Reklama

Ratownik medyczny w dobie koronawirusa: Ten system po prostu strzeli...

"Nic gorszego nie są mi w stanie zrobić ludzie, którzy wysyłają mnie do pracy z niewłaściwymi środkami zabezpieczającymi" /Jacek Szydłowski /Agencja FORUM

- W tej chwili, w rejonie, w którym pracuję, używamy kombinezonów, które nie spełniają normy, jeśli chodzi o ochronę bakteriologiczną. To są w zasadzie zwykłe kombinezony malarskie - ujawnia w wywiadzie dla Interii Adam Piechnik. Doświadczony ratownik medyczny z Warszawy nie boi się otwarcie mówić o absurdach, z jakimi spotyka się każdego dnia, niosąc pomoc potrzebującym. - Jeśli głośno mówię o nieprawidłowościach, to mam nadzieję, że to coś spowoduje. Nic gorszego zrobić mi już nie mogą...

Reklama

Adam Piechnik to ratownik medyczny z 13-letnim stażem. Ukończył również studia pielęgniarskie. Pracuje dla Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" w Warszawie, które zabezpiecza rejon aglomeracji warszawskiej oraz ościenne powiaty. Piechnik zdecydował się opowiedzieć Interii o problemach i absurdach, z jakimi ratownicy medyczni mają do czynienia w swojej codziennej pracy, zwłaszcza w dobie koronawirusa.

Piechnik w długiej rozmowie z dziennikarzem Interii Łukaszem Piątkiem opowiada m.in. o kombinezonach, które nie spełniają normy bakteriologicznej, a jako dowód takiego stanu rzeczy pokazuje zdjęcie opakowania jednego z kombinezonów, które wydawane są medykom jeżdżącym również do osób z podejrzeniem COVID 19.

Reklama

- Zatrzymują aerozol i krople, natomiast w tym punkcie (przepisów - przyp. red.), który określa to, czy ta odzież spełnia standard ochrony bakteriologicznej - nie mają potwierdzenia. Kto je kupuje, dlaczego je kupuje, dlaczego ktoś je uznał za wystarczające - trudno mi odpowiedzieć w sposób stuprocentowo pewny. Mogę domniemywać. Po prostu innych nie ma. Innych nie zorganizowano. I to wciska się nam, podsuwając pisemko kogoś, kto nagle uznał, że takie środki ochrony mogą wystarczyć - mówi Adam Piechnik. Kiedy pytamy go, czy nie obawia się o konsekwencje tej rozmowy, mówi wprost.

- Nic gorszego nie są mi w stanie zrobić ludzie, którzy wysyłają mnie do pracy z niewłaściwymi środkami zabezpieczającymi. Zwolnienie mnie z pracy w tej chwili, to tylko i wyłącznie spowodowanie tego, że nie będę wchodził w sytuacje zagrożenia. Być może za jakiś czas będzie konkurs, kolejne przedłużenie pracy, kiedy emocje opadną, kamery nie będą skierowane w naszą stronę, być może wtedy się od kogoś dowiem, że moje kwalifikacje nie wystarczają. To nie ma znaczenia.

- Jest taki moment w życiu, tak jak teraz, kiedy zastanawiam się, czy jestem w stanie przesunąć swoje granice tchórzostwa w lęku o pracę. Trzeba zadać sobie pytanie, czy w takim czasie, jak ten, warto jest się znowu pod kimś ugiąć, kogoś się bać. Nie chciałbym osobiście zapaść na koronawirusa, być w tej grupie, która przejdzie go ciężko lub nie przejdzie, i kończyć życie jako człowiek, który się bał. Jeśli głośno mówię o nieprawidłowościach, to mam nadzieję, że to coś spowoduje.

- Nie tylko jako medyk, ale również jako obywatel boję się, że ten system po prostu strzeli. Poza koronawirusem ludzie przecież nadal będą mieli zawały, udary, będą mieli wypadki komunikacyjne. System ochrony zdrowia musi być sprawny również w odniesieniu do przypadków, które z tym wirusem nie mają nic wspólnego.

Obejrzyj pierwszą część wywiadu Łukasza Piątka z Adamem Piechnikiem

Piechnik porusza również sprawę zarobków personelu medycznego, w tym także ratowników. Jego zdaniem zbyt małe zarobki prowadzą do sytuacji, kiedy jego koledzy z pogotowia medycznego muszą pracować czasami nawet na trzy etaty, przez co niektórzy, żeby godnie zarobić, muszą pracować nawet po ponad 400 godzin miesięcznie.

- Podczas strajku głodowego medyków w szpitalu na Banacha w Warszawie, był u nas działacz związkowy z sekcji zdrowia Solidarności i przedstawił nam stary, pożółkły dokument, w którym już wtedy, na początku lat 80. ujmowano temat zarobków zawodów medycznych, jednoznacznie określając problem i przyczyny. W tej nocie opisywano praktykę takiego kształtowania zarobków medyków, by zmuszać ich żenująco niskim poziomem pensji do pracy w więcej niż jednym miejscu, rozwiązując w ten sposób problem wakujących etatów. I trwała ta praktyka przez całe dziesięciolecia, nieznacznie ulegając zmianie, gdy jakaś grupa zawodów medycznych wykorzystała konsekwentnie to, że będąc niewzruszonym, negocjacyjnie trzymała ich (ustawodawców - przyp.red) za "cojones".

Obejrzyj drugą część wywiadu Łukasza Piątka z Adamem Piechnikiem

Ale w większości zawodów medycznych nie mających zdolności do wyegzekwowania takiej presji nic się nie zmieniało. Ta praktyka w następstwie starzenia się społeczeństwa, czyli także i tych medyków, oraz zmęczenia materiału, musiała w końcu doprowadzić do niewydolności systemu ochrony zdrowia. W tej chwili, implikowana chorobami, kwarantannami oraz lękiem silniejszym niż utrata części dochodów personelu medycznego, po prostu ulega widowiskowej, przyśpieszonej erozji.

- I kolejni już, aktualnie rządzący, nie rozumieją, że polityka kija w tej konkretnej sytuacji już się nie sprawdzi. Przemęczone i często schorowane środowisko po prostu przestanie udawać zdrowych lub uzyska skierowania na odraczane leczenie, czy konieczne w celu poprawy stanu zdrowia zwolnienia lekarskie z pracy. I tyle z prokuratorskiego kija. Ale ignoranci mają zbyt ciasne i ograniczone rozumki, by pojąć, że mogą coś uzyskać, tylko realną marchewką. Realną, bo z odwoływaniem do pasji, misji i powołania to już nie przejdzie...

Apel Adama Piechnika do pacjentów


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje