Reklama

Tomek Michniewicz: Ciemna strona turystyki - jej nie zobaczy każdy

Dlaczego za róg nosorożca na czarnym rynku płaci się bajońskie sumy? Jak wygląda ciemna strona globalnej turystyki i dlaczego nikt nie chce o niej mówić? Co groziło świadkowi ataku terrorystycznego na himalaistów pod Nanga Parbat w razie jego zidentyfikowania przez wywiad wojskowy? Między innymi na te pytania odpowiada Interii autor książki "Świat równoległy" - fotograf, dziennikarz i reportażysta Tomasz Michniewicz.

Mówisz o sobie, że nie jesteś podróżnikiem...

Reklama

Tomasz Michniewicz: - Zgadza się.

Więc kim jesteś?

- Podróżującym reporterem. Podróżnicy to byli w XV wieku, kiedy na mapach były białe plamy i trzeba było jechać w nieznane, żeby je zapełnić. Nie było wiadomo, co się na takiej wyprawie odkryje i czy w ogóle się z niej wróci. Dziś jest już bardzo mało miejsc do eksplorowania.

Żeby wykonywać ten zawód, potrzeba duszy romantyka. Należy być idealistą?

- Dawni eksploratorzy to nie byli idealiści, ale awanturnicy, ludzie wyjęci spod prawa, najemnicy. Dopiero my dodaliśmy ten walor romantyzmu w wyobrażeniach podróżnika. Żeby robić to, co ja robię, nie potrzeba idealizmu. Lepsza jest umiejętność rozumienia świata tam, na miejscu. Nie można poddawać się emocjom wynikającym z inności i egzotyki.

Dlaczego?

- Bo jeśli lecisz w nieznane dotąd ci miejsce i zupełnie mu się poddajesz, zachwycasz się nim, to gwarantuję ci, że nie zrobisz dobrego reportażu. Zrobisz kolorową pocztówkę. Trzeba drążyć, spojrzeć na ten drugi, trzeci, czwarty plan, żeby zrozumieć, co tam się tak naprawdę dzieje i na co tak naprawdę patrzysz. Dziennikarska naiwność - tak. Romantyzm - nie.

W Internecie często można się natknąć na artykuły, które biją po oczach tytułem "Rzucił karierę w korporacji, wyruszył w podróż życia". To już chyba romantyzm...

- Faktycznie, wiele osób nagle zmienia swoje życie o 180 stopni i wyjeżdża. W moim odczuciu to jest hollywoodzka bajka. Ważniejszym pytaniem od tego, jak tym ludziom się żyje, kiedy rzucają pracę i jadą w świat, jest pytanie, jak im się będzie żyło za 10 lat. Czy nie będą tego żałowali, gdy zacznie im strzykać w kościach, a po powrocie do domu okaże się, że na koncie odbija się echo. Impulsywne zmiany są świetne na krótkie anegdoty, ale potem zaczyna się proza życia.

W jednym z wywiadów opowiadałeś o twoim znajomym, który rzucił pracę i zaczął podróżować. Jak wygląda jego życie? W jego przypadku podróż to był właśnie impuls?

- Przejada swoje oszczędności. Wielokrotnie rozmawiałem z nim na ten temat, ale on podchodzi do życia na zasadzie - nie myślę, co będzie kiedyś, ważne jest tu i teraz. Tutaj się różnimy, ja nie potrafiłbym funkcjonować w taki sposób. Dla mnie ważniejsze od tego, żeby móc wyjechać jest to, żeby mieć do czego wrócić.

Jest jakiś złoty środek na przeżycie przygody życia i nie zatraceniu się w tym wszystkim?

- Podróżowanie uzależnia. Kiedy jedziesz w jedną podróż, czujesz, jakie to jest świetne i chcesz więcej, dalej, dłużej. W końcu przychodzi taki moment, kiedy powroty do domu stają się trudniejsze niż wyjazdy. Wtedy jesteś już o krok za daleko i trzeba zbastować.

- Wracasz do domu i uświadamiasz sobie, że nie masz za co żyć, nie masz gdzie mieszkać, rozchodzą się relacje ze znajomymi, twoja dziewczyna już dawno odpłynęła w jakąś inną przestrzeń. Moim zdaniem warto wtedy posiedzieć dłużej w domu, pozapuszczać korzenie. Natomiast większość ludzi, żeby uciec od problemów i nie myśleć o nich - kolejny raz wyjeżdża. To trochę pułapka, ale ze środka trudno to dostrzec.

Dziś w takim samym stopniu cieszysz się podróżą jak pięć, dziesięć lat temu?

- Nie.

Dlaczego?

- Podróżowanie a praca w podróży to dwa zupełnie różne światy. Opowiadam znajomym o swojej pracy, wszyscy mówią - ja też tak chcę! Ale ich wyobrażenia różnią się od tego, jak to faktycznie wygląda. Przykład: lecę na Karaiby. Im się wydaje, że czeka tam na mnie hamak pod palmą, cudowna pogoda, chłodny drink i wylegiwanie się całymi dniami na plaży. Rzeczywistość jest jednak taka, że śpię cztery godziny na dobę, nie dojadam, na nic nie mam czasu, muszę dopilnować umów i zleceń, rozwiązywać problemy, a morze widuję czasem z daleka, z autobusu.

- Wszystko to, co inni zostawiają w domu jadąc na wakacje, ja zabieram ze sobą. Dlatego zanim podróże stały się moją pracą, każdy wyjazd to była przygoda do przeżycia. Mogłem wszystko i nic nie musiałem. W pracy w podróży nie mogę pozwolić sobie na takie luzackie podejście do tematu. Nie ma tej spontaniczności, jest zawodowy rygor.

"Czasami nie wiem, kim jestem, tam na końcu świata" - piszesz tak o sobie w najnowszej książce pt. "Świat równoległy", w której można przeczytać wiele świetnych reportaży twojego autorstwa. Jak czytelnik powinien interpretować te słowa?

- Kiedy zaczyna się podróżować, wszystko się łatwo ocenia. Jedziesz gdzieś, odkrywasz i poznajesz świat dla siebie, dla znajomych, chłoniesz wszystko dookoła. To jest takie pięknie naiwne, "wszyscy jesteśmy ludźmi". Z bagażem piętnastu lat intensywnych podróży patrzysz na świat już inaczej. Wiesz, że reprezentujesz daną cywilizację, jesteś z określonego kręgu kulturowego i ekonomicznego.

- Wiesz, że przed tobą było tu sporo ludzi, którzy robili dobre i złe rzeczy, częściej złe. Wiesz, jak wygląda kultura, którą odwiedzasz, jakie są jej dobre i złe strony. Podczas pierwszego wyjazdu do Afryki będzie cię irytowało, że jesteś chodzącym bankomatem i wszyscy chcą z ciebie zdzierać kasę. Ale gdy pojedziesz tam z dziesięcioletnim bagażem doświadczeń, zrozumiesz, dlaczego oni patrzą na ciebie tak a nie inaczej.

- W związku z tym ciężko jest się definiować. Bo nie wystarczy, że powiesz o sobie - jestem Łukasz, jestem Polakiem, jestem taki i taki, nic innego mnie nie obchodzi. Czy ci się to podoba, czy nie, będziesz przedstawicielem jednej cywilizacji na terenie innej cywilizacji. Definicje, oceny są już dużo trudniejsze.

Mam wrażenie, że w jednym z rozdziałów "Świata równoległego" wbijasz szpilkę w turystów, którzy jadą na wakacje chociażby do Egiptu i spędzają czas na jedzeniu, piciu alkoholu, kupowaniu wisiorków, dzięki którym chcą poczuć się jak Indiana Jones. Sam też nosisz jakieś rzemyki i wisiorki, więc co w tym złego?

- Absolutnie nic złego. Ten rozdział książki nie opowiada o turystach, osobiście nic do nich nie mam. Nie chodzi też o Polaków jako turystów - że niby my jesteśmy wieśniakami w skarpetach i sandałach, a Francuzi to są "ą,ę", piękni i wypachnieni. Skandaliczne zachowania ludzi na urlopach zdarzają się w każdej grupie z każdego kraju. Co więcej - rozumiem Kowalskiego, który za ciężko zarobione pieniądze chce raz w roku pojechać z rodziną na tydzień do Egiptu i spędzić ten czas tak, jak mu się podoba. Nie mam nic przeciwko temu.

- Chodzi o masową turystykę jako zjawisko. W tym rozdziale opisuję mechanizmy tej branży i przemysłu, zaglądam tam, gdzie przeciętny turysta nie ma możliwości zajrzeć, bo biuro podróży nigdy nie wspomni o tym w swoim katalogu. Opisuję koszty, jakie generuje globalny przemysł turystyczny, który zjada świat. Najczęściej turyści nie są tego świadomi. O tym jest ten rozdział.

Te koszty pokazujesz na okładce swojej książki

- Tak. To jest zdjęcie z Malediwów, czyli podobno pocztówkowy raj. To dosłownie kilometr od wysepki, którą mogłeś widzieć na tysiącu różnych zdjęć. Przemysł turystyczny jest tak skonstruowany, żeby nigdy nie pokazać klientowi swojej ciemnej strony. Jedziesz i bardzo ci się podoba. Wracasz, opowiadasz wszystkim, jak było super, oni też pojadą. Ale gdybyś mógł zobaczyć wszystko, co tam się dzieje, a czego nikt ci pokazać nie chce, to twój zachwyt by wyparował, gwarantuję.

- Jestem przeciwnikiem masowej turystyki, która nie liczy się z nikim i z niczym. Bo bywa i tak, że ta masowa turystyka odbiera ludziom ziemię, rujnuje środowisko, korumpuje rząd, dokonuje olbrzymich zniszczeń ekonomicznych i społecznych, a my nie jesteśmy tego najczęściej w ogóle świadomi.

Wierzysz w to, że osoba, która wybiera się na Malediwy i która zobaczy okładkę twojej książki, a nuż widelec ją nawet przeczyta, powie sobie: nie jadę, nie będę przykładał do tego ręki. Czy może zamiast tego usłyszymy: ja za tę podróż płacę ogromne pieniądze, więc niech mądre głowy tak rozporządzają tymi finansami, żeby nikomu nie działa się krzywda, bo przecież ja nikomu źle nie życzę?

- Nie jestem idealistą. Nie oszukujmy się - ja tą książką nic nie mogę zmienić, bo czytelnik musiałby mieć jakąś realną alternatywę. To nic nie da, nawet jeśli ktoś powie: "nie jadę na Malediwy, bo tam wrzucają śmieci do wody, ale pojadę do Tajlandii, bo tam jest cacy". Nie. W Tajlandii też nie jest cacy.

- Ten świat został tak a nie inaczej urządzony i reporter tego nie może zmienić. Byłoby jednak dobrze, gdybyśmy byli wszyscy świadomi tej ciemnej strony globalnej turystyki. To my głosujemy naszymi portfelami. Liczę na to, że część moich czytelników będzie wiedziała, jakie pytania, również te niewygodne, należy zadawać, kiedy w biurze podróży płacimy za naszą wycieczkę.

Mówisz o świadomości. Ale to nie jest takie proste być świadomym, bo jak sam piszesz w swojej książce - bardzo często media zakrzywiają rzeczywistość, kiedy jest mowa o krajach dla nas z pozoru niedostępnych, a przykładem w "Świecie równoległym" jest Pakistan, od którego starasz się oderwać łatkę "państwa terrorystów".

- To, co mi się nie podoba i co zarzucam mediom, to straszne spłycenie i uproszczenie przekazu poprzez pozbawienie go odpowiedniego kontekstu. Zamiast pokazywać nam muzułmańskiego terrorystę i stawiać go na skali miliardowej społeczności muzułmanów, na której to jest ekstremum skali, z którą 95% muzułmanów nie chce mieć nic wspólnego, wmawia nam się, że tak wyglądają wszyscy.

- Karmi się nas tymi szokującymi obrazami na tyle często, że wydaje nam się, że tak musi wyglądać standard, że wszyscy muzułmanie tak myślą. Nie dotyczy to zresztą tylko ekstremistów muzułmańskich, lecz absolutnie wszystkiego. Nikt nam nie powie, że codziennie startuje i ląduje prawie sto tysięcy samolotów. Ale jeśli raz na dwa lata jeden z tych samolotów spadnie, dowiemy się o tym od razu. Zobaczymy w telewizorze płaczące matki, pokaleczone dzieci i listę ofiar.

- Nikt jednak nie pofatyguje się, żeby dodać, że to pierwszy wypadek lotniczy od pięciu milionów startów i lądowań, a podróżowanie samolotem to pod względem statystycznym wciąż najbezpieczniejszy środek transportu. To, czego ja bym oczekiwał od dzisiejszych mediów, to pokazywania zjawisk w odpowiedniej skali, w odpowiednim kontekście.

Z jednej strony piszesz o Pakistanie jako o kraju, który w środku nie wygląda aż tak strasznie, jak przedstawia się go w mediach, ale z drugiej pojechałeś tam w konkretnym celu - spotkać się z człowiekiem, który był świadkiem strasznego aktu terroru na himalaistach pod Nanga Parbat.

- ...oraz rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy żyją w skrajnej biedzie, w bardzo konserwatywnym regionie Pakistanu, a nad ich głowami przewalają się dwie wojny, więc mają wszelkie warunki do tego, żeby być siedliskiem wszelkich ekstremizmów i radykalizmów, a jednak tak się nie dzieje.

- Pojechałem tam, żeby zadać tym ludziom pytanie: co wy sądzicie o muzułmańskich terrorystach? Ludziom, których nikt wcześniej o to nie pytał. Ludziom, którzy mieszkają w wioskach tuż za płotem od afgańskich ekstremistów, których życie jest bezpośrednio narażone na niebezpieczeństwo, bo to tam Talibowie żyją na co dzień, a nie tu u nas. Okazuje się, że na stu ludzi w wiosce, jeden będzie rzucał do mnie kamieniami, a reszta go przegoni i zaprosi mnie na herbatę. To jest właśnie prawdziwy Pakistan.

"Pakistan to ludzie, którzy nic nie mają, a dzielą się wszystkim" - to cytat z twojej książki. Ta nacja faktycznie jest tak przyjacielsko nastawiona do przyjezdnych?

- Pakistańczycy są nieprawdopodobnie gościnni, przyjaźni, bezinteresowni. Oprócz nich znam jeszcze tylko jeden tak otwarty, pomocny i ciepły naród - Irańczyków. Czyli wedle przekazu zachodnich mediów - kolejnego siedliska zła. W Pakistanie mają nawet takie powiedzenie: "gość ma prawo wyprosić z domu gospodarza". To najlepiej oddaje ich relacje.

Jak przekonałeś świadka ataku pod Nanga Parbat, żeby opowiedział ci o tym, co tam zobaczył? Przecież ci ludzie żyją w permanentnym strachu, w ciągłym zagrożeniu, więc po co mają ryzykować własne życie? Zapłaciłeś temu człowiekowi?

- Nigdy nie płacę swoim źródłom, bo wychodzę z założenia, że to korumpuje relację. Ten człowiek także nie dostał ode mnie pieniędzy. To był trudny projekt. W Pakistanie sprawami związanymi z terroryzmem czy bezpieczeństwem zajmuje się ISI, wywiad wojskowy, będący państwem w państwie.

- Każde upublicznienie wizerunku mojego źródła, podanie prawdziwego imienia i nazwiska, opisanie go w taki sposób, który umożliwiłby jego identyfikację, to generalnie gwarancja, że ten człowiek skończyłby zamknięty w piwnicy i poddawany torturom. Świadek tego ataku pod Nanga Parbat musiał mi bezgranicznie zaufać. Ja za każdym razem staram się tego zaufania nie nadużywać.

Która z twoich wypraw opisanych w najnowszej książce zrobiła na tobie największe wrażenie?

- Na pewno temat polskich sił specjalnych. Polscy operatorzy sił specjalnych to światowa elita, naprawdę. To niesamowite, jak oni są wykształceni, wyszkoleni, wyposażeni, jak pracują, myślą, jacy są honorowi, jakim kodeksem się kierują. Odkrycie, co się z nimi dzieje, kiedy kończą swoją służbę, czyli że nie dzieje się nic, bo mogą tylko liczyć na uścisk dłoni i dyplom, było dla mnie przerażające.

- Człowiek, który przed chwilą był majorem w oddziale specjalnym, dziś jest parkingowym, który podnosi szlaban. Nie znam branży, która aż tak marnowałaby swoje zasoby. Wydaje się pięć milionów na wyszkolenie człowieka do najwyższego poziomu, potem przez dziesięć lat bierze on udział w arcyważnych misjach narażając życie, po czym mówi mu się: "do widzenia, już cię nie potrzebujemy, zrobiłeś co miałeś zrobić, radź sobie sam". To było dla mnie szokujące, jak państwo polskie wyrzuca na śmietnik ludzi z takim potencjałem, doświadczeniem i wiedzą.

Długo musiałeś się starać, żeby ci ludzie otworzyli się przed tobą? To chyba specyficzne i zamknięte na obcych środowisko.

- To środowisko, któremu w żaden sposób nie zależy, żebyś o nim pisał. W moim przypadku były to miesiące pracy - kontaktów, zdobywania zaufania, udowadniania, że nie mam złych intencji. Ja generalnie lubię pracę w środowiskach, które są z zasady hermetyczne. Wcześniej pracowałem z poszukiwaczami skarbów i szulerami w Las Vegas. Sprawia mi to wielką satysfakcję, to jest ogromne wyzwanie, Mount Everest reporterki.

Być może się mylę, ale po przeczytaniu twojej książki doszedłem do wniosku, że spośród wszystkich reportaży, najbardziej emocjonalnie opisana została niezwykła historia Traversa, z którym zaprzyjaźniłeś się i któremu pomagasz.

- Bardzo trudno patrzeć mi na Reilly’ego i jego rezerwat przyrody Imire w Zimbabwe z dystansem, bo jestem już częścią tego świata. Od pięciu lat prowadzę akcję Tatende, która pomaga temu miejscu. Zbieramy sprzęt i pieniądze, wysyłamy wolontariuszy, budujemy szkoły... Trafiłem tam kilka lat temu przy okazji robienia reportażu o kłusownikach. Poznałem ludzi, którzy byli zdani wyłącznie na siebie, nie mieli znikąd wsparcia i pomocy, a żyli na froncie prawdziwej wojny z łowcami kości słoniowej i rogów nosorożców. Pierwszy raz w życiu spotkałem tak zaangażowanych, szczerych i uczciwych ludzi, stojących po tej "dobrej" stronie i podejmujących tak olbrzymie ryzyko w imieniu obrony pięknej idei. To mnie właśnie w nich urzekło i dlatego postanowiłem się zaangażować. Dziś nie są już bohaterami mojej książki, bardziej przyjaciółmi.

Akcja Tatende jest dostępna w Internecie na Polakpotrafi.  Na tę chwilę zebrano ponad czterdzieści tysięcy złotych. To dużo czy mało?

- Bardzo dużo. Dla tak odległego i wirtualnego celu, jakim jest rezerwat dzikiej przyrody w Zimbabwe, który chroni nosorożce, słonie, żyrafy, lwy, krokodyle, moim zdaniem to świetny wynik.

W Imire chronione są m.in. nosorożce, na które poluje się ze względu na ich rogi. Dlaczego ich wartość jest tak wysoka?

- Krąży taka legenda, że róg nosorożca ma cudowne właściwości lecznicze. Sęk w tym, że przeprowadzono setki badań i nigdy nie stwierdzono, by róg nosorożca miał jakiekolwiek działanie. To zwykła keratyna, którą mamy w paznokciach. Róg sam w sobie jest bezwartościowy, ale na rynku jest warty tyle, ile nabywca chce za niego zapłacić. A że Chińczycy i Wietnamczycy wierzą, że leczy raka, poprawia potencję i odgania złe duchy, zlecają polowania. Za sześć lat na naszej planecie nie będzie ani jednego czarnego nosorożca. Pozostaną tylko te zamknięte w zoo. Sześć lat!

Czy przez te wszystkie lata podróżowania zrobiłeś coś, czego później żałowałeś oraz czy kiedykolwiek żałowałeś, że czegoś nie zrobiłeś?

- Ani jednego, ani drugiego. Nauczyłem się, że marzenia nie mogą być fantazją samą w sobie. Mogę marzyć, żeby zostać zawodnikiem NBA, ale to nigdy się nie wydarzy, więc szkoda na to czasu. Dla mnie marzenia to plany do zrealizowania. Coś mi się podoba, widzę, że mogę to zrobić, więc wpisuję marzenie na listę i zaczynam nad nim pracować. W ten sam sposób staram się traktować rzeczy, które już zrobiłem. Wielokrotnie czułem rozczarowanie, bo coś wyglądało inaczej niż to sobie zakładałem lub temat, na który poświęciłem kilka miesięcy nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.

- Jeśli podróże czegoś uczą, to na pewno tego, że ważniejsza od realizacji planu jest adaptacja do ciągle zmieniających się warunków. Jeśli nie możesz pojechać do miasta A, to pojedź do miasta B i zobacz, co tam jest ciekawego. Takie podejście gwarantuje brak poczucia żalu, że coś tam nie wyszło.

Wychodzisz z założenia, że aby w stu procentach posmakować miejsca, w którym przebywasz, zaadaptować się do nowych warunków, należy np. zjeść proponowaną przez miejscowych - dajmy na to zupę z małpy?

- Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wszystko zależy od kontekstu sytuacyjnego. Zdarzało mi się być niemal ambasadorem Polski w Korei, gdzie burmistrz miasta Yeosu zaprosił mnie do najlepszej knajpy w mieście i zaczął częstować specjałami południowokoreańskimi, czyli owocami morza na surowo. W takiej sytuacji nie możesz odmówić. Ale jeśli jesteś gdzieś w stepie w Mongolii i podają ci baraniego flaka, to mimo że odmowa takiego jedzenia to afront, i tak jesteś w stanie jakoś to załatwić. To nie jest zerojedynkowa sytuacja. Dużo zależy od kontekstu i tego, czy warto czy nie warto - czyli sumy kosztów.

Zbliża się zima. Spędzisz ją w Polsce, czy jak Pan Wojciech Cejrowski wolisz przetrwać tę porę roku w ciepłym kraju?

- Moje życie jest najczęściej planowane na miesiąc do przodu. Dziś mogę ci powiedzieć, gdzie będę spędzał święta Bożego Narodzenia, bo wiem, że będę je spędzał w domu. Ale gdzie będę w styczniu, to już nie wiem. Zobaczymy. Wszystko wskazuje na to, że będzie to moje ukochane Imire.

Czego życzy się podróżnikom, mimo że jak już na początku tego wywiadu ustaliliśmy, ty nim się nie czujesz?

- Tylu startów, co lądowań...

Rozmawiał: Łukasz Piątek


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje