Reklama

Technik zwłok. W prosektorium żywy jest tylko on

Na swojej pracy zna się jak mało kto, bo w branży działa z powodzeniem od kilkunastu lat. Zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, ucząc ich tego niezwykłego fachu. I chociaż codziennie w pracy spotyka kilka nowych osób, to jednak nie ma możliwości porozmawiania z nimi, bo w chłodnej sali prosektorium żywy jest tylko on...

O swojej pracy z Łukaszem Piątkiem rozmawia Adam Ragiel - technik sekcji zwłok i balsamita.

Reklama

***

Miewa pan koszmary senne?

Adam Ragiel: - Zdarzają się lepsze i gorsze sny. Ale wiem, o co chce pan zapytać. Nie, nie śnią mi się moi "klienci".

Codziennie ogląda pan ludzkie zwłoki i dobrze pan sypia?

- Dzieje się tak, bo ja pomagam, a nie szkodzę, więc sumienie mnie nie gryzie. Wszystko to, co robię, jest zgodne z etyką i zasadami, które obowiązują w moim fachu. Zatem jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby któryś z moich klientów odwiedził mnie we śnie.

Pan się w ogóle czegoś boi?

- Jedyne, czego można się w życiu bać, to ludzi żywych. Przecież na dobrą sprawę tylko oni mogą zrobić nam krzywdę. Zmarłych się nie boję.

Śmierci też się pan nie boi?

- Moim zdaniem ludzie nie boją się śmierci, ale samego umierania. Drżymy na myśl, że przyjdzie nam żegnać się z tym światem w bólach i mękach. Boimy się chorób nowotworowych, które kojarzą nam się z prawdziwą gehenną. Moja wymarzona śmierć? Po prostu położyć się spać i nigdy się już nie obudzić. Ale póki co nie mam zamiaru zapadać w tak długi i głęboki sen.

Dlaczego wybrał pan tak niecodzienną profesję?

- To wszystko potoczyło się trochę inaczej niż na początku zakładałem. Chciałem ratować ludzi. Marzyłem o pracy w pogotowiu jako ratownik medyczny.  Zdobyłem odpowiednie kwalifikacje, ale był problem ze znalezieniem pracy. Pomyślałem sobie - do trzech razy sztuka. Za każdym razem okazywało się, że miejsca są już pozajmowane, bo ktoś właśnie się przyjął, ktoś wrócił z urlopu macierzyńskiego itp. Dałem sobie spokój. Marzenia odłożyłem na bok i przyjąłem się do firmy, która zajmowała się obsługą pogrzebów.

- Zaczynałem od najprostszych rzeczy - wniesienie i wyniesienie trumny, wpuszczenie jej do grobu i tym podobne czynności. Z czasem zacząłem zdobywać wiedzę na temat przygotowywania zwłok do pochówku i tak już zostało.

Ale nie jest pan zwykłym, typowym pracownikiem zakładu pogrzebowego...

- Często firmy pogrzebowe odradzają rodzinie otwierania trumny, bo nie potrafią profesjonalnie zająć się ciałem. Ja jestem po to, by bliscy nieboszczyka mogli tę trumnę otworzyć i pożegnać się ze zmarłym - niezależnie od tego, w jakim stanie trafia do mnie ciało. Nie ma takich zwłok, których nie dałoby się doprowadzić do odpowiedniego stanu wizualnego.

Czym konkretnie pan się zajmuje?

- Kompleksowym przygotowaniem ciała do pochówku. Składa się na to kilka czynników - pośmiertna toaleta i kosmetyka, makijaż, powypadkowa rekonstrukcja zwłok. Następnie balsamacja, czyli bardzo profesjonalne zajęcie się zwłokami. Balsamacja ma na celu zatrzymanie procesów rozkładu ciała. Mówiąc wprost: przywracam zmarłemu naturalny wygląd.

Na czym polega balsamacja?

- Jest to poważny zabieg, który musi zostać przeprowadzony w odpowiednich warunkach. Polega na podaniu do układu krwionośnego płynów konserwująco-odkażająco-kosmetycznych. Wówczas ciało jest zakonserwowane i nie gnije, przechodzi w stan mineralizacji - wysycha i po kilku latach rozpada się w proch. Można rzec, że to taka opóźniona kremacja.

Powiedział pan wcześniej, że nie ma zwłok, których nie dałoby się doprowadzić do dobrego stanu. Zdarzają się jakieś ekstremalne przypadki?

- Najwięcej pracy mam przy ciałach zmasakrowanych przez przejeżdżający pociąg. Wypadki komunikacyjne mają to do siebie, że bardzo często brakuje wielu fragmentów ciała, więc praca przy rekonstrukcji jest dosyć czasochłonna i trudna. Natomiast to nie oznacza, że w tych ekstremalnych przypadkach nic nie da się zrobić. Nawet zwłoki poćwiartowane przez koła pociągu można złożyć w ten sposób, by później bez problemu móc otworzyć trumnę podczas ostatniego pożegnania.

A ciało, które uległo spaleniu?

- Nie ma najmniejszego problemu, by przywrócić je mniej więcej do stanu przed spaleniem. Dysponujemy takimi technikami, roztworami i specjalistycznymi kosmetykami, że nie będzie nawet czuć tego przerażającego zapachu spalenizny.

Co się dzieje, kiedy trafia do pana ciało w początkowej fazie rozkładu? Da się zatrzymać ten proces?

- Balsamacja zatrzymuje proces rozkładu, ale nie cofa tego procesu do stanu tuż po zgonie. Można przywrócić odpowiedni wygląd i pozbyć się nieprzyjemnego zapachu gnicia. Nieco mniejsze pole manewru mam w momencie, kiedy ciało jest naprawdę w fatalnym stanie, bo np. nieboszczyka znaleziono kilkanaście dni od momentu zgonu.

Fatalnym, czyli jakim?

- Internauci o słabych nerwach nie powinni tego czytać. Zdarzają się ciała, z których wychodzą robaki - zwłaszcza w okresie letnim. Bywa tak przy topielcach, kiedy zwłoki długo nie zostają znalezione. Podobnie jest z samotnymi, starszymi ludźmi. Kiedy ten proces gnicia postępuje, to nie brakuje chociażby much, które swoje potrafią zrobić. 

Jak pan reaguje na widok rozkładającego się ciała oraz na zapach? Przecież niektóre odruchy ludzkie są bezwarunkowe...

- Zazwyczaj nie mam z tym problemu. Nie jest to znieczulica, ale obycie się z tym widokiem i zapachem. Te nasze wszystkie obronne odruchy organizmu zaczynają się w głowie, w psychice. Zatem trzeba mieć odpowiednie podejście do tej pracy i czynności, które się w niej wykonuje.

- Jestem w tym zawodzie kilkanaście lat, więc nie mam odruchów wymiotnych i nie czuję obrzydzenia. Nawet kiedy wchodzi się do pomieszczenia, z którego ulatnia się niesamowity fetor, to po minucie człowiek się przyzwyczaja. Nie jest to nic przyjemnego, ale można się z tym oswoić. A nawet trzeba...

Czy przygotowanie ciała do pochówku to czasochłonne zajęcie?

- Samo podstawowe przygotowanie nie zabiera dużo czasu, bo trwa około 40 minut. W tym czasie można umyć zwłoki, zdezynfekować, ubrać i zrobić kosmetykę - obciąć paznokcie, uczesać włosy. Natomiast na zabieg balsamacji potrzeba od 2 do 3 godzin.

- Należy obserwować cały proces, bo chociaż płyny podawane są dotętniczo, to jednak zdarzają się zatory i wtedy pojawia się problem. Nie można jednak zostawić ciała, w którym zrobił się taki zator i płyn dajmy na to nie dostaje się do nogi. Dlatego tak ważne jest ciągłe podnoszenie umiejętności, by nabyć odpowiednią wiedzę i sprawnie operować technikami balsamacji nawet w nadzwyczajnych okolicznościach.

- Ja mam takie wrażenie, że podczas pracy przy zmarłym czas się zatrzymuje. Często tracę rachubę czasu. Zaczynam o 8 rano i za chwilę okazuje się, że jest 21,  a mnie się wydaje jakby nie minęła nawet godzina.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: prosektorium | zmarły | balsamowanie | zwłoki | pogrzeb | zgon | praca | narzędzia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje