Reklama

Rozebrać Magdę Mołek...

Marcin Meller, naczelny"Playboya", opowiada o bujnej młodości, Afryce oraz o tym, z jakich powodów rozbierają się znane Polki.

O imprezach "tematycznych" Mellera krążyły w Warszawie legendy. Jak to jest być czołową postacią warszawki?

Reklama

Za tę warszawkę pokutuję od dawna (śmiech). Byłem jedną z nielicznych osób, które powiedziały: "Ok. Jeśli ktoś chce mnie nazywać warszawką, nie będę protestować". Rzeczywiście, organizowałem w latach 90. huczne imprezy, przez które przewijało się kilkaset osób, czasami nawet tysiąc. Zawsze byłem człowiekiem towarzyskim i lubiłem się bawić. Już w czasach liceum nosiło mnie i miałem znajomych z różnych szkół, później pracowałem 12 lat jako reporter "Polityki" i siłą rzeczy poznawałem wielu ludzi. Teraz jest "Playboy" i to wszystko się jakoś zapętla. Bycie warszawką nie wywołuje we mnie poczucia euforii, ale też nie protestuję. Jednak grono moich przyjaciół to wąski krąg ludzi, niezmienny od czasów studiów.

Pochodzisz z rodziny o tradycjach historycznych. Chyba polubiłeś studiowanie, byłeś "wiecznym" studentem na historii...

Tak, ale wreszcie ja skończyłem! Na historię zdawałem, bo w latach 80. ten wydział miał opinię najbardziej opozycyjnego na uniwersytecie. Tam co drugi student konspirował. Chodziło o to, by spotkać interesujących ludzi i ciekawie spędzić czas na studiach. Nie zawiodłem się. Chciałem być zawodowym rewolucjonistą.

Ale z wydziału historii do "Playboya" daleka droga...

W życiu niczego nie planuję. Wszystkie rzeczy zawodowe, jakie mnie spotykają, po prostu przydarzają się. W "Polityce" zacząłem pracować, bo potrzebowałem kasy na wakacje. Miałem pracę w archiwum, potem coś przypadkiem napisałem, zaproponowano mi staż na trzy miesiące i tak się zrobiło 12 lat. Podobnie z telewizyjnym "Agentem". Dostałem propozycję od prezesa TVN i 24 godziny do namysłu.

Byłeś działaczem NZS, teraz działasz w mediach i rozrywce. Znudził ci się etos społecznika?

U mnie zawsze mieszała się natura społecznika z naturą człowieka rozrywkowego. Choć mam czasem takie momenty... Na przykład w czasie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie aż mnie trzęsło w środku, że nie mogę tam pojechać. Moim zdaniem ta działalność w NZS, happeningi Pomarańczowej Alternatywy i praca w "Playboyu" się jakoś łączą.

Kiedyś twoim autorytetem był Adam Michnik. Kogo teraz uważasz za wzór?

Nie mam takiego autorytetu, jakim dla osób wierzących był i jest Jan Paweł II. Są ludzie, których podziwiam, na przykład Władysław Bartoszewski, Ryszard Kapuściński, Mario Vargas Llosa. Z dziennikarzy także Tomasz Lis, Wojciech Jagielski z "Gazety Wyborczej" czy duet Morozowski - Sekielski.

Twój ojciec jest znanym dyplomatą, nie chciałeś zamieszkać za granicą?

Nie wyobrażam sobie życia poza Polską, choć dużo podróżowałem i w sumie spędziłem prawie dwa lata w Afryce. Dziś nie ma o tym mowy. Tu jest mój dom, rodzina, przyjaciele. Choć był taki moment, jak spędziłem rok w USA... Miałem 22 lata i myślałem, żeby zostać tam na studia. Z różnych powodów tak się nie stało. Ale bardzo polubiłem Stany i świetnie się tam czułem.

Nie tęsknisz za Czarnym Lądem?

Tęsknię oczywiście, bo ja nie byłem turystą, który zrobi zdjęcia i wyjedzie. Mieszkałem wśród tych ludzi, jadłem z nimi, chodziłem na uroczystości rodzinne, dorabiałem sobie pisaniem do miejscowych gazet i robieniem zdjęć. Trzy razy przechodziłem też malarię, raz ledwo uszedłem z życiem. Ale były też zabawne sytuacje. W jednej z wiosek, w których mieszkałem, byłem jednym z dwóch białych ludzi. Afrykańczycy białych, podobnie jak my czarnych, nie rozróżniają za dobrze. Czasem na pytanie, czy nie widzieli tego drugiego, Niemca, odpowiadali: "Tak, niedawno był w barze". A ja uświadamiałem sobie, że to ja tam byłem. Może to też tęsknota za czasami młodości, chwilami, kiedy wszystkie drogi wydają się stać otworem.

Cenisz u ludzi intelekt? Pytam, bo masz na koncie zwycięstwo wśród VIP-ów w narodowym teście inteligencji...

Razem z Piotrem Pacewiczem. Ale ten test to był rodzaj zabawy i umiejętności rozwiązywania łamigłówek. Do pierwszej trójki nie załapał się Jan Rokita, a nikt raczej nie podejrzewa go o brak inteligencji. Lubię ludzi inteligentnych, brak inteligencji mnie zwyczajnie męczy. Są ludzie, do których trzeba mówić "drukowanymi literami". Jedną z rzeczy, która cenię u moich przyjaciół, jest właśnie inteligencja. Rozmowy z nimi są jak ping-pong, przerzucanie się skojarzeniami. Gdy ktoś tego nie łapie, to jest bolesne. Frapuje mnie u kobiet to, że kobieta może nie być ogólnie inteligentna, ale ma zawsze rodzaj wyczucia sytuacji, inteligencji emocjonalnej.

Pomówmy o kobietach. Podobno Polki słyną z urody...

Zdecydowanie. Gdy wracam z zagranicy i idę Krakowskim Przedmieściem, to przeżywam rodzaj silnego wzburzenia emocjonalnego. A mam porównanie, bo w wielu krajach byłem. Przynajmniej pod tym względem Polska bogactwem stoi.

Ale na świecie furorę robią Rosjanki.

To jest moda. One oczywiście są bardzo piękne, ale był czas na Czeszki, teraz Zachód przeżywa fascynację Rosją. Jeśli jest do wyboru modelka rosyjska, polska czy węgierska, to wybiorą Rosjankę. Akurat mam porównanie z Moskwą i uważam, że w Warszawie jest pod względem urody kobiet lepiej niż w rosyjskiej stolicy. Na ulicy, ale też w knajpie czy w klubie.

Jaka gwiazda pomimo twoich usilnych zabiegów jeszcze się w "Playboyu" nie rozebrała?

Magda Mołek (śmiech).

Kogo najtrudniej było przekonać?

Z Kayah negocjowaliśmy rok. Z Korą rozmowy trwały, od kiedy pismo powstało i udało się po 6 czy 7 latach. Magda Wójcik powiedziała stanowcze "nie", a potem się nagle zgodziła. Trzeba próbować, dzwonić, spotykać się. Czasem czytam wywiad z kimś, kto na pytanie, czy rozebrałby się dla "Playboya", odpowiada twierdząco i chwytam za telefon.

Niektóre gwiazdy mówią wprost, że robią to wyłącznie dla pieniędzy...

Niektóre pewnie tak. Ale pobudki są różne - pieniądze, doza próżności, wygłup, prowokacja albo kobieta chce mieć po prostu piękne zdjęcia, pokazać kiedyś dzieciom czy wnukom. Raczej rzadko się spotykam z tym, żeby chodziło wyłącznie o pieniądze.

Czy trudno jest rozebrać Polkę? Czy mamy większe poczucie wstydu niż inne Europejki?

Nie potrafię powiedzieć, jak wygląda to od strony profesjonalnej. Z moich obserwacji wynika, że Polki są bardziej na dystans niż zachodnie Europejki. Są na przykład bardziej powściągliwe niż

Węgierki. Ale, żeby było jasne, nie bazuję na osobistych doświadczeniach (śmiech).

Joanna Rokicka

Tekst pochodzi z gazety

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rzeczy | Warszawa | śmiech | polki | Marcin Meller | Mołek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje