Reklama

Szymon Kuczyński: Wielki wyczyn samotnego żeglarza

Fot. zewoceanu.pl /materiały prasowe

Ile przeczytałeś książek podczas drugiej wyprawy?

Reklama

- Z tego co pamiętam to ponad 140. Wyszło jedna książka co dwa dni. Ponadto nigdzie się nie wyspałem tak, jak na oceanie. Z dala od lądu nie trzeba nastawiać budzika. Jak coś się dzieje, to człowieka sam instynktownie się budzi.

Co wziąłeś ze sobą do jedzenia?

- Konserwy rybne, owoce, suszone jedzenie, ryże, kasze, kuskusy, wodę. To tak w dużym skrócie.

Jesteś na środku oceanu i bierzesz konserwy rybne?!

- Wiem, że to dziwne, bo wokół miałem sporo świeżych ryb. Choć tak naprawdę, to ja wcale za rybami nie przepadam. Gotowałem różne potrawy. Od czasu do czasu upiekłem ciasto.

Ciasto?!

- A ty nie lubisz czasami zjeść czegoś słodkiego?

Lubię. Ale żeby piec ciasto na maleńkiej łodzi pośrodku niczego?

- Miałem dużo wolnego czasu...

Jak wyglądała sprawa z ruchem? Na twoim jachcie można zrobić jakieś pięć kroków, nie więcej.

- To rzeczywiście był problem. Nie było możliwości robienia pompek czy przysiadów, bo jachtem cały czas bujało. Zabrałem ze sobą najzwyklejszą gumę do rozciągania. Brak ruchu mocno mi dokuczał, bo od dziecka mam problemy z kręgosłupem, a na łodzi się siedzi albo leży.

Chorowałeś na coś?

- Na szczęście nie. Generalnie choroby mnie raczej omijają, także na lądzie. Miałem jeden lot przez kabinę i rozciąłem wtedy łuk brwiowy i usta.

Lot przez kabinę?

- Podczas sztormu. Spokojnie spałem, kiedy jakaś zagubiona fala uderzyła mocno w burtę. To czasami się zdarza na oceanie, ale trzeba mieć dużo szczęścia, a raczej pecha, żeby coś takiego trafić.

Miałeś jeszcze jakieś przygody?

- Podczas sztormów miałem dwa głębokie przechyły, w tym jeden ponad 90 stopni. Jedną nogą stanąłem na suficie. Wszystko się poprzewracało, pomimo siatek zabezpieczających. Druga gleba, już mniejsza, bo przechył około 70 stopni, miała miejsce przed Hornem. W czasie tego przechyłu spadła druga fala na jacht i całą powierzchnię żagli. Doszło do uszkodzenia masztu. Później cały ten odcinek od Hornu do Europy płynąłem na awaryjnie usztywnionym maszcie. Musiałem coś wykombinować, żeby on w ogóle stał.

Można się doskonale przygotować do wyprawy, ale sam mi kiedyś powiedziałeś, że jest jedna rzecz, która żeglarzom spędza sen z powiek.

- Zapalenie wyrostka robaczkowego. Są dwa poglądy na ten temat. Niektórzy twierdzą, że przed takim długim rejsem należy go wyciąć. Na oceanie nie jesteś w stanie nic z tym zrobić. Jeśli dochodzi do zapalenia, to umierasz. Z tym że opinia lekarzy jest taka, że wycinanie zdrowego wyrostka nie jest najlepszą opcją. Ja zdecydowałem się nie wycinać. Stan naszego zdrowia znacząco wpływa na ryzyko podczas takich długich rejsów. Stąd też moja decyzja, żeby pływać teraz, a nie na emeryturze, bo później zdrowie może dużo mniej dopisywać. Zasadniczo staram się nie myśleć o sprawach, na które nie mam wpływu. To tylko dodatkowy, bezsensowny stres. Zawsze jest jakieś ryzyko. Możesz mieć wylew, cokolwiek. To się może wydarzyć u nawet u młodego człowieka. Więc takie założenie na życie, że się boisz, że się coś stanie, jest bez sensu.

Miałeś ze sobą jakąś apteczkę?

- Oczywiście. Taka apteczka jest bardzo rozbudowana. Na upartego rejs można przepłynąć bardzo wesoło, bo wszystko co w niej jest, to specyfiki na receptę. Antybiotyki, środki przeciwbólowe, adrenalina. Masa przeróżnych rzeczy. Ważna jest również łączność satelitarna, żeby móc się skontaktować z lekarzem. Ja mogę być przygotowany na pewne rzeczy, ale to nigdy nie zastępuje pełnej wiedzy medycznej. Druga, identycznie wyposażona apteczka, zostawiona była na lądzie, żeby w razie czego można ją było przesłać lekarzowi, który oceniłby, czym dysponuję na jachcie. Na lądzie była dokładna lista leków i ich ilość.

Wziąłeś ze sobą jakieś płynne rozweselacze?

- Całe pół litra orzechówki. Miała służyć do uczczenia opływania poszczególnych przylądków. W praktyce otworzyłem ją dopiero przed Hornem, na zasadzie - kieliszeczek po wyjściu ze śpiwora bardzo zimnego poranka, żeby się trochę rozgrzać. Nie spożywam alkoholu podczas rejsów. Zresztą uważam, że to trunek przeznaczony do spotkań towarzyskich.

Co najbardziej zachwyciło cię podczas wyprawy?

- Tych doznań jest naprawdę dużo. Bez wątpienia dla mnie takim numerem jeden jest zawsze spotkanie ze zwierzakami. W czasie tego drugiego rejsu było to spotkanie z orkami. Mała, sześciometrowa orka, dziecko. Mama była gdzieś w okolicy. Zaznaczyła swoją obecność. Mała podpływała na wyciągnięcie ręki. Gdybym wyciągnął rękę za burtę, mógłbym ją pogłaskać. Lekko się stresowałem, bo widziałem na filmach, jak orki potrafią się szybko i gwałtownie poruszać. Praktycznie ocierała się o jacht. Przekładała się na plecy, pokazywała brzuch, zachowywała się jak przyjazny pies, który kładzie się na plecach i chce, żeby go smyrać. I to jest chyba najfajniejsze w pływaniu na oceanie, że zwierzęta tam zachowują się dokładnie na odwrót niż zwierzęta na lądzie. Dzikie zwierzaki na lądzie uciekają od człowieka, a na oceanie jesteś dla nich ciekawostką. Kompletnie się nie boją. Podlatuje jakiś egzotyczny ptak, siada koło ciebie na pokładzie i ma cię w głębokim poważaniu, bo on teraz sobie odpoczywa.

Rekiny również się tobą interesowały?

- Rekiny to osobny problem, bo ja się ich panicznie i irracjonalnie boję. Tyle, że nigdy na oceanie ich nie spotkałem. Widziałem je raz w stawie przed jakimś hotelem. Za każdym razem jak wchodzę do wody, to jestem przekonany, że tam z tyłu już coś do mnie płynie. Człowiek się naogląda głupich filmów i później świruje.

Kusiło cię czasami, żeby podczas ładnej pogody wyskoczyć za burtę i popływać?

- Od czasu do czasu to robię, choć tak naprawdę to bardziej przymus niż potrzeba. Jest taki rejon - równikowa strefa ciszy, gdzie bardzo często praktycznie w ogóle nie wieje wiatr. Łódka stoi w miejscu. A im dłużej stoi, tym szybciej zaczyna zarastać. Woda ma temperaturę 30 stopni, więc momentalnie pojawia się życie na jakiejś powierzchni. Wskakiwałem do wody ze szpachelką, żeby wyczyścić jacht, bo takie narośla bardzo go później spowalniają. Natomiast w innych okolicznościach przyrody, dla przyjemności nie wskakiwałem do wody, bo jacht za szybko płynie, żebym zdążył go dogonić.

Jak wyglądają noce na oceanie?

- Nieprawdopodobnie pięknie. Nigdzie, na żadnym lądzie nie ma takiej przejrzystości powietrza jak na oceanie. Gwiazdy są tak wyraźne, tak blisko. Tuż przed zachodem słońca, kiedy temperatura zaczynała spadać, wychodziłem z książką z kokpitu i po raz enty oglądałem zachód. To zawsze jest spektakularne. Później pojawiają się gwiazdy, księżyc. Możesz siedzieć godzinami i się na to lampić. A tu jeszcze ci jakaś ryba wyskoczy, jakiś delfin. Bajka totalna.

Podczas rejsu chodziła za tobą jakaś potrzeba zrobienia czegoś od razu po wejściu na ląd?

- Jest masa takich rzeczy, bo mieszkając na tak małej łódce masz pewne ograniczenia bytowe. Uwielbiam lody. W gorącym klimacie mógłbym codziennie żywić się tylko i wyłącznie lodami. Jak wracam na ląd, pędzę do sklepu, kupuję litrowe lody. Zwykłe przyziemne potrzeby - zimne piwko, potrzeba ruchu, spotkanie ze znajomymi.

Miałeś podczas swoich rejsów chociaż jedną chwilę zwątpienia?

- Nigdy nie żałowałem, że wybrałem się w rejs. Natomiast podczas sztormu, kiedy uszkodziłem maszt, przez głowę przeszło mi pytanie czy ukończę rejs. Pamiętam, co dokładnie wtedy pomyślałem: "Aha, to tak się kończą takie projekty". Chwilę później refleksja: "Zaraz, zaraz, przecież chwaliłeś się na lewo i prawo, że jesteś przygotowany na każdą awarię. Zamiast rozmyślać, trzeba się było wziąć do pracy". Takie rozwiązanie polecam każdemu.

Co czułeś, kiedy kończyłeś wyprawę?

- To była myśl na zasadzie - plan wykonany. Cieszyłem się, że to wszystko skończyło się zgodnie z założeniami, a nawet wyprzedziłem harmonogram. Cieszyłem się każdym dniem spędzonym podczas tej wyprawy. Coś się kończy, coś się zaczyna. Człowiek już zaczyna kombinować, jak wrócić na ocean.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje