Reklama

​Reset totalny [FELIETON]

Każdy może mieć (i powinien) mieć taką prywatną Sycylię /123RF/PICSEL

Rozrywani przez harmonogramy i obowiązki zupełnie zapominamy o czasie dla siebie. Chcielibyśmy lubić świat i kochać ludzi, a zapominamy o lubieniu nas samych. Dostarczamy sobie szybkiej i łatwej rozrywki, podczas gdy prawdziwy mentalny reset nie przychodzi ani szybko, ani łatwo.

Bliska mi osoba jedzie na urlop sama. A dokładniej - sam.

Cel nr 1: odpocząć od ludzi

Cel nr 2: Sycylia

Rozumiem tę destynację, ba, jeszcze lepiej dobrze rozumiem potrzebę!

Facet pomieszka sobie kilka dni w hotelu, zrobi sobie spacerek na szczyt Etny, zawita do kilku trattorii, nacieszy oczy winnicami i gajami oliwnymi. Zacznie dzień od przedniego espresso z uroczej, rubasznej mikrofiliżanki. Czasem skubnie wybornego pieczywa moczonego w oliwie zroszonej grubo mieloną solą. Pokąpie się w morzu i w słońcu, popodziwia widoki. Odizoluje się ścianą upału od deadlinów i szkoleń, od szefa, nawet od znajomych, jak zarazy unikać będzie tłumów, imprez, hałasu, blichtru, komercji, maszyn czytających kody kreskowe, hejtu, promocji, serialozy, wysokoprzetworzonego żarcia i wszechobecnej psychozy pt. "czelendż". Można żyć? Można. Porozmyślać, pozastanawiać się. "A może by tak napisać powieść?" Czemu nie?

Reklama

I tak, chwyta mnie zazdrość. Proszę bardzo, wolno rzucać kamieniami.

Ech, odpocząć od ludzi. Czy wypada dziwić się bohaterowi mojego dzisiejszego felietonu? Takich jak on jest - z tego co słyszę - cała masa. Totalny reset marzy się wielu. Choćby to miała być nocna wycieczka za miasto i siedzenie w ciszy. Choćby namiot nad stawem w lesie, jedna doba. Wracają do mnie marzenia o resecie totalnym, o podróży kamperem, powraca romantyczne przesłanie Chrisa McCandlessa, którego rozklekotany bus rdzewieje gdzieś na bezdrożach Alaski, uderza nostalgia zawarta w pamiętnym "Waldenie" Henry'ego Thoreau. I tęsknię, jak Eddie Vedder w swojej piosence.

Tak, dopada mnie zazdrość. Ale tylko przez chwilę.

I wcale nie dlatego, że mając rodzinę i wpadając na pomysł samotnego wypadu na Sycylię, mógłbym spodziewać się nalotów dywanowych ze strony setek funkcjonariuszy matriksa pod kryptonimem: "masz bliskich, ty egoisto". Czytaj: "nie możesz, bo my nie możemy a też byśmy tak chcieli". Co skutkuje natychmiastowym, posłusznym i masowym powrotem w życiowe koleiny. Nie, to wcale nie to.

Dociera do mnie dość szybko, że ja przecież MAM samotne wypady, i to od dawna. I że ten spokój, choć gwałtowny, jednak jest. Krótki - tak. Ale za to seryjny, częsty, systematyczny.

Reset to stan umysłu, a jeśli się dobrze zastanowić, to w zasadzie wszystko jest jakimś tam stanem umysłu. I namiot w lesie, i Alaska, i staw Walden, a nawet sama Sycylia - to też stany umysłu. Gdziekolwiek nie zaprowadzi nas życie, zawsze najpierw będziemy tam gdzie byliśmy od początku - w swojej głowie. I ważne, by pamiętać, że warto czasem w tej głowie sam na sam poprzebywać. Wiele problemów bierze się z założenia, że to co nas spotyka w jakiś sposób do nas "przychodzi" i "wyrywa" nas z jakiegoś upragnionego, cudownego, pierwotnego stanu. Może tak, a może nie (wśród mędrców nie ma tu zgodności). A może wystarczy, trochę bardziej praktycznie, poszukać swojego dyżurnego miejsca na co dzień?

Spotykając na szkoleniach wiele osób i rozmawiając z nimi o - za przeproszeniem - "zarządzaniu emocjami", jak przypływ powraca temat takich totalnych resetów i ileż to po nich sobie zwykliśmy obiecywać. I słusznie, jedźcie wszyscy na jak najdłuższe urlopy marzeń! Należy się to nam wszystkim jak psu zupa. Ale to nie wszystko. Sądzę, że po powrocie warto - już na stałe - aranżować czas z samymi sobą. Gdy o tym mówię widzę, jak otwierają się ludziom klapki i oczy. Gdy proszę o przypomnienie sobie chwili spokoju - moi słuchacze wracają do tych miejsc. To może być cokolwiek i gdziekolwiek, nawet szydełkowanie w ulubionym fotelu. Ja mam swoją małą Sycylię w piwnicy - to gabinet wypełniony książkami, kompaktami i modelami. Co tam robię? To proste: czytam książki, słucham muzyki i kleję modele. Nawet po najtrudniejszym dniu, o ile tam zawitam, osiągam co chciałem: wychodzę zresetowany totalnie.

Każdy może mieć (i powinien) mieć taką prywatną Sycylię. Nieważne, czy będzie to osobny pokój, czy może łazienka, a może ulubiony fotel lub wanna? Może kuchnia, może przerwa na ulubioną kawę, może spacer, wnętrze samochodu w długiej służbowej podróży? Głęboko wierzę, że to tylko kwestia chcenia, odrobiny refleksji i woli.

Kilka ostrożnych (ale sprawdzonych) porad. Jeśli zatem dostrzegasz gdzieś takie swojej miejsce - kultywuj swoje przebywanie w nim. Rób to systematycznie. Przebywając w tym miejscu poświęcaj czas na to, o czym wielu dziś nie pamięta: lub siebie. Rób tam to, co lubisz. Gotuj, smaż, słuchaj muzyki, łów ryby, biegaj, czytaj, maluj, wszystko jedno: po prostu intensywnie rób to fajne coś. Ważne: odetnij kable i fale. Żadnego internetu. Żadnych SMSów, żadnego pikania, powiadomień, mesendżerów, lajków, postów, maili, linków. Głęboka, rozsadzająca bębenki wi-fi cisza, cyfrowe nic. To czas bez telefonu i monitora. Dwa kwadranse takiej ciszy? Trzy? Więcej? Sam wiesz najlepiej.

A może... może w ogóle samo pojęcie "resetu" jest nietrafione? Resetujemy sprzęt gdy wiesza się i przestaje działać. Czy oznacza to, że po resecie działamy aż do następnego kryzysu i podejmujemy odpowiednie kroki dopiero wówczas, gdy wejdziemy w tryb zawiechy lub krytycznego błędu systemu? Reset to ostateczność. Może warto postawić na codzienną profilaktykę? Tylko i aż w ulubionym fotelu, wannie lub piwnicy?

Tomasz Kozłowski

materiał zewnętrzny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje