziwym mistrzem nieco już zapomnianego rękodzieła.

Michał Sielicki, lat 34., w świecie szerzej znany jako Trollsky. Z zawodu informatyk, z zamiłowania producent noży, domorosły metalurg, miłośnik off-roadu, posiadacz mocno zmodyfikowanego terenowego Jeepa. Żonaty, ojciec dwójki dzieci. Urodzony w Gliwicach, dziś mieszkający na (jak sam to określa) zadupiu. Tam do woli oddaje się swojej pasji, nie ryzykując że nadwrażliwi sąsiedzi zadzwonią po straż miejską. Gaduła, cierpiący na syndrom niespokojnych rąk. Zawsze musi coś robić. Próbował lepić naczynia z gliny, ale międzynarodową sławę przysporzyło mu jego ciut "ostrzejsze" hobby. Michał od lat w gustownym fartuchu z napisem "Twój stary" produkuje unikatowe noże, jakie w swojej kolekcji chciałoby mieć wielu prawdziwych twardzieli.

Bywasz nazywany nożownikiem?

- Tak i bardzo nie lubię określenia "nożownik". Kojarzy się to z nożownikiem z bramy, który napada na ludzi. Poza tym uważam, że brzmi durnie i jest wymyślone na siłę. Wolę być nazywany knife makerem. Skoro jest dobry termin w języku angielskim, który opisuje to zajęcie, po co kombinować?

Rozumiem. Zatem panie knife-maker, czy noże to twój sposób na życie?

- Nie. Noże to moje hobby. Na co dzień jestem nudnym pracownikiem informatycznym. Z noży absolutnie się nie utrzymuję, nie robię tego zarobkowo. To po prostu taka odskocznia od żony, pracy, dzieci.

Reklama

Skąd w ogóle pojawiło się takie hobby?

- Kiedyś bawiłem się w bractwa rycerskie, średniowieczne rekonstrukcje historyczne. I tam zawsze był problem z tym, żeby mieć dobry nóż. Zacząłem zbierać informacje, bo chciałem go sam sobie zrobić. Początki były słabe. Gdy zaczynałem 9 lat temu w internecie nie było wiele informacji na ten temat. Musiałem zdobywać wiedzę od innych pasjonatów i entuzjastów. Teraz po latach dostęp do wiedzy w internecie to czysta przyjemność, nie mówiąc już o tym, że zbudowałem własną sieć kontaktów na całym świecie. Czasem wymieniam moje noże za coś ciekawego. Czasem ktoś przyśle mi kawałek egzotycznego drewna na rękojeść zupełnie za darmo.

Czyli taki system się sprawdza...

- Jasne. Ludzie z różnych zakątków świata okazują się bardzo serdeczni, co niekoniecznie można powiedzieć o Polakach. Poza tym za granicą rękodzieło jest bardziej doceniane i co mnie cieszy - ludzie nie boją się używać moich noży. Bo ja robię narzędzia, a nie ozdoby. Użytkowe rzeczy mogą być przecież ładne, a nie brzydkie, brudne i zardzewiałe.

Gdyby nie internet, mógłbyś być tylko lokalną sensacją. Wygląda na to, że masz fanów na wszystkich kontynentach...

- No, trzeba przyznać że mój kanał YouTube generuje duże zainteresowanie. Docieram już właściwie wszędzie. Ale powtarzam - ja nie szukam klientów, nie martwię o reklamę. Jak ktoś jest zainteresowany moimi pracami, sam mnie znajdzie. To marketing szeptany. Ale nigdy nie produkuję noży na zlecenie. Robię średnio jeden tygodniowo, a jak czasem mam "niechcieja", to siedzę przy komputerze, albo grzebię przy moim Jeepie, który się psuje...

Nie wierzę, że z takim potencjałem i uznaniem w branży nie myślałeś o zajęciu się wyłącznie produkcją noży. Przecież grunt masz już przygotowany. Dlaczego nie zrobić z tego biznesu?


- No tak, anonimowy już nie jestem. Czasem ktoś mnie nawet zaczepia na ulicy. Ale na razie spłacam dom, wychowuję dzieci. Nie mam odwagi rzucić wszystkiego. Boję się też, że pewna magia mogłaby się zatracić, gdybym miał wyprodukować pięć noży dziennie. Bo na swoje produkcje nie biorę zamówień. Nigdy. Nie lubię być ograniczany formami. Mam swój zmysł estetyki nożowej i nie patrzę na chwilową modę. A niektórzy by chcieli na przykład nóz Beara Gryllsa. Dostałem wiele takich zapytań. Na tę okoliczność przygotowałem nawet gotową formułkę, żeby odmawiać ludziom proszącym o taki nóż.

Co inspiruje cię w twojej działalności?

- Lubię robić recykling. Przerobić coś pozornie nieużytecznego. Chociażby stare łożysko. Tam jest bardzo dobra stal na noże, która ma wysoką odporność na ścieranie. Fajnie jest przekuć na przykład sfatygowany gwóźdź kolejowy, a potem podzielić się tą wiedzą. Mam filmy, które inspirują ludzi. Parę osób też pomogło mi wcześniej i czuję się zobowiązany, żeby puszczać to dalej. A to ważne, żeby dawać pozytywny przykład.


Zdarzały się też inne nieuczciwe zabiegi konkurencji?


- Pewna firma w Indiach chciała kopiować mój projekt i produkować masowo takie noże, za 1/30 zysku z ceny dla mnie. Niektórzy i tak kopiują, ale nawet się nie przyznają, więc w ogóle fajnie jest, jeśli ktoś wyśle zapytanie. Potem przysyłają fotki pierwszych podejść, niektórymi pracami jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony.

Co potrzebne jest komuś, kto chciałby pójść w twoje ślady?

- Na pewno cierpliwość i samozaparcie. Same tylko narzędzia kompletowałem pięć lat. Kowadła szukałem dwa lata. Wbrew pozorom ciężko je znaleźć, a mnie udało się sprowadzić takie z Niemiec. Stało gdzieś 20 lat nieużywane i pragmatyczny Niemiec chciał je wywieźć na złom. Za cenę złomu kupiłem więc 290-kilogramowe kowadło, którego sprowadzenie do Polski kosztowało mnie więcej, niż ono samo. Co do reszty sprzętu, to trzeba filtrować portale ogłoszeniowe, tam ludzie sprzedają prawdziwe cuda. Na przykład wojskowe kuźnie polowe z lat 50. Teraz już właściwie całe wyposażenie mam, więc przestałem przeglądać ogłoszenia, żeby się nie denerwować, że mogłem coś kupić taniej (śmiech).

Z takim kowadłem możesz spokojnie dorabiać jako kowal...

- Raczej nie bardzo, bo mocno się wyspecjalizowałem w tym, co robię. W życiu wykonałem chyba tylko jedną podkowę i chyba za mało umiem, żeby móc nazwać się kowalem. Ale muszę przyznać, że ta robota daje prawdziwą siłę w rękach. To zupełnie coś innego, niż u stałych bywalców siłowni. Generalnie ja zawsze byłem duży i silny, ale machanie młotkiem daje dodatkową krzepę.


Wspomniałeś, że produkujesz narzędzia użytkowe. W domu też używasz swoich noży?


- Mam parę zwykłych noży, ale swoich też oczywiście używam. To te ze stali węglowej. Rdzewieją, jeśli się o nie nie dba. Ale taka stal lepiej tnie.

Właśnie - dobry nóż przede wszystkim musi być ostry. Jak sprawdzić, czy ostrze daje radę, czy nie?


- No tak, każdy od razu sprawdza na paznokciu, czy włosach na przedramieniu ostrość. Ale bardziej miarodajna jest kartka papieru. Ja sprawdzam właśnie w ten sposób, bo włosy na ręce w końcu się skończą (śmiech)

Na co zwracasz szczególną uwagę podczas produkcji noży?

- Trwałość. Zadbany nóż posłuży lata. Wiem, że niektóre moje produkty są używane na Alasce i dają radę. Ergonomia jest również bardzo ważna. Bierzesz nóż do ręki i jeśli czujesz, że chcesz nim popracować, to wiesz że jest dobry. Są też zabiegi, które podnoszą wartość, jak odpowiednie oszlifowanie, wykończenie. Swoje prace też podpisuję, bo bez tego giną w gąszczu.

Jak ty oznaczasz swoje noże?

- Niektórzy sygnują inicjałami, niektórzy stosują puncę, własny znak. Ja długo myślałem nad swoim. W końcu dwa, czy trzy lata temu wybrałem papryczkę chilli, bo lubię ostre, a właściwie bardzo ostre jedzenie i lubię też minimalizm. Dopiero potem ktoś powiedział mi, że ostra papryczka i ostre noże to fajna analogia.

A skąd wziął się twój pseudonim artystyczny?

- Trollsky pochodzi od trolla. Ta ksywka jest ze mną chyba od zawsze. Skąd się wzięła? Myślę że z uwagi na mój wygląd i charakter. Lubię ją, bo trzeba mieć do siebie dystans. Ludzie są strasznie niepozbierani, jak nie umieją się z siebie śmiać...

Czym jeszcze się zajmujesz?


- Pracuję, wychowuję dwójkę dzieci, mam dom na wsi, więc zawsze jest coś do zrobienia. Nie lubię telewizora, bezczynności. Źle się wtedy czuję. Po 30 latach uciekłem z miasta, bo miałem dość hałasu, natarczywych ludzi. Teraz mieszkam na zadupiu, gdzie postawiłem dom od podstaw. Początki były trudne, ale nie żałuję. Uważam, że było warto. Wcześniej mieszkałem w kamienicy i sąsiedzi dzwonili na straż miejską nawet gdy coś szlifowałem. Nic tam się nie dało zrobić...

Mieszkając z dala od cywilizacji wreszcie masz dobry powód, żeby utrzymywać wielkiego, psującego się Jeepa

- Tak jest. Lubię ten dźwięk widlastego, ośmiocylindrowego silnika. Po modyfikacjach bestia pali 20 litrów benzyny albo 25 litrów gazu. To nie tylko zabawka, bo dojeżdżam nim codziennie 35 kilometrów do pracy do Gliwic. Wiadomo, czasem tyram go w terenie i tu przydaje się nożowa pasja, bo jeden z noży wymieniłem za zestaw bardzo dobrych tłoczków hamulcowych ze stali nierdzewnej. Dodam, że nóż przekułem ze starego resora. Fani Jeepów dosłownie zasypali mnie mailami, bo każdy chciał mieć taki gadżet...

Wielu aspirujących YouTuberów z pewnością zazdrości ci wyników. Niektóre twoje filmy mają już ponad milion wyświetleń. Spytam wprost - jak to się robi?


- Fakt, jest parę takich filmów, które zgromadziły dużo wyświetleń. Myślę, że tajemnicą sukcesu jest to, że jestem jednym z pierwszych, który tą dziedzinę przeniósł na YouTube. Potem trafiły się bonusy w postaci artykułów na różnych portalach. Dziś czuję, że ludzie autentycznie czekają na moje filmy. Właśnie stuknęło mi 90 tysięcy subskrybentów. Ostatni film o nożu zrobionym ze starego klucza udostępnił na Twitterze Adam Savage z Pogromców Mitów. Napisał, że taki recykling może oglądać godzinami...

Bo faktycznie jest co oglądać. Opowiedz, jak wpadłeś na taki pomysł

- Liczyłem po cichu, że połączenie tematyki noży i motoryzacji sprawi, że moimi pracami zainteresuje się szersze grono. W ogóle ten projekt dał mi dużo satysfakcji. Gość, od którego kupiłem ten klucz, miał go przez ponad trzydzieści lat. To kawał żelaza z sygnaturą DDR. Spory, bo w rozmiarze 32x30. Żeby się udało, to musiał być stary i zardzewiały klucz. Dobrze trafiłem, bo już po kolorze iskry wiedziałem, że stal ma dużo węgla.

Jak rozróżniać gatunek stali po kolorze iskry?

- Mówiąc krótko - iskra ciemnopomarańczowa - źle. Iskra jasnożółta - dobrze. Ogólnie to przez lata praktyki posiadłem sporo wiedzy metalurgicznej, choć studiowałem zupełnie co innego. Kiedyś spotkałem profesora katedry metalurgii, który był zachwycony, że może z kimś porozmawiać o swojej pasji. Skonfrontowaliśmy moją praktykę z jego teorią.

Zdradzisz nam, nad czym teraz pracujesz?

- Mam w planach dwa-trzy fajne pomysły. Jeden z nich to nóż ze stali damasceńskiej. To skomplikowana i czasochłonna robota, ale wychodzi wtedy niespotykany wzór. Zrobię go, jak dzieci pojadą na wakacje, bo do tej pracy potrzeba czasu.

A jakie masz marzenia jeśli chodzi o twoją nożową pasję?

- Hmm, właściwie to jestem spełniony, ale bardzo chciałbym kiedyś pojechać na Blade Show. To prestiżowa impreza w Atlancie. Wszyscy ludzie, którzy robią wspaniałe noże tam są. Ale to melodia przyszłości, bo najpierw trzeba załatwić wizę, a potem jakoś przewieźć mnóstwo ostrych jak brzytwa noży przez ocean. Może uda się to za parę lat. Nie mam ciśnienia. Nauczyłem się, że do wszystkiego dochodzi się metodą małych kroczków...

Rozmawiał Rafał Walerowski



INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje