Reklama

Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie: "Siedziałem na krawężniku i płakałem"

"Mam ogromne wyrzuty sumienia i nigdy się ich nie pozbędę" - mówi o tragicznym wypadku ze swoim udziałem Tomasz Hajto /MICHAL KOSC/REPORTER /East News

I wtedy zaczęło się coś, do czego nie powinno dojść. Awansowaliśmy na mundial jako pierwszy zespół z Europy. No to co? Jedziemy po medal. To było zupełnie niepotrzebne. Każdemu z nas pokora była wręcz niezbędna, ale poszło to w przeciwną stronę. Ego wszystkich zaczęło puchnąć w niesamowitym tempie. Do tego reklamy, wywiady, telewizje - zyskaliśmy ogromną popularność. 

Reklama

Jako piłkarze zaczęliśmy mieć większą świadomość, ile jest wart nasz wizerunek. Zderzyliśmy się z rzeczywistością, której nigdy wcześniej nie doświadczaliśmy. Reklama banku, chipsów, gorących kubków - pojawiało się tego coraz więcej. Zrobiliśmy zebranie całej drużyny, bo jednak nie wszyscy na tym korzystali. Ustaliliśmy, że tworzymy zgrany team i takie sytuacje nie mają prawa się zdarzyć.

Jeśli chcą na nas zarabiać, to każdy musi na tym zyskać. Pojawił się pomysł, żeby wrzucić wszystkie pieniądze do wora i podzielić je po równo. I tu się zaczęły pierwsze zgrzyty. Bo to jednak była głupota. Jeśli ktoś gra pierwsze skrzypce i zyskuje popularność, to firmy go biorą - w tym biznesie nie jest tak, że wszyscy mają takie same żołądki.

Padł pomysł, żebyśmy kupili sobie wszyscy coś, co będzie pamiątką na całe życie - stanęło na zegarkach z wygrawerowanym napisem "Awans Korea, Japonia 2002". Ja, Marek Koźmiński i Jacek Bąk od razu zgłosiliśmy się, że mamy sklepy, które wykonają je nam w dobrej cenie, ze zniżką, dzięki czemu wszyscy będziemy mogli wziąć sobie takie same zegarki. W końcu załatwiał to Marek. Nie pamiętam, ile dokładnie kosztowały, ale chyba po pięć tysięcy euro.

Zależało nam na dobrej atmosferze, więc zatrudniliśmy firmę, która ogarniała nam te wszystkie reklamy i dostawała z tego 20 proc.. A że pojawiło się coś około miliona euro, to po odliczeniu prowizji mieliśmy 800 tysięcy, które zamierzaliśmy podzielić po równo. Jeden z piłkarzy, dziś wzięty biznesmen z apetytem na stołek prezesa PZPN, zaproponował, aby puścić tę sumę przez jakąś zagraniczną firmę, którą założy w jakimś kraju, i w ten sposób zapłacić jak najmniej podatku. 

Nie do końca mi się to podobało, bo 25 tysięcy euro w tamtym czasie to nie były dla mnie jakieś wielkie pieniądze, a na całej operacji mogliśmy zyskać z sześć tysięcy. Ale Marek pięknie nam to rozrysował: przepuści tu, przepuści tam, założy konto za 36 tysięcy dolarów, wyjdziemy na tym tak i tak. Dolary, euro, brutto, netto. Zgodziliśmy się. I tak właśnie zrobił.

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje