Reklama

Robert Rutkowski: Mózg to najlepsza fabryka narkotyków

Wielu widziało w nim przyszłą gwiazdę polskiej koszykówki, był zawodnikiem reprezentacji Polski juniorów. Mając zaledwie 18 lat, na obozie sportowym pierwszy raz sięgnął po narkotyki. Jak pisze w swojej książce: "Sam od razu wpadłem pod pędzący pociąg towarowy, i to z naprawdę dobrym towarem, bo z heroiną. To był pierwszy narkotyk, jaki poznałem - jeden z najsilniejszych narkotyków na Ziemi". Dziś Robert Rutkowski jest psychoterapeutą pomagającym osobom uzależnionym.

Robert Rutkowski - psychoterapeuta, wykładowca i pedagog. Były reprezentant Polski w koszykówce. Prowadzi sesje terapeutyczne dla osób mających problemy z uzależnieniami, kryzysami zawodowymi lub rodzinnymi. Pomaga jako opiekun psychologiczny sportowcom - zajmuje się motywacją, relaksacją oraz usprawnianiem skuteczności działania (przez kilka lat wspierał Żużlową Reprezentację Polski).

Co oznacza "oswoić narkomana"?

Reklama

Robert Rutkowski: - Przede wszystkim, żeby go oswoić, trzeba sobie uświadomić, że go mamy w sobie. Więc to oswojenie jest kolejnym etapem. Należałoby zatem sięgnąć do początku i wykazać się odrobiną pokory, nabrać dystansu do samego siebie. W ogólnie przyjętej nomenklaturze jaka obowiązuje na świecie, ludzie dzielą się na narkomanów i nie narkomanów. To jest sztuczny podział, nieprawdziwy. A to dlatego, że każdy z nas ma w sobie tego freudowskiego Ida, tę siłę destrukcyjną, pierwotny, atawistyczny instynkt, który czasami potrafimy niestety wykorzystać na swoją zgubę. I to jest niezwykle łatwo zrobić. Tego narkomana można oswajać tylko wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że on istnieje. A to problem większości ludzi na Ziemi.

Pisze pan w swojej książce, że narkoman to przede wszystkim kłamca. Zatem ten proces oswajania wydaje się bardzo trudny, niemalże niemożliwy.

- Tak jest dopóki z nim walczymy. Bardzo często w problematyce uzależnień mówi się o walce. Posługujemy się nomenklaturą wojenną, militarną, która jest w mojej ocenie - tego praktyka i teoretyka tej materii - czynnikiem zwiększającym poziom kortyzolu, hormonu stresu w organizmie, a więc napięciem, którego niwelowanie zawsze stoi na początku pragnienia odurzenia się.

Kłamstwo jest bardzo trafnym określeniem tego, co najbardziej dokucza ludziom, których porwie to tsunami destrukcji. To jest dobry asumpt do tego, by zastanowić się, czym jest abstynencja, czym jest trzeźwość. Bardzo wiele osób koncentruje się na nie robieniu czegoś złego - nie paleniu, nie piciu, nie ćpaniu itd. Natomiast sama abstynencja jest tylko krokiem wstępnym, tudzież powinna być krokiem wstępnym. Jeżeli ktoś, kto nie bierze, nie robi czegoś złego, trwa to rok, dwa, pięć, dziesięć, ale nie wykonuje pewnej pracy własnej polegającej na tym, żeby uporządkować swoje życie, żeby spróbować być uczciwym, żeby zaczynając od siebie przestać siebie oszukiwać, to się nie uda.

Dlatego bardzo często po latach wracają do mnie pacjenci, którzy mówią: wymiękłem, nie dałem rady. I kiedy analizujemy tę całą sekwencję zdarzeń, to okazuje się, że zawsze gdzieś było kłamstwo - zdrada żony z Panią Zosią z księgowości, czy w odwrotnej relacji z Panem Jankiem zaopatrzeniowcem. Tam gdzie jest zdrada, wiarołomstwo, bardzo ciężko jest zbudować trzeźwość. To są siostry bliźniaczki. I abstynencja i trzeźwość bardzo atrakcyjnie wyglądają. Obie są atrakcyjne, obie są nęcące. Kojarzą się z czymś odległym, fajnym.

Niektórym wydaje się, że abstynencja i trzeźwość są tożsame. Nic podobnego. Bo można nie brać, a być narkomanem. Można nie pić, a być alkoholikiem, który kłamie, oszukuje, kradnie. Rozwińmy tę myśl jeszcze bardziej, bo bardzo często sugeruję moim pacjentom, którzy mają uzbierane trochę tej abstynencji, są już w tej fazie unormowania biochemii w mózgu, kiedy on zaczyna trochę lepiej pracować, kiedy kora przedczołowa zaczyna się regenerować, żeby byli świętszymi od papieża. To nam ułatwia bycie w pionie i zamienienie abstynencji w trzeźwość, która wielu narkomanom i alkoholikom kojarzy się z udręką. Bo jak człowiekowi, który tydzień nie pije, nie ćpa, nie gra w kasynie mówić o przyjemności? To dla niego abstrakcja. To bardzo trudny proces, bo ta pokusa pójścia skrótem jest bardzo silna. A pójście skrótem to innymi słowy kłamstwo.

Często zdarza się, że osoby uzależnione, ale leczące się, są wyrzucane z ośrodków leczenia uzależnień, bo nie stosują się do regulaminu, kłamią. Większość z takich osób wraca do picia lub ćpania, część z nich w krótkim czasie umiera. I tutaj nasuwa się pytanie: skoro wiemy, że narkoman czy alkoholik to kłamca, i to kłamstwo jest silniejsze od człowieka, to czy wyrzucenie takiej osoby z ośrodka leczenia jest dobrym rozwiązaniem? Pan w takim ośrodku przecież był...

- Mówimy o kolejnej szansie. Ja miałem szczęście, ogromne szczęście. Wchodząc do ośrodka leczenia narkomanów skłamałem. Kłamstwo wyszło na jaw kilka miesięcy później, o czym piszę w książce, ale w ośrodku, mimo że nie powinienem, to jednak zostałem. To miejsce było upierdliwe, nieznośne, panował reżim. Nie byłem przygotowany do funkcjonowania zgodnie z rytmem dnia. Wtedy był to dla mnie jakiś zamordystyczny i koszarowy model funkcjonowania. Dopiero po latach zrozumiałem, jakie to było ważne. Dlatego tak ciepło wspominam ten ośrodek. Mnie się udało, aczkolwiek musimy posłużyć się niestety obowiązującym w przestrzeni publicznej stwierdzeniu: cel uświęca środki. Nie można odpuszczać. Uzależnienie od heroiny to jest wojna, front. Albo ja zabiję, albo zabiją mnie. Około 3 procent ludzi wychodzi z uzależnienia od heroiny. Ja byłem wśród tej garstki szczęśliwców. Oczywiście można dać komuś drugą szansę, ale trzeba liczyć się z tym, że ktoś to zobaczy i powie: aha, jemu odpuścili, to mogę sobie pofolgować. To zawsze jest bardzo indywidualna kwestia i zawsze jest to dylemat moralny. W moim przypadku o pozostawieniu mnie w ośrodku przeważył jeden głos.

Komu lub czemu zawdzięcza pan to, że udało się pana "oswoić"?

- Bardzo długo nie byłem oswojony. Wiele lat to był tzw. dupościsk. To terminologia branżowa. Pojawia się ona, kiedy mamy abstynencję. Abstynencję wymęczoną, gdy jeszcze nie udało nam się rozsmakować w trzeźwości. Dostaję gęsiej skórki i promienieję, kiedy pacjent mówi mówi mi w gabinecie: "Panie Robercie, rozsmakowałem się w trzeźwości. To naprawdę nie jest takie straszne, jak się wcześniej wydawało". Strach zapukał do drzwi. Otworzyła je odwaga. I nic nie zobaczyła za tymi drzwiami. To słowa Kardynała Wyszyńskiego. To pokazuje mentalność osób, które wychodzą z narkotyków - boją się czegoś, czego nie ma. Ponieważ boimy się - a mówię my, bo sam tego doświadczyłem jako narkoman - tej normalności jako czegoś, co wydaje się udręką, katastrofą. Czegoś, co jest przecież tylko projekcją. Minęło już ponad 30 lat, ale dziś nadal doskonale pamiętam chwilę, kiedy budziłem się rano i byłem oniemiały, że zwracam uwagę na zapach powietrza przy otwartym oknie. Po czterech miesiącach pobytu w ośrodku dla narkomanów zaczęły mi wracać zmysły. Byłem zszokowany, że potrafię odczuwać smak potraw, że dostrzegam kolor liści na drzewach. Często pytam narkomanów i alkoholików, którzy do mnie przychodzą, żeby powiedzieli mi, jaka jest pora roku. Wpadają w konsternację, bo tego nie wiedzą. Nie rejestrują bodźców zewnętrznych. Oni żyją napędzani tym koszmarnym i obsesyjnym pragnieniem... no właśnie - destrukcji czy przyjemności? Przyjemności w ich rozumieniu, a destrukcji kiedy patrzymy na to z boku.

Obawia się pan, że ta pokusa spróbowania kolejny raz heroiny kiedyś do pana wróci? Przecież tego nie da się wyplewić w stu procentach.

- Od wielu lat mam wykastrowany jeden element - mianowicie nie ma we mnie żadnej ciekawości brania narkotyków. Gdybym powiedział, że jestem pełen pokory, to mógłbym potwierdzić, że jej nie mam, bo trzeba być bardzo ostrożny w określaniu pokory. Z tą pokorą to naprawdę trudna sprawa. Mnie się wydawało, że już jestem taki fajny, że wszystko wróciło do normy i jest super. Nagle życie podsunęło mi problem, który pojawił się po latach "bycia fajnym". Błędy, które popełniałem w przeszłości ćpając, wróciły w postaci wyników badań. Okazało się, że mam dwa najgorsze wirusy, jakie w ogóle można mieć - zapalenie wątroby typu B i C. Mało tego, dowiedziałem się od lekarzy, że już wyczerpałem limit czasu życia z tymi wirusami. Ja już je miałem 18 lat, a po 15 większość chorych dostaje marskości wątroby i umiera. Po wielu latach bycia już w swoim zawodzie, po zrobieniu specjalizacji, zdobyciu wykształcenia, rozsmakowywaniu się pełną percepcją nagle los pokazuje mi środkowy palec. Koniec chłopie. Pakuj się. Jak to?! Sekundkę! Przecież mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! A gdzie moja nagroda?! Poczułem się źle. Natomiast powracając do pytania: naprawdę trzeźwość uwodzi. Trzeźwość jest narkotyczna. Przykład: celebracja smaku, kiedy je się śniadanie, obiad, kolację. My tego nie dostrzegamy w tym całym nawale, które nam się serwuje. Jesteśmy otoczeni mnóstwem bodźców, które nas otępiają, pozbawiają wrażliwości. Jesteśmy narkomanami kulinarnymi, percepcyjnymi. Dlaczego człowiek tak chętnie wyjeżdża na mazury, nad morze, do lasu, żeby się tam gdzieś zaszyć. To jest atawizm. Organizm wysyła komunikat rozluźnij się. I to, co czujemy, ciało migdałowate w mózgu zapamiętuje. To jest silniejsze od każdego narkotyku. To są rzeczy, które człowieka otulają. Dają niesamowitą przyjemność.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje