Reklama

Robert Brylewski: Punk wprowadzał świetne zamieszanie

Robert Brylewski /Michal Szlaga/eSilos.pl/FOTONOVA /East News

Pierwszy punk rock był tak różnorodny, że ludzie mówili czasami zupełnie sprzeczne rzeczy. I to właśnie było fajne. Stworzyła się demokratyczna agora. A później, kiedy zaczęły się walki ze skinami, nastąpiło zuniformizowanie: wojskowe buty, kurtki, takie mundurki. Muzyka też właściwie stopiła się w jedno - wspominał zmarły 3 czerwca 2018 r. Robert Brylewski, uznawany za jednego z ojców punk rocka w Polsce.

Reklama

Przeczytaj fragment książki "Kryzys w Babilonie" Rafała Księżyka i Roberta Brylewskiego:

Rafał Księżyk: Pamiętasz swój pierwszy kontakt z punkiem?

Reklama

Robert Brylewski: - Przeczytałem artykuł, bodaj w "Życiu Warszawy". Tekst był dość obszerny, choć gość nie bardzo wiedział, o czym pisze. Pamiętam na przykład, jak stwierdził, że wszystkie punkrockowe utwory trwają około minuty. Całe zjawisko przedstawił jako obrzydliwe, w kontekście "zgniłego Zachodu". Nieważne. Miałem wtedy siedemnaście lat. Byłem głodny nowych wrażeń. Za czasów hipów, na początku lat siedemdziesiątych, było jeszcze fajnie, a potem wszystko się spieprzyło, syf się robił dookoła. Punk wprowadzał świetne zamieszanie. Był jak otwarcie bramy, przez którą wchodzi coś świeżego — muzyka o tym, co dzieje się naprawdę, a nie o wyimaginowanych problemach bogatych gwiazd. I pasował do buntu w naszej komunie, myśmy nie byli tak sprasowani jak Czesi i Węgrzy. Tu było więcej luzu.

- W klasie miałem kolegę, Roberta Sobocińskiego, pseudonim Baader. Od razu poszliśmy ostro. Żeby promować punk rock, ubraliśmy się dokładnie tak jak na fotografiach z Londynu. Każdy z nas przypiął sobie z pięćdziesiąt agrafek, do niektórych podwieszone żyletki, oczy wymalowane na czarno, no, nie dało się ostrzej pojechać. Stanęliśmy pod Rotundą, w samym centrum Warszawy, żeby nas widzieli. Podchodzi taki jeden w kurtce. Przyczajony. Pomyśleliśmy, że przyszedł właśnie ten słynny ubek, żeby nas aresztować. Rozpina kurtkę, a tam krawat śledź i ze dwadzieścia agrafek w tym krawacie: "Panowie! Ja też!". Powiedział, że spotykają się w Bolku na Polach Mokotowskich, w piątki o siedemnastej. Tak się tworzyła załoga.

- Na samym początku poznawaliśmy się po wyglądzie. Zdarzały się kuriozalne sytuacje. Do Bolka jechaliśmy oczywiście w pełnym rynsztunku i doszło do incydentu w autobusie. W tłoku ktoś sobie pociął skafander o nasze żyletki. Afera była. Ale bali się nas ruszyć. No wiesz: "Co to za goście obwieszeni żyletkami?".

Czy wcześniej były przypadki, że równie ekspresyjnie dawałeś wyraz swoim fascynacjom?

- W podstawówce bardziej interesowałem się piłką nożną, przez chwilę chciałem być bramkarzem. Nie byłem wcześniej tak sprecyzowany.

Największe wrażenie w punku zrobił na tobie najpierw ubiór, styl?

- Najbardziej liczyła się muzyka, mniej ideologia. Zresztą ideologia niezupełnie była określona, sprawiała raczej wrażenie kpiny i prowokacji. Ten pierwszy punk rock był tak różnorodny, że ludzie mówili czasami zupełnie sprzeczne rzeczy. I to właśnie było fajne. Stworzyła się demokratyczna agora. A później, kiedy zaczęły się walki ze skinami, nastąpiło zuniformizowanie: wojskowe buty, kurtki, takie mundurki. Muzyka też właściwie stopiła się w jedno.

Jaka muzyka porwała cię wtedy?

- Na pewno pierwsze płyty The Clash i Sex Pistols. To był szał. Potem Buzzcocks, Only Ones. Pamiętam, jak pojechaliśmy na prywatkę, kolega miał dom na działkach pod Warszawą. Tam, pod wpływem jarzębiaku i płyty Pistolsów, nie zdejmując garniaka, wytarzałem się w kałuży. Sam sobie zrobiłem pogo, później już tego nie robiłem. To było mocne odreagowanie wszystkiego.

Za legendarny akt założycielski warszawskiej sceny punkowej uchodzi koncert żeńskiej formacji The Raincoats, która 1 kwietnia 1978 roku przyjechała z Londynu na występy w Rivierze Remont.

- Tak, byłem tam razem z Baaderem. Ta akcja była związana ze starszym pokoleniem i międzynarodowym festiwalem performerskim zorganizowanym w Remoncie przez Henryka Gajewskiego, który prowadził w klubie Galerię Post. Przyjechała tam związana ze światem punkrockowym artystka, która zasłynęła z wystawiania swoich tamponów. Leżały w gablotach, z opisami: styczeń, luty. Wśród bohemy zrobił się szum i przy okazji dowiedzieliśmy się, że będzie koncert. Raincoats robiły ogromne wrażenie. Nagle zobaczyłem ludzi, którzy grali bez tych wszystkich dodatków, świateł, dymów, po prostu wyszli na scenę i grali. Dziewczyny w ogóle inaczej się ruszały niż zespoły, które oglądaliśmy wcześniej, miały w sobie czad. Szczególnie basistka. Ostry strzał. Jeszcze wtedy nie mieliśmy kapeli, ale już było pewne, że musi powstać.

- Występ Raincoats tylko nas w tym utwierdził. Rok później zagrałem pierwszy koncert z The Boors. Pierwsze podejście do stworzenia zespołu było nieudane, bo wokalistka nie miała głosu, a perkusista bębnów. Próba była w domu kultury na Walecznych, miałem już gitarę i wzmacniacz i tylko ja grałem, a gość tłumaczył, że zapomniał przywieźć perkusji. Potem dowiedziałem się, że jest mocna załoga w liceum w Wilanowie, gdzie chodzili między innymi Kamil Stoor i Paweł Rozwadowski — Kelner, z którym potem grałem w Izraelu. Usłyszałem, że szukają tam gitarzysty. Spotkanie odbyło się w domu kultury na Broniewskiego. Kamil, który grał na perkusji, zawarł z nimi układ — mógł mieć próby, a za to w niedzielę podgrywał na perkusji zespołowi strażackiemu. Strasznie tego nie lubił. Jak tylko tam zaszedłem, podłączyłem gitarę, a on siadł za bębnami. Nie było dyskusji, od razu było wiadomo, że z tego będzie zespół.

- Parę miesięcy byliśmy bez wokalisty, zacząłem śpiewać, ale niechętnie. Jak większość ludzi, gdy usłyszałem swój głos z taśmy, nie mogłem tego słuchać. Nie dlatego że tak bardzo fałszowałem, po prostu dziwiłem się, że mój głos brzmi inaczej, niż mi się wydawało. Na basie grał Markus, chłopak z liceum Kamila. Bardzo zdolny muzycznie, tylko należał do kolegów, którzy na pewno nie postawią na muzykę. Markus nie mógł jeździć na koncerty, kiedy nadchodziła matura, nawalał co trzeci wyjazd. I to bez ostrzeżenia. Kilka razy graliśmy bez basu, raz do Torunia pojechali z nami koledzy z Reja, jeden udawał, że gra na niepodłączonym instrumencie, a Kazik latał z dezodorantem i sprejował pierwsze rzędy, jakby grał na tym dezodorancie. Kazik wtedy wyluzował, normalnie tak się nie zachowywał.

- Uroczo śmieszne, że ostatnio spotkałem Markusa po latach i znów jest chyba w podobnej sytuacji. Pracuje w dużym banku, chciałby grać, nawet fajny skład założył — widziałem ich, jak grali — no ale chyba żona nie pozwala. Wcześniej rodzice nie pozwalali, teraz żona. Taki los.

Stoor był bardziej zdeterminowany? We dwóch stworzyliście filar The Boors.

- Był, ale trwało to krótko. Kamil też trzymał się realnego planu na życie, przez chwilę pograł jeszcze z Kelnerem w Deuterze i wyjechał na studia do Skandynawii. Ostatnia wiadomość od niego: jest szefem sieci McDonald’sów w Szwecji. Szkoda, że zarzucił granie, na drugiego takiego pałkera jak on czekaliśmy długo, aż do czasów Jasia Rołta, który dołączył później do Brygady Kryzys. Kamil robił wrażenie nawet na perkusistach z zawodowych zespołów, typu Exodus. Wykorzystywał punkowe techniki w ten sposób, że potrafił grać szybko i precyzyjnie. Takiego tempa nie grało się wtedy w Polsce.

Ściągnąłeś też do składu Mrówę.

- Podobali mi się już wtedy nie tylko Clashe i Pistolsi, ale też kapele, w których druga gitara dogrywa riffy, jak Buzzcocks. Przede wszystkim Mrówa był kumplem. Od dwóch lat grywaliśmy razem na wakacjach, na koloniach, podczas podróży autostopem. Zaczęliśmy robić w duecie własne kompozycje. A przy okazji spadł nam z nieba Anin. Matka Mrówy była dyrektorką tamtejszego domu kultury. W Aninie były próby i zagraliśmy pierwsze koncerty The Boors i Kryzysu. (...)

Grając z The Boors i Kryzysem, występowałeś pod ksywą Afa. Co to miało znaczyć?

- Tak mówili na ojca w "Śląsku". Jak koledzy z załogi się dowiedzieli, też zaczęli tak do mnie mówić. Nie miałem ksywki, a była taka potrzeba. Ojciec był na moim pierwszym koncercie, przeżył niezłą przygodę. Najstarszy na sali, inaczej ubrany, mieli go za ubeka. Ale czułem, że był dumny z piosenki I’m not a communist. To musiało być wtedy szałowe. Najpierw trochę kręcił nosem, ale kiedy zobaczył, że jestem zdeterminowany i przeprowadzam swój plan, kupił mi gitarę. Framus Nashville, bardzo dobra holenderska gitara. Na niej grałem w Brygadzie. Wcześniej miałem Jolę 1, z płaskim gryfem, dość ciężką w obsłudze. Pamiętam, jak stary mnie zaskoczył: przywiózł z Niemiec gitarę, mały piecyk Voksa wielkości damskiej torebki, raczej do ćwiczenia w domu, i jeszcze zajebistą płytę Talking Heads, Remain in light. Takiego ojca ze świecą szukać.

A skąd w ogóle wziął się termin "załoga"?

- Nie wiadomo. Wydaje mi się, że ten termin nie funkcjonował za granicą, nie słyszałem, żeby się mówiło: punk crew. Może to było nasze zapożyczenie z Czterech pancernych, tam ciągle było: "Załoga do wozu!". Nie przypominam sobie, kto pierwszy używał tego słowa. Na punkowych czwartkach w Remoncie zaczęli spotykać się ci sami ludzie, koło setki osób, które mówiły o sobie: załoga.(...)

Przy zakładaniu zespołu liczyła się dla ciebie typowo rock’n’rollowa chęć zaimponowania dziewczynom?

- Mówiąc na poły poważnie, tak. Zaczęło się od tego, że jak na koloniach graliśmy na gitarze, od razu przysiadały się dziewczyny. Z drugiej strony pojawiły się poważniejsze sprawy: zespół nazywał się Kryzys, a w kraju zaczynało się robić gęsto. Ale odpowiada mi taka interpretacja, bo trochę jestem zaniepokojony, kiedy próbuje się pokazać nas jako uciśnionych, cenzurowanych. To dalekie od tamtych realiów. Działaliśmy w okresie, kiedy w partii, w siłach specjalnych był już taki burdel, że przestawali sobie radzić. Nie wiedzieli, jak nas nazwać, jak nas zdefiniować.

- Raz, kiedy nas zwinęli na Centralnym, całą załogę dziwnie ubraną, usłyszeliśmy: "Ja już wiem, kim jesteście, w gazecie czytałem. Ci po po...". I zaciął się gościu. Słynny był dialog: "Pedał! Wyglądasz jak pedał!". "Co pan mi insynuuje?". "Tylko mi tu bez slangu, gówniarzu!". Słabo byli przygotowani na to, co się działo. A kiedy zaczęli protestować robotnicy, to już w ogóle w milicji zabrakło inteligentnych ludzi, którzy mogliby mieć do czynienia z młodzieżą. Tak że choć nie chodziło wyłącznie o dziewczyny, szukanie takich inspiracji bardzo mi odpowiada. Niewątpliwie byliśmy młodzieńcami w takim wieku, że chcieliśmy imponować dziewczynom. Wpieniają mnie po prostu opowieści o rzekomej martyrologii muzyków w tamtych czasach. Nawet w stanie wojennym, mimo całej tej traumy, mieliśmy świetną zabawę, przygody. To, że nieraz nas ciężko obito i obrzucano plugawymi wyrazami, jest niczym w porównaniu na przykład ze stratą rodziny Przemyka.

Eksplozja punka w Wielkiej Brytanii związana była z klasą robotniczą, tymczasem wasz przykład przekonuje, że w Polsce zaczęło się od środowisk artystyczno-inteligenckich. Twoi rodzice w "Śląsku", "Mazowszu". Ojcem Kamila był popularny aktor Mieczysław Stoor, ojcem Magury — profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Tomek Lipiński był synem znanego satyryka Eryka, a jego matka była szefową artystyczną ekskluzywnego magazynu "Świat".

- To prawda, ale tylko jeśli chodzi o pion artystyczny. Na początku było raptem kilku ludzi zainteresowanych twórczością, autorów. W Warszawie Lipiński, Magura, Kelner i ja. Z Trójmiasta dojechał Luter, Jacek Lenartowicz, który grał na bębnach w Deadlocku i pisał świetne teksty. Natomiast w załodze byli ludzie z totalnie robotniczej Polski. Choćby taki Plastik Starszy, chłopak z Bródna. Często w wywiadach wspominasz tę ksywę.

Skąd sentyment do Plastika Starszego?

- To pierwszy samobójca, którego znałem. Byłem jeszcze dzieciakiem, nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje, nie miałem pojęcia, czym jest schizofrenia, utrata kontroli nad swoim umysłem. Plastików było dwóch. Obaj samobójcy. Plastik Młodszy pojawił się chwilę później, razem z zespołami Dexapolcort i TZN Xenna. W porównaniu z Plastikiem Starszym wyglądaliśmy na dużo mniej doświadczonych życiowo. Raz tylko byłem u niego na Bródnie. Miał takie zainteresowania, żeby troszeczkę wyczepić się z tej rzeczywistości. Zaproponował wąchanie eteru. To był jedyny raz w moim życiu, kiedy mi się to zdarzyło. Miałem wrażenie, że na mnie nie działa.

- Co było ciekawe i wiele powiedziało mi o Plastiku, on wchodził wtedy w podróż. Miał w domu pełno pocztówek z całego świata, wąchał eter, brał sobie kartkę z Paryża, z Brazylii i był tam w środku. Kompletny eskapizm. Miał też swój pomysł na zespół o nazwie Brain Control i nawet konkretny tytuł płyty: Escape to USA, czy coś takiego. Za mało miał talentów logistycznych, żeby to zorganizować. Nie widziałem nigdy wcześniej człowieka, który popadł w szaleństwo. Kiedy pewnego razu przyszedł do Remontu i zaczął gadać od rzeczy, nie wiedziałem kompletnie, o co chodzi. Mówił, że Matka Boska go oszukała, miał ze sobą worek konopi, takich nazbieranych z pola, które są nic niewarte. Później dowiedzieliśmy się, że wyskoczył z bloku.

- Poszła seria. Maciek Brunet wyskoczył w Gdańsku z falowca. Z podobnego bloku wiele lat później skoczył Jacek Olter. Bardzo wrażliwi kolesie, którzy zaczęli inaczej odbierać rzeczywistość. Z tego, co słyszałem, przed samym samobójem Brunet grywał w Trójmieście w przejściach podziemnych. Pusto było zupełnie, a on się kłaniał niewidocznej publiczności. Wyglądał na szczęśliwego, słyszał oklaski. Wiesz, trudno jest osiągnąć satysfakcję w dziedzinie artystycznej. Mnie było łatwiej, bo zacząłem wcześnie i od razu było o mnie dosyć głośno, raczej poklepywali mnie po plecach. Mam dużo satysfakcji artystycznej.

Wspomniałeś o Maćku "Brunecie" Wilińskim. On razem z Lutrem i Rafałem "Różą" Wydlarskim stanowił trzon trójmiejskiej formacji Deadlock. Lipiński twierdzi, że na polskim gruncie to od nich poszła pierwsza punkrockowa iskra.

- Nie wchodzę w takie dysputy. Bo zaraz Magura wyskoczy z Walkiem Dzedzejem — będzie udowadniał, że jednak Dzedzej był pierwszym punkiem. Nie uważam takich sporów za kluczowe. Pamiętam, że pewnego razu do Bolka przyjechali koledzy z Gdańska: Róża, Luter, Brunet. Zrobili dobre wrażenie, okazało się, że mają kapelę Deadlock. A na scenie spotkaliśmy się dużo później. Z czasem chłopaki przeniosły się na chwilę do Warszawy. Brunet tworzył melodie, był niezbędny, mimo że na gitarze grał jednym palcem. Układał głównie chwyty barowe, wszystko sobie stroił pod akord i miał ten dar komponowania melodii — prostych, ale takich, że od razu wszyscy je kochali. Widać było, że jego pasja przerasta technikę, a Brunet w tę pasję tak wierzył, że to działało. Bardzo wrażliwy człowiek, miał swój świat wypełniony muzyką, a na zewnątrz prezentował ogromną bezradność. Luter grał na perkusji i pisał teksty. On był najinteligentniejszy z całej załogi. Najbystrzejszy gość. Przez pewien czas Deadlock dobrze funkcjonował, grali koncerty. Potem Luter przeszedł do Tiltu.

Z jakich pochodzili środowisk?

- Nie znam szczegółów. Brunet był synem dyrektora szkoły, taki trochę chłopak na gigancie, jak to się mówiło. Lutra wychowywała matka. Rodzina żydowska. Ponoć przed wojną mieli fabrykę czekolady. Nie wiem, skąd się wzięła ta ich wrażliwość. Wyobraź sobie Lutra, kiedy wyjechał do Berlina, chodził po ulicy w prochowcu z opaską z napisem "Ausländer". Wymyślał fajne prowokacje, z ogromnym poczuciem humoru. Przez pewien czas z nim mieszkałem. Było bardzo awangardowo. Miło wspominam ten czas. Pamiętam, jak wszystkich ujął, uprawiając seks na przystanku tramwajowym przy minus dwudziestu stopniach.(...)

Jak to się stało, że zamieszkałeś z Lutrem?

- Kiedy przeniósł się do Warszawy, przyjechały z nim śliczne i szokująco niepurytańskie dziewczyny z Gdańska — Ewka i Jolka. Z Ewką poznałem się wtedy bliżej i przez pewien czas mieszkaliśmy we czwórkę na Starówce. A równocześnie miałem korepetycje z matematyki. Ja jeszcze wtedy chodziłem do szkoły, to była taka gówniarska ucieczka z domu, dwa tygodnie mnie nie było. Matura się zbliżała, a tu Luter z dziewczynami wpadali pod szkołę poprzebierani jak kosmici, wyglądali szałowo. Takie persony na mnie czekały, więc w szkole podejrzewali, że matury nie będzie. Luter przesiadywał całymi dniami, słuchając płyt, czytając książki, w dupie miał materialną stronę życia, a dziewczyny czasami chodziły w miasto. Mówiły, że interesują ich Japończycy, bo szybko załatwiają sprawę. Chodziły słuchy, że jeden z kolegów robił za górnika w ich szafie.

Za górnika?

- No wiesz: "Pozwól, ukochany, odwieszę ci marynarkę do szafy", a tam górnik z latarką penetruje kieszenie. Dziewczyny były trochę starsze od nas. Każda inna, miały swoje historie. Jedna z dobrego domu, druga z kłopotami. Klimat panował daleki od degenery, raczej typowo artystyczne podejście do życia. Słuchaliśmy świetnych płyt. Tam się zakochałem w Lou Reedzie. Na okrągło puszczałem Transformer, dla mnie to była perfekcja, dopiero później dowiedziałem się, jak bardzo Bowie pomagał mu przy tej płycie.

Na warszawskiej scenie Luter zaznaczył się, gdy w 1979 roku wraz z Tomkiem Lipińskim i Tomkiem "Rastamanem" Szczecińskim stworzyli Tilt.

- Tilt był bardzo precyzyjnie wymyślony. Mieli swój design, menagement. Nie wiem, dlaczego taki solidny projekt tak szybko padł. Tomek Lipiński i Luter to były dwa słońca. Pewnie słońca się pokłóciły. Jak grali w Warszawie, zawsze chodziłem na ich koncerty. Ale nie stawałem pod sceną, bo tam występował piętnastoletni Gruszka w czerwonych rajstopach, jednym bucie brązowym, drugim białym. Był maskotką zespołu. Mówię: maskotką, ale nie żebyśmy kpili z niego w ten sposób. Przeciwnie, on pełnił bardzo konkretną funkcję. Prowokował publiczność, najczęściej plując. Pamiętam, że w teatrze u Szajny to głównie publiczność pluła na niego i cały był mokry.

To był słynny koncert w sali Teatru Studio, w grudniu 1979 roku. Ponoć Józef Szajna, który wpuścił Tilt na scenę, gdy zorientował się, o co chodzi w punkowym koncercie, nieco się wystraszył?

- Nie pamiętam tego. Być może, oni byli przyzwyczajeni, że na performance’y przychodzi kilkoro ekstrawaganckich artystów, poza tym panie w toaletach, a tu zjechała cała załoga. Stu wariatów nagle wtargnęło na salę. To był przecież Pałac Kultury. Jednorazowa akcja.(...)

- Wtedy w Studio zazdrościłem kolegom z Tiltu. Scena była zajebista, a za plecami mieli swoje logo, napis "Tilt" na czerwonym tle. Luter, Tomek i Rastek robili wrażenie. Wyglądali na oryginałów.

Byli większymi oryginałami niż Kryzys?

Trudno porównywać, nie lecieliśmy tym samym image’em, oni żyli po hippisowsku, a my chodziliśmy jeszcze do szkoły.

Luter miał w Warszawie jeszcze jedną formację, znane głównie z opowieści Białe Wulkany.

- Z tego, co mi wiadomo, Białe Wulkany skończyły się na dwóch, trzech utworach. Podobno byli bliscy występu, ale do tego nie doszło. Cholera wie dlaczego. Ciekawe, że mieli polskie teksty, co było dla załogi szokiem, bo Luter był wrogiem śpiewania po polsku. W zespole śpiewała jego dziewczyna Pola. Luter i Pola chyba nie wiedzieli do końca, czy chcą zostać tu, czy jednak jechać do Berlina i dalej w świat. W PRL-u trzeba było jednak być odpornym na władzę ciecia, a Luter czuł się kosmopolitą. W pewnym momencie chyba wszyscy pojechali do Berlina. Takie miałem wrażenie. Może był taki moment, że znieśli wizy. Nie pamiętam, o co chodziło, ale musiała otworzyć się jakaś możliwość, bo masę ludzi wyjechało. Wracali pozmieniani, pokaleczeni.

- Plastik Młodszy zabił się właśnie po powrocie. Mam wrażenie, że i Brunet nie doszedł do siebie po Berlinie. Wtedy nie było e-maili, komórek. Kontakt się urywał i spotykałeś potem innych ludzi, trochę jak zombie. Mrówa też jakiś dziwny wrócił. Koledzy przyprowadzili go do mnie jak do jakiegoś egzorcysty: "Weź mu pokaż coś z tej Biblii". Biblia pewnie pomogła, ale przede wszystkim środowisko, chłopaki zdołali go zainteresować, namawiali: "A może coś pograsz, zaśpiewasz". Byli za młodzi, żeby wiedzieć, że przeżywa załamanie nerwowe i depresję.(...)

Luter też się zmienił po wyjeździe?

- Luter został sobą, widać był mocnej konstrukcji psychicznej. W końcu osiadł na stałe w Holandii. Rozmawiałem z nim na krótko przed jego śmiercią i zrobiło mi się smutno, bo odniosłem wrażenie, że żałuje, że nie został z nami i nie robił tego co my. On był przekorny, zawsze krytykował działalność innych, ale w taki sposób, który dla mnie był fajny. Szkoda, że nie zdołał dokończyć swoich spraw w Holandii, już był bliski sukcesu, na który pracował wiele lat. Miał wejść do branży filmowej, zarabiać dobrze, za godną pracę, za swoje scenariusze. Miał to przed nosem i rak go dopadł. Tragicznie się skończyło.

- Luter zmarł w 2004 roku, Brunet w latach osiemdziesiątych, a w latach dziewięćdziesiątych zmarł w Berlinie Róża. Nie wiem, jaka była oficjalna przyczyna jego śmierci. Słyszałem, że wdał się w jakąś sektę, on i jego dziewczyna przekazywali energię na odległość swojemu guru w Indiach i zaczęli ginąć w oczach.

Fragment książki "Kryzys w Babilonie" Rafała Księżyka i Roberta Brylewskiego. Wydawnictwo Literackie. Premiera: maj 2012 r.

Skróty pochodzą od redakcji

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje