Reklama

Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie: "Siedziałem na krawężniku i płakałem"

"Mam ogromne wyrzuty sumienia i nigdy się ich nie pozbędę" - mówi o tragicznym wypadku ze swoim udziałem Tomasz Hajto /MICHAL KOSC/REPORTER /East News

Nie wiem, czy było do końca legalne to, na jakie konta trafiały te pieniądze - ja ten zysk i tak ująłem w zeznaniu podatkowym. Z dzisiejszej perspektywy to było normalne szukanie raju podatkowego. Nie wiem, z jakiego powodu tego tematu nie poruszył żaden z kolegów z tamtej reprezentacji. Wszyscy tylko chodzili i się żalili. "Gianni, dostałeś już pieniądze?" - podpytywali mnie i jeden drugiego. "Ja nie, ja też jeszcze nie".

Reklama

W każdym razie czekałem na te pieniądze dwa lata. Marek przekazał mi je gdzieś na stacji benzynowej w Krakowie, po mojej stanowczej interwencji. Tłumaczył się, że nie ma jak przywieźć, że jeszcze chwila, że nie weźmie całej sumy. A wiem, że niektórzy czekali na kasę i pięć lat. Pojawiły się poważne zgrzyty. Nie wszystkim się przecież podobało, że mógł tyle czasu obracać tymi pieniędzmi. Zasadniczo szumu było z tego więcej, niż sprawa  okazała się warta. 

***
Nic w życiu nie rozbiło mnie bardziej niż tragedia, która wydarzyła się tuż obok mojego domu. Mam ogromne wyrzuty sumienia i nigdy się ich nie pozbędę. Uwierzcie mi: cierpię, ilekroć myślę o tym, co się wtedy stało. Dlatego robię wszystko, aby do tego nie wracać. Długo biłem się z myślami, jak to tutaj opisać. Najchętniej w ogóle nie poruszałbym tego wątku, ale jestem to winien czytelnikom, bo bez tego moja autobiografia byłaby niepełna. Minęło 14 lat, a cały czas to przeżywam. 

Byłem trzeźwy, ale przekroczyłem prędkość. Mogłem przecież jechać ostrożniej, wolniej. W końcu prowadziłem potężne auto, chryslera, a opony zimowe podczas deszczu miały słabszą przyczepność. Jechałem prawym pasem i ta kobieta weszła na ulicę tuż obok przejścia dla pieszych, ale jednak w jego obrębie. W ogóle nie widziała, jak nadjeżdżam - gdyby się zatrzymała, być może jakoś bym ją ominął. Dosłownie centymetry dzieliły życie od śmierci. Chciałem uciec w lewo albo na przystanek, ale było za późno. A potem to uderzenie, huk...

Zadzwoniłem po pomoc i - co ciekawe - pierwsza przyjechała lokalna telewizja. Ewidentnie służby dały cynk mediom, które okazały się szybsze od pogotowia. Dziennikarze robili mi zdjęcia, ale o nic nie pytali. Potem zjawiła się policja. Zadzwoniłem do żony. Renia natychmiast przybiegła. Karetka, reanimacja tej pani... Modliłem się, żeby ją uratowali. Ale kiedy zobaczyłem, że nakrywają ją czarną folią, nogi się pode mną ugięły.

Ogarnęła mnie rozpacz nie do opisania. Siedziałem na krawężniku i płakałem. Ryczałem także później, w radiowozie. Policjanci byli kibicami Widzewa, sami mi to od razu powiedzieli, ale bardzo starali się podtrzymać mnie na duchu. To wszystko przypomniałem sobie jakiś czas po wypadku, bo wtedy kompletnie się pogubiłem, nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje.

Na posterunku przebywałem do rana, przyjechał Marek Chojnacki, który siedział ze mną i rozmawiał, żebym nie zwariował. Był ze mną do końca, zachował się jak prawdziwy przyjaciel. Nigdy mu tego nie zapomnę. Co czułem? Przez pierwsze godziny zupełnie nic. Gdy jesteś w szoku, to nie wiesz, co mówisz, nie panujesz nad sobą. Później, gdy dotarło do mnie, co się stało, było jeszcze gorzej. W ciągu sześciu dni schudłem osiem kilogramów. Długo nie mogłem się po tym podnieść psychicznie - byłem zdruzgotany, nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Nie jestem człowiekiem ze skały, pękłem, nie mogłem się otrząsnąć. Przelatywały mi przez głowę rożne myśli, również taka, żeby ze sobą skończyć..

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje