Reklama

Smokowski & Twarowski: Roboty zazdrości im co drugi facet

To bez wątpienia najbardziej rozpoznawalny duet ekspertów piłkarskich w Polsce i zarazem jedni z najlepszych komentatorów w naszym kraju. Pracują razem w tej samej stacji nieprzerwanie od prawie 18 lat. W dużej mierze to właśnie dla nich widzowie w każdy niedzielny wieczór włączają telewizory. Parafrazując słowa jednego z nich - siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i zapraszamy do naszego wywiadu z dziennikarzami stacji Canal Plus Sport Andrzejem Twarowskim i Tomaszem Smokowskim.

O wybitnym piłkarzu często mówi się, że to żywa legenda grająca w danym klubie. Pewnie za chwilę powiecie, że tak nie jest, ale myślę, że większość kibiców i telewidzów uważa was za taki legendarny duet ekspertów piłkarskich.

Reklama

Andrzej Twarowski: - O Jezu... Ja nie lubię takiego gadania, że ktoś jest legendą. Znaj umiar mocium panie.  Legendą może być Zbigniew Boniek, Kazimierz Górski, Lubański, Mann z Materną, a nie Smokowski z Twarowskim.  Pracujemy razem 17-18 lat i najfajniejsze w tym jest to, że nie jesteśmy sobą zmęczeni. Nie miałem nigdy takich zapędów, że chciałbym coś robić sam, bez Tomka. My po prostu się lubimy, szanujemy i najzwyczajniej w świecie dobrze nam się pracuje. Lubimy się poza anteną.  Od razu dodam, że czasami mnie się łatwiej pracuje z Tomkiem, niż jemu ze mną. On jest bardziej... hmmm... poukładany - tak, to dobre słowo. A Ty Smoku, jak się czujesz, jako "legenda"?

Tomasz Smokowski: - To byłby początek naszego końca, gdybyśmy zaczęli myśleć, że jesteśmy wyjątkowi. Zacytuję - o ile dobrze pamiętam Bobo Kaczmarka - "legendy są na Powązkach". Kiedy zaczniesz myśleć o sobie, jaki to jesteś wielki, fantastyczny i wspaniały, to naprawdę będzie z tobą już tylko gorzej. Wtedy zaczyna się zjazd. Wkrada się wówczas rutyna, podejście "jakoś to będzie". Mamy w sobie na tyle higieny pracy, szacunku do siebie i widza, że nie pozwalamy sobie zbyt wysoko odlecieć.

Andrzej Twarowski: - To trochę tak, jak w piłce nożnej - jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. W naszym przypadku dotyczy to ostatniego komentarza lub programu. Narzucamy sobie pewne standardy, dużo od siebie wymagamy. Jesteśmy świadomi tego, że naszą pracę musimy wykonać na odpowiednio wysokim poziomie, bo ten rynek jest bardzo nasycony wieloma dobrymi dziennikarzami.

Tomasz Smokowski: - Ale żeby nie było: mamy także poczucie własnej wartości i wiemy, że już coś osiągnęliśmy. Staramy się patrzeć na naszą pracę obiektywnie: jeśli zrobimy coś źle, to potrafimy się do tego przyznać.

Andrzej Twarowski: - Poza tym, jak ktoś mnie trochę zna, to wie, że ja nigdy nie jestem zadowolony. Zawsze po meczu lub programie mam do siebie jakieś "ale", bo wiem, że można było zrobić coś lepiej. Błędy po mnie nie spływają. Samobiczowanie mam opanowane do perfekcji.

Tomasz Smokowski: - Andrzej od 18 lat nie ma poczucia, że zrobił coś dobrze.

Jaka była relacja między wami na samym początku wspólnej pracy? Pojawiła się rywalizacja?

AT: - Nie ścigaliśmy się. T o wynika z naszych charakterów. Każdy z nas ma wyczucie, kiedy zrobić krok w tył, ustąpić drugiemu. Nigdy nie rywalizowaliśmy między sobą o prowadzenie jakiegoś programu. Na samym początku Janusz Basałaj postanowił, że będziemy pracować w duecie, więc siłą rzeczy nie było konkurencji. Nigdy nie było sytuacji, żeby któryś z nas powiedział: a teraz wszystkie kamery na mnie! Powiem więcej: czasami trzeba usunąć się w cień, bo to dobrze robi człowiekowi. Najgorsze, co może być, kiedy mowa o osobie z telewizji,  to przesyt taką postacią. Ja osobiście bardzo nie lubię, gdy ktoś mi wyskakuje z lodówki, mikrofalówki czy innej zmywarki. Lans mnie brzydzi i działa na mnie odpychająco. 

TS: - Suma umiejętności dwóch zawodników na boisku jest większa, niż każdego z osobna. Ja mam takie poczucie, że w duecie z Twarem jestem lepszy, niż solo. Naprawdę tak myślę. Takie danie ma idealne proporcje soli i pieprzu.

Pan Andrzej powiedział w jednym z wywiadów, że błogosławi dzień, w którym dowiedział się, że będzie pracował z Tomaszem Smokowskm. Natomiast pan panie Tomaszu stwierdził kiedyś, że jeśli  nie może pan prowadzić programu z Andrzejem Twarowskim, to woli prowadzić sam, niż z kimś innym. Faktycznie się lubicie.

TS: - Andrzej! Aż tak?! Błogosławisz?! Nieźle! A tak już całkiem serio, to zgadza się. Mam w sobie na tyle dużo empatii, że kiedy prowadzę program z kimś w zastępstwie za Twarożka, to denerwuję się za tę osobę, bo chciałbym jej bardzo pomóc, żeby się nie stresowała, żeby wszystko poszło po naszej myśli. Mam tę wadę, że wychodzę z założenia, iż nikt tak dobrze nie przygotuje czegoś, jak ja sam. Ale muszę powiedzieć, że ostatnio prowadziłem kilka programów z Krzyśkiem Marciniakiem i jest on nieprawdopodobnie sprawnym prezenterem i dziennikarzem. Ma wszystko to, czego potrzebuje prezenter: wygląd, wiedzę, prezencję, kamery go lubią. Jest od nas młodszy i przystojniejszy.

AT: - Krzysiek to jeden z najlepszych naszych transferów. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że udało się go namówić do przejścia do naszej stacji. Ma wielkie zadatki, żeby zostać najlepszym prezenterem telewizyjnym, bo to jest jego żywioł. Ma wszystkie cechy rasowego dziennikarza. Jestem pod ogromnym wrażeniem "pięknego Krzysztofa", jak na niego mówimy.

Czy kiedykolwiek doszło między wami do jakiegoś poważniejszego konfliktu na tle zawodowym?

TS: - Kilka razy się pokłóciliśmy. Mieliśmy nawet taki małżeński kryzys. Nie pamiętam, o co dokładnie nam poszło, ale doszliśmy do wniosku, że trzeba chwilę odpocząć.

AT: - To ty zaproponowałeś, żebyśmy zrobili program osobno. Ale ja też nie mam pojęcia, o co się wtedy sprzeczaliśmy.

TS: - Chyba o nietrzymanie w ryzach programu, chyba o to...

AT: - Niewykluczone. Nie przypomnę sobie. To było osiem lat temu. Jak widać - nie doprowadziło to do rozpadu naszego "związku zawodowego".

Kto jest większym gadułą?

TS: -Andrzej jak się już zaangażuje w rozmowę, to przestaje słuchać naszego wydawcy, który mówi nam na "ucho", że trzeba kończyć, bo przecież to program na żywo i musimy sztywno trzymać się planu. Ale on w ogóle tego nie słyszy, nie reaguje. Mamy taki system, że piszę mu na kartce literkę T, co oznacza "time". Andrzej wtedy zapomina alfabetu.

AT: - W niektórych sytuacjach faktycznie jestem niesterowalny.

TS: - To mimo wszystko jest siłą naszego programu, że jesteśmy tak różni od siebie.

Który za was częściej ustępuje drugiemu?

TS: - Ja ustępuję częściej.

AT: - Tak?

TS: - No pewnie. Chociażby przy zadawaniu pytań. Zresztą mamy tzw. "system nogi", i podczas programów...

AT: - Wychodzę mocno posiniaczony.

TS: - Jasne... Przecież ty mnie częściej kopiesz. Ale wracając do "systemu nogi"-  choć jak to teraz  powiem, to już każdy będzie zwracał na to uwagę, trudno. Chodzi o to, że Andrzej pierwszy zadaje pytanie, potem ja, chyba że Andrzej trąci mnie nogą.

AT: - Co najczęściej ma miejsce...

TS: - No właśnie! Kopie mnie bez przerwy. Czasami nie odzywam się przez dobrych kilka minut. Ale nie mam z tym wielkiego problemu. Nie ścigamy się.

Powiedzieliście, że jesteście, jak stare, dobre małżeństwo. Domyślam się, że pojawiały się pokusy "skoku w bok", ale mimo wszystko do waszego "rozwodu" nie doszło. Dlaczego?

AT: - Były dwie propozycje pracy za dużo większe pieniądze. Poszliśmy nawet na rozmowę, ale kiedy usłyszeliśmy, jakie wizje roztaczają przed nami ci ludzie, w jaki sposób podchodzą do firmy, w której pracujemy, traktują ją z góry i lekceważąco, to wiedziałem, że z takimi delikwentami nie zamierzam współpracować. Nawet za górę pieniędzy. Mam swoje zasady, tak zostałem wychowany. Na pewne sprawy nie umiem przymknąć oka. Zresztą Tomek był tego samego zdania.

Poza tym, jeśli siedemnaście lat grasz w jednym klubie, to niełatwo jest podjąć decyzję o zmianie pracodawcy. Jesteś zżyty z ludźmi, miejscem i z naszymi abonentami. Nasza siłą jest to, że umieliśmy zbudować więź z widzami. Mam wrażenie, że jesteśmy sobie bliscy.  

TS: - Skoro jesteśmy w tej tonacji małżeństwa, to po co się rozwodzić, kiedy jest dobrze?

Co Smokowski zmieniłby w Twarowskim, a co Twarowski w Smokowskim?

TS: - Niczego, bo zmiana czegokolwiek byłaby...

AT: - Odejściem od Twarowskiego!

TS: - Zaburzyłaby jego równowagę. No dobra - jedno bym zmienił. To, co mówiłem wcześniej: Twaro mógłby być bardziej uporządkowany podczas Ligi Plus Ekstra, bo on jest niczym hipis - nie stosuje się do systemu. Nie tak dawno mieliśmy program, w którym gościem był Zbigniew Boniek. Minutę przed wejściem na antenę mówię: Andrzej, mamy do przedyskutowania jedną kontrowersję dotyczącą meczu Lechia - Śląsk, więc nie zadawaj pytania Bońkowi, zanim nie omówimy tej kontrowersji, bo zrobi się bałagan. Andrzej zapisuje to na kartce i kiwa głową na tak. Wchodzimy na wizję i pierwsze, co Twarożek robi, to zadaje Bońkowi pytanie. Z Andrzejem jest tak, jak z naszymi żonami, choć mam nadzieję, że tego nie przeczytają, one też mają różne wady, ale kochamy je takie, jakimi są.

AT: - Jak wiadomo raczej nie słynę ze słodzenia, ale teraz chyba musze zrobić wyjątek.

TS: - Dajesz Twaro! Słodzisz, słodzisz!

AT: - Tomek to jedna z takich osób...

TS: - Uwaga! Teraz wyjdzie jakiś pan zza winkla i wręczy mi kwiaty od Andrzeja!

AT: - To jedna z takich osób, u której ciężko jest znaleźć jakąś rzecz, do której można by się przyczepić. Momentami aż mnie to denerwuje, bo każdy z nas ma jakieś słabsze punkty, coś, co irytuje, bywa denerwujące. A ja tak szukam i szukam tych wad, lata mijają i nadal mam pustą kartkę. Tomek jest osobą, która nikomu nie wadzi, każdego akceptuje.

TS: - Znalazłby znalazł, ale nie będziemy grzebać.

Co jest siłą waszego programu?

AT: To, że nie jest on sztywny. Odczuwam dużą satysfakcję z tego, i nie będę tutaj fałszywie skromny, że zmieniliśmy formułę prowadzenia programów sportowych w naszym kraju. Nie ma się co oszukiwać, że teraz jest inaczej. U nas jest sporo merytoryki, troszeczkę luźniejszej atmosfery, co przekłada się na to, jak nasz program odbierany jest przez widzów. Jesteśmy naturalni. Jak pan się przejdzie po tym budynku (siedzibie Canal Plus - przyp. red.) i porozmawia z ludźmi, którzy znają nas od kilkunastu lat, to oni powiedzą, że w telewizji jesteśmy tacy sami jak na co dzień.  Mnie u ludzi telewizji nie podoba się to, że zapala się lampka i oni zamieniają się w kogoś innego.  

TS: - To był m.in. powód, dla którego nie odeszliśmy z C+. Ta stacja zawsze pozwalała na bycie sobą. Oczywiście na samym początku nie byliśmy naturalni tak, jak jesteśmy teraz, bo byliśmy świeżakami, których rzucono na głęboką wodę. Zawsze jednak mieliśmy wolną rękę.

AT: - Przez te kilkanaście lat nikt nigdy do nas nie przyszedł i nie powiedział: Panowie, to tak wyglądać nie może, musicie być bardziej poważni. To najkrótsza droga by wylać dziecko z kąpielą.   

Czy informacja o tym, że nieprzerwanie od kilkunastu lat robicie najlepszy, piłkarski program w Polsce, dotarła do głównej siedziby C+ we Francji? Otrzymaliście jakieś pochwały? Może ktoś przyjechał was podglądać?

TS: - Dwa lata temu przyjechał do nas człowiek z francuskiej redakcji C+, żeby spojrzeć świeżym okiem, jak sobie radzimy.  To był doświadczony facet z tamtejszej telewizji. Spędziłem z nim trochę czasu i na koniec powiedział mi, że nie spodziewał się tego, że u nas robi się programy na tak wysokim poziomie. Był pod dużym wrażeniem.

AT: - Rozczaruję tych wszystkich, którzy chcieliby usłyszeć ode mnie, że jesteśmy ludźmi, którzy naszym kolegom po fachu z Anglii czy Francji mogliby mikrofony czyścić. Otóż nie. Nie mamy się czego wstydzić.

Jak wygląda wasz dzień pracy?

AT: -Tak samo jak innych dziennikarzy. Dziś przepływ informacji jest nieograniczony, więc tak naprawdę w pracy jesteś cały czas. Stoisz w kolejce po bułki i sprawdzasz na telefonie Internet, śledzisz newsy, jesteś na bieżąco. Dziś mamy takie czasy, że o pracy myśli się niemal non stop. Trzeba uważać, by nie wsiąknąć w nią całkowicie, bo wtedy odbędzie się to kosztem rodziny. A rodzina to jest wartość absolutnie najważniejsza. To tak naprawdę jest nasz największy sukces w tej pracy. Że umiemy ją pogodzić z życiem rodzinnym.

Niekiedy z przerażeniem patrzę na ludzi, którzy robią bożka z Twittera, są niczym w hipnozie. Nie wiem, jak ktoś znajduje czas na wysłanie 50 wiadomości dziennie. Takie życie musi być chyba strasznie smutne i puste, bo przecież nic nie jest w stanie zastąpić żywego kontaktu z drugim człowiekiem. Co z tego, że napiszesz na Twitterze jedno, drugie, trzecie, dziesiąte efektowne zdanie, skoro i tak nic po tym nie zostaje. Nie rozumiem tej nieodparta chęci na ciągłe bycie w przestrzeni publicznej.

Na salony was nie ciągnie. Nie brylujecie na "ściankach". Gaśnie ostatnia lampka w studiu i wy wracacie do swoich domów. Naprawdę nie macie pokusy, żeby stać się trochę takimi celebrytami?

AT: - To sprawa obrania własnej drogi. Ja już na początku swojej przygody z telewizją powiedziałem sobie, że do wszystkiego dojdę ciężką pracą i warsztatem. Nie chciałem być oceniany przez pryzmat tego, że gdzieś bywam, pokazuję się i lansuję. Kompletnie mi na tym nie zależy. To pewnie droga trudniejsza i dłuższa, bo dziś niewiele trzeba zrobić, żeby  zostać zauważonym, stać się gwiazdką Internetu. Dziś bycie sławnym nie jest żadnym miernikiem twoich umiejętności. Przeraża mnie fakt, że "gwiazdy" mnożą się niczym grzyby po deszczu, a w głowach pusto.  

TS: -Kilka razy - siłą rzeczy - człowiek musiał pójść na jedną, czy drugą taką imprezę typu czerwony dywan i "ścianka", i uważam to za najbardziej stracone w moim życiu wieczory. Ludzie klepią się po plecach, fałszywie uśmiechając się do siebie. Próżne rozmowy, błahe i banalne jestestwo. Jak Boga kocham - wolę wieczorem posiedzieć w domu i poczytać książkę.

W waszym programie nie brakuje zabawnych sytuacji. A czy jest taka, która zapadła wam głęboko w pamięć?

TS: - Faktycznie, w każdym programie jest dużo śmiechu, a już najwięcej przed programem!

AT: - Myślę, że na wyróżnienie zasługuje sytuacja z Kazkiem Węgrzynem i tym "rzutem karnym".

TS: - Kazek się lekko zawiesił, bo była końcówka programu i nie spodziewał się, że jeszcze go o coś zapytamy.

AT: - Faul miał miejsce w środkowej strefie boiska. Kazimierz jednak odpłynął gdzieś myślami i stracił kontakt z bazą. Nagle pojawia się pytanie: A co ty Kazek myślisz o tej sytuacji? Na to Kaziu: Ewidentny karny, ewidentny karny! Były też inne, kultowe momenty, jak chociażby "kontakty Piotra Świerczewskiego", który na wizji wyjmował telefon i mówił, że może zadzwonić do różnych osób, bo ma rozległe kontakty.

TS: - Czasami przed wejściem na antenę jest aż za wesoło i musimy się przywoływać do porządku.

AT: - Trzeba jednak uważać, by nie przekroczyć pewnej granicy. Bo kiedy jest za wesoło, to może dojść do sytuacji, kiedy dobrze bawią się tylko prowadzący, a widzowie przed telewizorami już niekoniecznie.

Macie jakieś sposoby, żeby zdusić śmiech na wizji, kiedy aż łzy napływają do oczu?

AT: - Miałem ostatnio taką sytuację, kiedy już nie dawałem rady. Patrzyłem na Tomka Wieszczyckiego, on spoglądał na mnie i obaj pękaliśmy ze śmiechu. Czasami bywa, że nagle włącza się człowiekowi głupawka. W takich momentach z całej siły wbijam sobie paznokieć kciuka w palec wskazujący. Ewentualnie myślę sobie na siłę o czymś bardzo smutnym. 

TS: - Haha, serio?!

AT: - Trzeba sobie jakoś radzić.

TS: - Ze mną najwięcej problemu ma nasza Pani Basia, która maluje nas przed wejściem na antenę. Mam ten problem, że bardzo często płaczę ze śmiechu i rozmywa mi się puder pod oczami. Natomiast chyba nie miałem aż takiego ataku śmiechu, żebym musiał się okaleczać jak Andrzej.

AT: - Ja najtrudniejsze chwile przeżywałem z Edwardem Durdą. Powiem wprost: nie możemy z Edkiem pracować razem. W 1998 roku komentowaliśmy razem z "dziupli"  jakiś mecz podczas Mistrzostw Świata we Francji. To znaczy mieśmy komentować, bo zamiast tego pękaliśmy ze śmiechu. Doszło do takiej sytuacji, że jeden z nas wychodził z "dziupli" na 15 minut, żeby drugi mógł w spokoju komentować. Kiedy indziej prowadziłem z nim program, bo Tomek był chory. Nie wiem, jak dotrwaliśmy do końca.

TS: - Oglądałem ten program w telewizji, leżąc w łóżku. Zacząłem żegnać się w myślach z Andrzejem, bo faktycznie myślałem, że Janusz Basałaj tej próby jednak nie wytrzyma i podziękuje Andrzejowi. Na szczęście tak się nie stało.

Boicie się, że kiedyś przyjdzie taki moment, a on pewnie kiedyś nadejdzie,  że poczujecie się wypaleni zawodowo? Macie na życie jakiś plan B?

AT: - To jest trudne pytanie. Kiedy nadejdzie dzień, w którym szefowie powiedzą nam, że  zdziadzieliśmy, staliśmy się zgryźliwymi tetrykami, trzeba będzie ustąpić miejsca młodszym, lepszym. Jednak dziś ciężko mówić o planie B. Doszła przecież nam Liga Mistrzów, Liga Europy. Trzeba się skupić na bieżącej robocie, a nie rozmyślać nie wiadomo o czym.  Jak nas życie zmusi do zmiany, to wtedy zaczniemy się nad tym zastanawiać. Myślę, że jesteśmy na tyle ogarnięci i kreatywni, że poradzimy sobie. Nie wiem, czy dalej będzie to dziennikarstwo. Może trzeba będzie spróbować swoich sił w czymś innym. Takie decyzje zawsze zależą od kilku spraw, czyli najpierw - co? Następnie - gdzie? Potem - z kim?, A na końcu - za ile?  

TS: - Mamy dwie ręce, dwie nogi, nienajgorsze myślę nazwiska, które nie są zepsute rzeczami, których mielibyśmy się wstydzić, więc nie obawiam się o przyszłość.

AT: - Ta robota nas ogromnie pasjonuje. Nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek piłka nożna miałaby mi się całkowicie znudzić. Nawet, jeśli nie będzie mnie już w dziennikarstwie, to prywatnie będę ciekawy, co się dzieje w Manchesterze United, jak zagrał Arsenal, która w tabeli jest Chelsea. Nawet ligą francuską będę się interesował Tomku...

TS: - I to mi się podoba!

Rozmawiał Łukasz Piątek

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje