Reklama

Rafał Fronia: W górach nie ma miejsca na porażkę

Rafał Fronia - uczestnik zimowej wyprawy na K2 /Wydawnictwo SQN

Siadam sobie na kamieniu, bo zawsze buduję skalny ogródek przed namiotem, parzymy z przyjaciółmi kawę, otwieramy do tego paczkę sera czy kiełbasy i jest nam tak cholernie dobrze. Człowiek wtedy czuje, że góry go uwolniły od zepsutego samochodu, niezapłaconej raty czy cieknącego dachu - mówi himalaista Rafał Fronia, autor książki "Anatomia góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami".

Rafał Fronia. Wspinacz, kartograf, maratończyk, jeleniogórzanin. Uczestnik wielu wypraw w najwyższe góry świata, w tym niedawnej zimowej na K2. W jej trakcie pisał dzienniki, które spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem internautów.

Reklama

Jest prawdopodobnie pierwszym himalaistą wśród romantyków i pierwszym romantykiem wśród obecnych specjalistów od gór wysokich w Polsce. Nie przez przypadek koledzy w bazie pod K2 wołali za nim "Hej Mickiewicz, o czym teraz piszesz?".

Dariusz Jaroń, Interia: Czy wśród współczesnych himalaistów romantyzm jest zjawiskiem powszechnym?

Rafał Fronia: - To jest bardzo trudne pytanie, bo każe mi pan zaglądać w dusze moich kolegów.

Pytam o objawy zewnętrzne.

- Jeśli chodzi o to, co widać, wydaje mi się, że jestem wyjątkiem. Ludzie, z którymi wspinam się na co dzień, traktują góry bardziej sportowo, niż ja. Natomiast wszyscy czujemy się tam dobrze. Nasze zafiksowanie górami jest pozytywne, nikt nie traktuje wspinaczki jako wielkiego wyzwania, mordowania się z materią, byle wygrać.

U pana w górach pojawia się potrzeba pisania. Wena przychodzi wraz z wysokością?

- Góry potrafią mnie natchnąć. Więcej czasu poświęcam tam na to, żeby zapisywać swoje myśli i wyciągnąć z tych doświadczeń coś więcej, niż tylko kontakt ze śniegiem, lodem i skałą. Moi koledzy chyba mają tej potrzeby nieco mniej, ale to tylko moje subiektywne odczucie, bo jeszcze mi zarzucą, że to oni się tam zajmują wielkimi przemyśleniami i czynami, a ja siedzę nad jakimiś notatkami...

Zawsze pan pisał w górach? Książka jest opisem wrażeń z różnych wypraw.

- Ten zapis był od samego początku, tylko się zmienił, ewoluował w taki sam sposób, jak ja. Na początku traktowałem góry bardziej jako arenę sportową, przez co zapis był bardziej faktograficzny: dokąd idziemy, jakie trudności są po drodze, co musimy ze sobą zabrać, kiedy pojechać. To było pisanie przewodnikowe, czyli to, czym się zajmuję zawodowo. Z upływem lat zaczęło się pojawiać coraz więcej przemyśleń niezwiązanych z górami, romantycznych myśli i doznań. Otwarcie horyzontu, ta przestrzeń, uwalniają z człowieka dobre emocje. Zauważam to nie tylko u siebie. Nie słyszałem, żeby góry wyzwalały w kimś złe emocje, żebyśmy tam kombinowali jakiekolwiek zło. Jak myślimy w górach o tym, co zrobimy po powrocie, planujemy jakieś zmiany, to - w moim odczuciu - zawsze są to zmiany na plus. Góry niosą tylko to, co dobre dla nas, naszych bliskich i naszego otoczenia.

Dobrze jest spojrzeć na problemy codzienności z odpowiedniego dystansu. Góry temu służą.

- Problematyka jest tam bardzo prosta, wręcz zero-jedynkowa. Zimno - trzeba się ubrać. Ciepło - trzeba się rozebrać. Pusty brzuch - trzeba zjeść. Zmęczenie - trzeba odpocząć. Wszystko jest prostsze, chociaż nieraz balansujemy na cienkiej linie. Tutaj życie jest bardziej złożone. Musimy się dużo namordować i napocić, żeby nam było dobrze: praca, rodzina, dom. Z każdej strony czyha na nas niebezpieczeństwo pojawienia się problemu. Nie zawsze sobie dajemy z tym radę. Obserwuję ludzi, którzy żyją w stresie, nie są szczęśliwi, kiedy codzienność ich osacza.

W górach ta presja puszcza?

- To się nie dzieje od razu. Czekam na ten moment, kiedy naprawdę jestem w górach. Dotarłem na miejsce, nogi już maszerują po lodowcu, a głowa jeszcze rozwiązuje problemy z domu. W pewnym momencie przychodzi taki strzał, a za nim spokój myśli. Siadam sobie na kamieniu, bo zawsze buduję sobie skalny ogródek przed namiotem, na stole z wielkiego kamienia parzymy z przyjaciółmi kawę, otwieramy do tego paczkę sera czy kiełbasy i jest nam tak cholernie dobrze. Człowiek wtedy czuje, że góry go uwolniły od zepsutego samochodu, niezapłaconej raty czy cieknącego dachu.

A jak to działa w drugą stronę? Kiedy proza życia dopada po powrocie?

- Rodzina i znajomi mówią mi, że wracam cichszy. Wiadomo, gdzieś tam jestem poodmrażany, skóra spalona słońcem schodzi z twarzy, ale jestem spokojniejszy. Nie mam ADHD, takiej agresji, spieszenia się od spotkania do spotkania. Kiedy to się kończy? Kiedy człowiek znów staje się tym robotem zaprogramowanym przez cywilizację? Nie mam zielonego pojęcia, czy to jest tydzień czy miesiąc po powrocie, ale wydaje mi się, że to się zbiega z tym, że znowu zaczynam kombinować wyjazd. Jeśli nie myślimy, że pora w góry, to znak, że jeszcze jest w nas spokój i cisza. Potem zaczynamy przebierać nogami. Właśnie nadałem cargo na nową wyprawę na Manaslu, więc już wiem, że wyjechałem z K2, a moje myśli przeniosły się pod Manaslu.

Sporo jest biografii himalaistów, u których to przebieranie nogami pojawiało się szybko, chcieli żyć praktycznie od wyprawy do wyprawy, wiele poświęcając dla gór. Pan, z tego co można wyczytać w wywiadach, potrafił wypracować złoty środek między pasją a rodziną. Jak się ten balans znajduje?

- To nie jest moja zasługa, tylko pewnego zespołu ludzi, który nazywa się rodziną. Gdyby żona tego nie zaakceptowała, nie byłoby kompromisu. Myślę, że nigdy nie przegnę za mocno, bo też nie byłbym w stanie niczego dla gór poświęcić. Gdyby miał dokonać wyboru: albo idę w góry i coś się rozsypuje wokół mnie, albo nie jadę, bo coś się może rozsypać... nie wiem, co bym zrobił, ale na pewno byłbym mniej szczęśliwy. Nie umiałbym dla gór czegokolwiek poświęcić, ale też góry nie wymagają ode mnie żadnych poświęceń.

- Mądrość ludzi dookoła mnie powoduje, że mi pozwalają na góry. Mimo, że brzęczą mi za uchem: "Po co ty tam jedziesz?", to jednak wiedzą, że to jest dla mnie ważne. Poza tym ja tam nie jadę, bo muszę, tylko dlatego, że bardzo chcę. Parę razy złapałem się na tym, że kiedy wracam po dwóch miesiącach nieobecności jestem przez pięć kolejnych lepszy dla swoich bliskich, chyba korzystniej wypada taki bilans, niż gdybym był w domu ciągle, ale przez spory czas nie do wytrzymania. Wie pan o czym mówię?

Tak. Rafał Sonik, kiedy rozmawialiśmy o ojcostwie (Czytaj: "Nie patrzę na świat przez różowe okulary") mówił, że z racji napiętego terminarza i licznych obowiązków, najważniejsza jest dla niego jakość czasu spędzanego z dzieckiem.

- Zgadzam się z tym. Rozmawiałem ostatnio z polskim budowlańcem. Przez lata pracował pięć kilometrów od swojej chałupy, aż rzucił to wszystko i wyjechał do Niemiec. Pytam się, czy rodzina na tym nie straciła. A on na to: "Stary, wychodzę tam do pracy w poniedziałek rano, pracuję ile się da, do piątku do godziny 15:00, potem wsiadam w auto i po trzech godzinach jestem w domu. Do 22:00 w niedzielę jestem z rodziną. Będąc w Polsce pracowałem siedem dni w tygodniu, bo zawsze trzeba było gonić za robotą". Wbrew pozorom po wyjeździe do Niemiec miał więcej czasu dla rodziny, niż będąc na miejscu.

Dlaczego nie kolekcjonuje pan szczytów?

- Wydaję mi się, że to jest bardzo groźna choroba, która może pozbawić człowieka życia. Jeśli czegoś za bardzo chcemy, jesteśmy gotowi przekroczyć granicę. Człowiek jak nie wejdzie na tą cholerną Annapurnę za piątym czy siódmym razem, w końcu może popełnić błąd.

Jak wobec tego wybiera pan kierunek wypraw?

- Cel wybiera się trochę sam. Wyjaśnię panu na przykładzie wyprawy z Krzysiem Wielickim na Czo Oju, bodajże w 2008 roku. Przygotowywaliśmy się do niej kilka miesięcy, byłem spakowany i zafiksowany na szczyt do tego stopnia, że góra była dla mnie wszystkim. Tuż przed odlotem wyjechałem z rodziną na wczasy. W pewnej chwili zadzwonił telefon. To był Krzysztof. "Słuchaj, Chińczycy zamknęli granicę, nie jedziemy na Czo Oju". Myślę sobie: "No dramat, katastrofa, co my teraz zrobimy?". "Nie wiem, bilety kupione, wszystko zapłacone, pojedziemy do Nepalu, na inną górę. Na jaką chcesz jechać?" - pyta Krzysztof. Wymyśl coś, mówię, ty jesteś mistrzem, ja tylko giermkiem. "Wiesz co? Pojedziemy na Dhaulagiri, może być?". Pięć minut później zastanawiałem się, dlaczego w ogóle chciałem jechać na Czo Oju.

Magia związana z nazwą góry to za mało?

- Ma drugorzędne znaczenie. Są takie, które mi się podobają, gdzie chcę wrócić, bo coś tam zostawiłem, jak na Broad Peaku. Bardzo dużo z siebie dałem tej górze, a nie stanąłem na wierzchołku. Są też takie góry jak Nanga Parbat, gdzie musiałem wycofać się z ataku na szczyt z powodu choroby, ale nie chcę tam wracać. Źle mi się kojarzy - moje problemy zdrowotne, zamach terrorystyczny z 2013 roku. Poza tym ta góra wygląda jak wielki krowi placek, nie podoba mi się.

A co przed panem, poza wspomnianym już Manaslu?

- Na wiosnę przyszłego roku jest projekt wyprawy na Nanda Devi, ściśle związany z historią pierwszej polskiej eksploracji himalajskiej sprzed wielu lat. Wystarczyło, że Jarek Gawrysiak, mój partner z wielu wyjazdów, opowiedział mi o tym z wielkim przejęciem. Natychmiast się w tej idei zakochałem.

"Wierni skale. Historia ściśle tajna" - przeczytaj reportaż o pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje

Plan jest taki, żeby zdobyć wschodni wierzchołek Nanda Devi w okrągłą rocznicę wyprawy Adama Karpińskiego, Stefana Bernadzikiewicza, Jakuba Bujaka i Janusza Klarnera z 1939 roku?

- Tak celujemy. Wniosek u pana ministra został złożony, pieniądze z własnej kieszeni na wizy i zezwolenie odłożone. Trudno o wstęp u Hindusów, oni nie bardzo chcą, żeby tam się ktoś plątał, zaledwie kilka wypraw w historii było. Ale dostaliśmy zgodę. Wyprawa, planowana na wiosnę przyszłego roku, wpisałaby się też w obchody odzyskania niepodległości. Zapaliłem się do tego pomysłu, nigdy nie byłem w tej części Himalajów, dla mnie miałby zatem również aspekt poznawczy.

Tu podąży pan za historią, nie tak dawno próbował ją pan pisać. Wspomnienia z K2 pewnie ma pan mieszane...

- Oj, bardzo. Zagryzaliśmy zęby, próbując coś zrobić, ale góra stawiała opór, bo jest trudna, a do tego zima była przewrotna. Nie wiem czy mówić o pechu, raczej o wielkim szczęściu, ale ja szczególnie nie mogłem się wspinać na tej wyprawie. Ile razy wbijaliśmy się w ścianę z moim partnerem, coś nam się przytrafiało. Chociaż nie miałem wielkich oczekiwań co do mojego bycia na wierzchołku, wyprawa nauczyła mnie jednego - pokory. Jeśli w człowieku będzie zamiast tego buta, to nie wyniesie z tej wyprawy dobra, o którym rozmawialiśmy wcześniej. Trzeba do tego podejść ze spokojem. Tak po prostu w górach się dzieje, czasami zbiera się w dupę. Nie dlatego, że człowiek jest słaby czy miękki.

Pisze pan wprost: "Góra mnie nie chciała". Nie każdy potrafi to zaakceptować.

- Krzysztof mnie tego nauczył na wspomnianej wyprawie na Dhaulagiri. Leżeliśmy w namiocie przed atakiem szczytowym. Mieliśmy wyjść o 2:00 w nocy, ale wiedzieliśmy, że nie mamy najmniejszych szans powodzenia. Namiotem tak szarpało, że gdybyśmy wyleźli, od razu by odfrunął. Czas mijał, patrzę - Wielicki śpi. Myślę na głos, może już będzie za późno, nie pójdziemy. Krzychu w pewnym momencie pyta: "To co, ruszamy? Ale wiesz, że jak tam pójdziemy, to ja nie zobaczę małego Krzysia. Idziemy?". Po co, mówię, żeby się zabić? "Dobra, to śpimy". Z wielkim luzem przekazał mi proste przesłanie. Chłopie, nie poniosłeś porażki, zdobyłeś doświadczenie. Bo co to znaczy w takim momencie przegrać? Góra mówi nam "nie", wiatr wieje 100 km/h, nie mamy najmniejszych szans wejść na szczyt, a atak szczytowy nie gwarantuje biletu w dwie strony, więc nie ruszamy się z miejsca, albo zawracamy, kiedy sytuacja tego wymaga.

Co wobec tego jest porażką?

- W aspekcie sportowym mogę za porażkę uznać zejście z trasy maratonu, kiedy planowałem przebiec pełny dystans w 2 godziny 40 minut, ale przegrałem, bo zawaliłem przygotowania. W konfrontacji człowieka z górą nie widzę miejsca na porażkę. Jeśli logistyka zagrała, moje przygotowanie było optymalne, ale warunki nie pozwoliły na wspinaczkę, to gdzie tu moja porażka?

Wspomniane doświadczenia można przekuć w sukces na kolejnej wyprawie.

- Przede wszystkim ważne jest to, że teraz możemy sobie o nich porozmawiać, a nie jestem dziś wspominany przez kolegów. "Pamiętasz Fronię? Zginął na Dhaulagiri, bo idiota poszedł do ataku szczytowego przy 80 km/h". To nie ja.

Będzie kolejna zimowa wyprawa na K2. Góra jest do zdobycia o tej porze roku?

- Mam nadzieję, jesteśmy strasznie nakręceni jako zespół. W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność gościć mojego przyjaciela Marka Chmielarskiego, widziałem ten ogień w jego oczach, kiedy o tym rozmawialiśmy. Jechaliśmy przekonani, że mamy szansę i nic się nie zmieniło, tylko musimy skorygować błędy. Trzeba spróbować ugryźć górę inaczej, dostosować się do warunków, a ostatnia zima była pełna niespodzianek. Sprawa jest skomplikowana, ale wierzę w to.

Na łamach książki apeluje pan o to, żeby Denis Urubko i Krzysztof Wielicki podali sobie ręce...

- Piszę też o człowieku, który olał wszystkich i pobiegł na szczyt. To skomentowanie faktu, wiemy o tym wszyscy. Dla mnie ważne jest to, jak się Denis zachowywał wobec mnie i kolegów z zespołu. Ten człowiek chciał ze mną schodzić do Askole, kiedy złamałem rękę, siedział koło mnie w messie przez 1,5 miesiąca - serdeczny, cichy, nie rozpychający się łokciami swojej sławy. I on nagle robi coś takiego... Czy to go przekreśla? Nie wiem co bym zrobił, gdybym był tak zafiksowany jak on i wierzył, że zima kończy się w lutym. To jest bardzo trudne. Pytanie, co jest najważniejsze?

Zdobycie K2?

- W moim odczuciu tak. Jesteśmy zespołem, a jego najsilniejszym ogniwem jest Denis. Obrażanie się na niego i nie branie go na wyprawę, bo nam wyciął numer, jest głupotą. Dla Denisa zdobycie K2 również jest najważniejsze, dlatego obrażanie się na kolegów też jest głupotą. Nie ma co się kłócić. Lepiej się pogodzić, usiąść przed wyprawą i porozmawiać. "Słuchaj, zima kończy się w marcu". "Nie, bo w lutym". "Niech będzie, planujemy atak szczytowy najpóźniej 20 lutego. Zgadasz się? To jedziemy". Być może tego zabrakło. Wszyscy mamy prawe ręce, powinniśmy je sobie podać. Denis jest świetnym kompanem i wspinaczem, ale też trudnym facetem. Jak każdy himalaista.

To musi być trudne: grupa indywidualistów czeka długimi dniami w napięciu na wyjście w górę.

- Współczynnik indywidualności na metr kwadratowy jest tam zdecydowanie wyższy, niż tutaj. Ale proszę też wziąć pod uwagę historyczne zimowe wejścia na Mount Everest Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego. Pamięta pan?

Tak.

- A pamięta pan, która to była dwójka do ataku szczytowego? Kto miał wejść przed nimi?

Nie.

- Nikt tego nie pamięta. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jadąc zimą na K2 jesteśmy grupą anonimowych ludzi. Tylko dwóch z nas, ewentualnych zdobywców szczytu, wpisze się do annałów historii, reszta zostanie zapomniana jako siła robocza, która poręczowała górę. Godzimy się z tym, że pracujemy na kogoś, bo przypadek z 1980 roku pokazuje, że każdy z nas może przejść do historii. 

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Rafał Fronia "Anatomia Góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami". Wydawnictwo Sine Qua Non, data wydania: 04 lipca 2018.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje